Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 lipca 2021
w Esensji w Esensjopedii

W stronę słońca (Sunshine)

Danny Boyle
‹W stronę słońca›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułW stronę słońca
Tytuł oryginalnySunshine
Dystrybutor CinePix
Data premiery13 kwietnia 2007
ReżyseriaDanny Boyle
ZdjęciaAlwin H. Kuchler
Scenariusz
ObsadaCillian Murphy, Michelle Yeoh, Chris Evans, Rose Byrne, Cliff Curtis, Troy Garity, Hiroyuki Sanada, Mark Strong, Benedict Wong
Rok produkcji2006
Kraj produkcjiWielka Brytania
Czas trwania98 min
WWW
GatunekSF, thriller
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
Opis dystrybutora
Ekipa astronautów wyrusza z misją, której celem jest przywrócenie prawidłowego funkcjonowania gasnącego w zastraszającym tempie słońca. Wyprawa zaczyna się komplikować, kiedy najpierw zaczyna szwankować statek, którym podróżują astronauci, a następnie jeden z nich popełnia straszny błąd, który pod znakiem zapytania stawia całą misję.
Teksty w Esensji
Filmy – Recenzje      

Utwory powiązane
Filmy (10)       [rozwiń]






Tetrycy o filmie [5.17]

PD – Piotr Dobry [5]
Respekt dla Boyle’a za kolejną ambitną próbę symbiozy kina artystycznego z rozrywkowym, ale niestety „Sunshine” nie jest tym dla SF, co „28 dni później” dla zombie movies. Porażka nastąpiła już na etapie scenariusza, który wygląda mniej więcej tak, jakby Garland wziął 1/2 „Jądra Ziemi”, 1/4 „Solaris” i 1/4 „Obcego”, po czym kombinował jak tylko umiał, ale finalnie i tak część elementów nie przypasowała do pozostałych. Może powinien zaprosić do współpracy Wrighta i Pegga?

BF – Bartek Fukiet [6]
Ambitna porażka. Przez pierwsze kilkadziesiąt minut oglądamy przyzwoite SF z respektem dla „science” w nazwie, wyraźnie inspirowane „Solaris” i „2001: Odyseją kosmiczną”. Taki „Armageddon” na serio, bez kowbojszczyzny i machania sztandarem (znamienne, że w filmie nie widać żadnej flagi – przynajmniej ja nie zauważyłem – no ale w końcu „Sunshine” powstał głównie za europejskie pieniądze). Oto w przyszłości grupka straceńców mknie przez kosmos na pokładzie statku Icarus II, aby reanimować gasnącą gwiazdę zastrzykiem z megabomby i uratować ludzkość przed zagładą. Niestety, im bliżej Słońca, tym mniej sensowna staje się fabuła, a scenarzysta na spółkę z reżyserem bez pardonu masakrują „first impression” tanimi chwytami z kina klasy B. SPOILER! Pod koniec „W stronę Słońca” zamienia się w marny horror w stylu „Jasona X”, mierną krzyżówkę „Event Horizon” i „Aliena”. Obdarzony nadludzką siłą i odpornością na razy, groteskowy klon Freddy’ego Kruegera urządza załodze powtórkę z „Dziesięciu małych murzynków”. W słonecznym żarze logika topi się jak wosk. Przykład? Astronauci planują likwidację jednego z członków załogi, ponieważ wyliczyli, że nie starczy im powietrza na wykonanie misji. Jednak w finale okazuje się, że w statku kryją się gigantyczne (!) hale wypełnione tlenem po sufit. Na pokładzie Icarusa grasuje „demoniczny” Pinhead… wróć, Pinbacker, który się Słońcu nie kłania, no i w efekcie oblazł był biedak ze skóry. Lubię filmy Boyle’a. Konsekwentnie bierze się za bary z różnymi gatunkami i przeważnie wychodzi mu to zupełnie zgrabnie, ale tym razem zawalił sprawę na spółkę z Garlandem. Na pochwałę zasługuje ciekawa, nieopatrzona ekipa aktorska i niezłe, zważywszy ograniczenia budżetowe, efekty specjalne z gasnącym Słońcem w roli głównej.

WO – Wojciech Orliński [7]
W sumie podobałomisię, chociaż w zaskakujący sposób. Dużo tu było fajnej, oldskulowej fantastyki, z uroczo niepraktycznymi skafandrami próżniowymi czy statkiem kosmicznym zaplanowanym ze scenograficznym rozmachem. Znakomite kreacje aktorskie z jak zwykle świetnym Murphym. Drażniła tylko schematyczna przewidywalność fabuły. Znaczy, ja rozumiem, że to właśnie Boyle’a bawi najbardziej, że bierze wytarte popkulturowe schematy typu „film o ataku zombie” i realizuje je zgodnie ze schematem, ale bardziej artystycznie, ale w kasie płacę za to, żebym dobrze bawił się ja a nie reżyser. Do pełnej satysfakcji wolałbym fabułę odrobinkę bardziej zaskakującą.

KS – Kamila Sławińska [5]
Dziwna mieszanka magicznych momentów w stylu soderberghowskiego „Solaris”, długich gadanych scen jak żywcem wyjętych z serialu „1999” oraz hałaśliwego kiczu rodem z „Event Horizon”. Końcowy efekt sprawia wrażenie, jak gdyby Boyle dorzucił parę horrorowych elementów pod koniec zdruzgotany faktem, że z niekończących się debat jego bohaterów dokładnie nic nie wynika. Zamiar był chyba nieco zbyt ambitny w stosunku do reżyserskich pomysłów na jego zrealizowanie – i jakkolwiek doceniam interesujący pomysł, piękne światło i wysiłek pozyskania do tego przedsięwzięcia niezrównanego Ciliana Murphy’ego, całość jest mniej niż satysfakcjonująca.

JS – Jakub Socha [2]
Boyle chciał upiec dwie pieczenie na jednym palenisku: dać europejską odpowiedź na „Armageddon” i anglosaską odpowiedź na „Stalkera”. Nikt pewnie nie uwierzy, ale nawet to pierwsze mu nie wyszło. Ten film to zbiór bezbarwnych postaci, których psychologicznie ma podbudowywać i napędzać zamknięta przestrzeń statku lecącego w stronę słońca z misją ratunkowa – nie podbudowuje i nie napędza. A co do drugiego wątku, cóż metafizyczne rozważania na temat słońca przypominają tu co najwyżej „metafizykę plażową” – bzdura goni bzdurę. Dodatkowy punkt za głupotę tak głupią, że aż śmieszną, czyli pojawiającą się pod koniec figurę „ktosia”, który w tym z gruntu idiotycznym filmie decyduje się na rzecz niebywałą – chce porozmawiać z Bogiem.

MW – Michał Walkiewicz [6]
Danny Boyle nawiązuje do kina s-f o zacięciu filozoficznym spod znaku Kubricka i Tarkowskiego. Jak to zwykle z autorem „Trainspotting” bywa, przekracza on ramy gatunku i wybija się w stronę czegoś bliżej niesprecyzowanego, co w istocie okazuje się być… bogatszym wizualnie i odrobinę przewartościowanym merytorycznie gatunkiem wyjściowym. Podoba mi się wykoncypowana asceza tego filmu i jego oczywista metaforyka, podejrzewam, że potencjał scenariusza zalatującego niebezpiecznie „Armageddonem” został wykorzystany w stu procentach. Panoszącym się po pokładzie statku Pinbackerem, który w stylu Jasona Voorheesa (akcja na zupełnym chilloucie: przyjście, wbicie ostrego przedmiotu w nieszczęśnika i wyjście) szlachtuje załogę, scenarzysta ukarał sam siebie za nudną jak flaki z olejem pierwszą połowę filmu. Przyznam się też bez bicia, że jestem fanem Chrisa Evansa i to kolejny obraz, w którym mnie nie zawiódł.

Oceń lub dodaj do Koszyka w

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Copyright © 2000-2021 – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.