Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 14 sierpnia 2022
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Z pamiętnika ośmioletniego Krzysia. Camerimage 2007.

Esensja.pl
Esensja.pl
Jubileuszowy, 15. festiwal Camerimage ściągnął do Łodzi dziesiątki wybitnych operatorów, tuziny uznanych reżyserów, mrowie dziennikarzy i przynajmniej jednego aktora z „Na Wspólnej”. Mnie pozostawił z niedosytem filmowych wrażeń. Aspiracje organizatorów oraz glamour, na jaki nas stać, skutecznie odwracały uwagę od repertuaru losowanego chyba z kart-zdrapek.

Michał Walkiewicz

Z pamiętnika ośmioletniego Krzysia. Camerimage 2007.

Jubileuszowy, 15. festiwal Camerimage ściągnął do Łodzi dziesiątki wybitnych operatorów, tuziny uznanych reżyserów, mrowie dziennikarzy i przynajmniej jednego aktora z „Na Wspólnej”. Mnie pozostawił z niedosytem filmowych wrażeń. Aspiracje organizatorów oraz glamour, na jaki nas stać, skutecznie odwracały uwagę od repertuaru losowanego chyba z kart-zdrapek.
Do Łodzi przyjechałem pełen nadziei, ale krzywe ruchy aranżerów imprezy zaskoczyły mnie błyskawicznie. Na ceremonię otwarcia wpuszczono mnie bez ukochanej – to zresztą stara zasada wielu festiwali, że studenci płacą za karnet tyle samo, co dziennikarze, a zabawa zaczyna się dla nich później i kończy wcześniej. W kuluarach krążyły plotki o zaproszeniach, które trzeba było uprzednio odebrać, więc w tym miejscu przesyłam moc życzeń pani dyżurującej przed festiwalem przy telefonie i dziękuję za rzetelną informację.
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wyczulona na fałsz studencka młodzież mogłaby poczuć się zszokowana, bo wystąpienie Prezydenta Miasta Łodzi, na przekór wcześniejszym zapowiedziom dyrektora festiwalu, Marka Żydowicza, przywodziło na myśl przemówienie na wiecu KC PZPR. „Zrobimy”, „musimy”, „uwierzmy”, „razem”, „teraz” (cytuję z pamięci). Ze swojej strony dodałbym tylko: „jeśli nie my, to kto” i „jeśli nie tutaj, to gdzie”. Podejrzewam, że ten ton narzucił się w sposób naturalny, z okazji odczytu listu od prezydenta Kaczyńskiego do uczestników festiwalu, ale mógł też wynikać z nadświadomości uczestnictwa w tworzeniu z Łodzi „nowego kulturowego centrum Europy”. W każdym razie słuchało się tego ze zgrozą, nawet pomimo znakomitej tradycji Camerimage i sąsiedztwa wyfiokowanych dam, prześcigających się w tłumaczeniu koleżankom, kto to rok temu nie siedział na tych miejscach. Jak sięgnę pamięcią, rok temu o tej porze kończyłem pewnie jakieś „Tyskie” czy innego „Żubra” w oczekiwaniu na kolejny dzień, wolny od oficjalnych deklaracji i wzajemnych podziękowań. Jakby powiedział znany z „Ratatuja” nawrócony krytyk-wampir, Anton Ego: „jakże przedwczesnych”.
Ilustrowana tematem z „Ostatniego Mohikanina” wyliczanka sław goszczących na festiwalu (Ratner, Edelman, Grobel, Beato, Idziak, Parker, Seresin, Sofr, Menzel, Dumała, Greenberg i całe dziesiątki innych) przygotowała taki grunt pod pierwszą projekcję, że choćby nawet nasz Janusz Kamiński stanął na rzęsach, nie uczyniłby z „Hani” filmu godnego otwarcia.
Środek seansu i się zaczyna: wyciągam telefon, „nowa wiadomość” i nadaję: Jakby podłożyć tu bombę, zostałby na świecie sam proletariat. I ta „Hania”, co za psychoza, chłopiec przepracowuje choinkę. „Wiadomość doręczono”. Myślę wtedy usilnie, czy nie wyjść, ale w końcu postanawiam – będę twardziel. Zostanę do końca. Nie wyjdę. Nigdy. Z niczego. Nie wiem jeszcze, że wielu będzie próbowało mnie złamać, a uda się nie byle komu, bo samemu Volkerowi Schlondorffowi.
• • •
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
„Jak to »lista gości«?” – pani w biurze prasowym robi wielkie oczy. „A no lista taka. Gości lista” – tłumaczę jak Adaś Miauczyński i sam się zastanawiam, czy lista gości na ostatniej wrocławskiej „Erze” była jakimś totalnym novum. A jakbym chciał zacząć festiwal od zdobycia kilku autografów? Albo zrobienia wywiadu z kimś, przed kim mógłbym się jąkać z szacunku? Speszony udaję się na dół na seans, a tam zonk jak stąd do Massachusetts. Prasa nie może bratać się ze studentami, każdy musi siedzieć w swoim sektorze i wchodzić na salę swoim wejściem. Nawet za cenę postradania życia przy próbie przedarcia się przez morze ludzi na drugą stronę Teatru Wielkiego. „Przyjechaliśmy razem” – wyjaśniam wpuszczającej dziewczynie. „Hmmm… to już nie wiem, może na balkon państwo pójdą, tam chyba można”. Całe szczęście, że już wkrótce, polskim zwyczajem, każdy zacznie olewać zakazy i nakazy, wchodzić, którędy popadnie, siadać, gdzie komu wygodniej, i zajmować miejsca nieobecnym znajomym. Dumna obsługa nie daje jednak za wygraną. Snajperskie oczy namierzają jedzących i pijących podczas seansu. Panie poruszają się jak Rangersi po ulicach Mogadiszu: są świetnie wyszkolone taktycznie – ponoć był casting na wolontariat :) – i gotowe do ostrej rozróby.
Warto w tym momencie pochylić się nad publicznością, której dewizą, jak co roku, była nieprzewidywalność. Maksymalnie obłudną reklamę Plusa, w której dziecko dostaje w szkole „krówkę”, a potem dzieli się nią z braciszkiem w domu z drugą kuchnią w ogrodzie, podsumowano gromkim śmiechem. Podobna reakcja na nowym filmie Anga Lee była o tyle zastanawiająca, że wiele „dzieł” zasługiwało na obrzucenie twardymi warzywami, a spotykały się „tylko” z grobową ciszą, przerywaną co chwilę odgłosem zamykanych za kimś drzwi do sali albo pukaniem kogoś, kto wracał z toalety.
Odcięty od przyjaciół, z którymi spędziłem zeszłoroczny festiwal, znalazłem oparcie w Michale Chacińskim oraz w nowo poznanym adepcie reżyserii łódzkiej filmówki, Grzegorzu. Tetryk MC zastrzelił mnie szokującą oceną sceny klubowej zadymy w „Zakładniku” Manna. Obok Grzesia bałem się siedzieć, bo przerażał mnie jego temperament, ale na ogół ocenę filmów miał nadspodziewanie trzeźwą. Pozdrawiam.
• • •
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Największym problemem Camerimage po piętnastu latach istnienia jest to, że pozostaje festiwalem operatorów. Piszę to oczywiście w tonie żartobliwym. Ocenia się sztukę operatorską, ale także – siłą rzeczy – filmy. Widzowie, w przeciwieństwie do jury, nie mają ustalonych dyrektyw odbioru. Chcą po prostu oglądać dobre kino, które niestety w Konkursie Głównym pojawiało się sporadycznie. Ten paradoks prowadził do serii piramidalnych pomyłek, z dziwacznym teatrzykiem mistrza Vittorio Storaro na czele. Autor zdjęć do „Czasu apokalipsy”, obcałowywany tysiącem strzelających fleszy, rozwijał mozolnie analogię między sobą a Caravaggiem, co po seansie można było interpretować tylko jako próbę obrony własnej pracy w żenującym filmie. Nawiasem mówiąc, po czterdziestu minutach wykładu z historii sztuki zastanawiałem się tylko, czy Storaro nie przypomina mi Jonathana Pryce’a. Konfrontacja widza zaznajomionego z „Caravaggio” Jarmana z filmem Angelo Longoniego prowadziła do smutnej konstatacji, że mrok i obsesję zastąpiono skrzyżowaniem łotrzykowskiej powieści z kinem płaszcza i szpady.
Do młodszej o kilka stuleci literatury naturalistycznej nawiązywało węgierskie „Opium. A Diary of a Mad Woman”. Na behawiorystycznym studium twórczej niemocy i choroby psychicznej, nastrojowo sfotografowanym w zgniłych żółciach i brązach, trudno było usiedzieć, ale dopiero „Ulzhan” Schlondorffa sprawił, że wyszedłem zaczerpnąć świeżego powietrza. Nudny jak flaki z olejem film był kazachską odpowiedzią na Borata. Tym razem to człowiek Zachodu udał się do Kazachstanu i oprócz tego, że odkrył w złotej Astanie modelki, zbudował jeszcze na dzikich stepach duchową więź łączącą go z piękną, jędrną dziewczyną.
Sporo filmów dało się oglądać bez bólu, ale i bez klaskania uszami. Kontynuacja „Elizabeth” Kapura rozpoczyna się jak „Gwiezdne wojny”. Napisy głoszą, że „Królestwo Hiszpanii urosło w siłę, a rozbita wewnętrznie Anglia stanęła na krawędzi kryzysu”, Filip II staje naprzeciw swoich wojsk jak Darth Vader spoglądający na Gwiazdę Śmierci, a scenariusz trzyma się schematu klasycznego sequela z Kina Nowej Przygody – zagrożenie nadchodzi z dwóch stron, majestat królowej ustępuje codziennym rozterkom, wybrzmiewają problemy dramatycznych czasów, jest także efektowne przełamanie bohaterki. Błyskotliwy „Sleuth” Kennetha Branagha ze scenariuszem Harolda Pintera na podstawie sztuki Anthony’ego Shaffera zaleca się do widza kapitalnymi dialogami i intrygującą aktorską rozgrywką między Michaelem Caine’em a Judem Law (nie pytajcie o wynik, jest chyba łatwy do przewidzenia). Na ekrany wróciła też Julie Taymor z musicalem „Across the Universe”. Szkoda, że potraktowała czas akcji filmu (a jest to epoka burzliwa, chodzi o lata 60./70. w USA) jak pusty ornament i nie wykorzystała go do uwypuklenia choćby jednego elementu dydaktycznego, którymi musical zawsze oddychał. Abstrahuję już od pytań, po kiego grzyba ilustrować niepokoje jankesów muzyką Beatlesów i od czego powinno się zaczynać tworzenie musicalu – piosenki czy historii.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Perła 15. Camerimage, nagrodzony za reżyserię w Cannes „Motyl i skafander” Juliana Schnabla, leciał zaraz po „Hani”, co było doświadczeniem mocno schizofrenicznym, jako że do obydwu filmów zdjęcia robił Kamiński. Publiczność co rusz parskała śmiechem, ale wbrew tematyce (historia sparaliżowanego redaktora naczelnego francuskiego „Elle”, Jeana-Dominique’a Bauby’ego, który porozumiewał się ze światem tylko za pomocą lewego oka), było to zasadne. Bauby poradził sobie ze swoim kalectwem o wiele szybciej niż jego bliscy. Cyniczny, przejmujący i nierzadko zabawny monolog wewnętrzny człowieka uwięzionego we własnym ciele przyczynia się do wielkości tego filmu na równi ze zdjęciami Kamińskiego, które zamykają trud Juliana Schnabla w wyjątkowej formie. Wyświetlony jako jeden z pierwszych, ustawił poprzeczkę tak wysoko, że w świetle jego chwały zdążyły się jeszcze tylko ogrzać nagrodzone w Wenecji „Ostrożnie, pożądanie” Anga Lee oraz długo oczekiwany „I’m Not There” Todda Haynesa. Obydwa cudownie wystylizowane, będące hołdem dla konkretnych gatunków kina, wspaniale zagrane i sfotografowane w sposób mistrzowski przez (odpowiednio) Rodrigo Prieto i Eda Lachmana.
• • •
Kolega Grzegorz, filmowiec, wychodzi po projekcji „Pora umierać” i zastaje mnie w biurze prasowym, jak głowię się nad esensyjną notką z filmu Kędzierzawskiej. Nie potrafię mu powiedzieć na poczekaniu, co sądzę, bo mam w głowie mętlik. „Aha, musisz to ubrać w słowa” – czytam z jego oczu. Sam zachwyca się, że „taki wspaniały film”, bo „ekstra zdjęcia”, choć niczego więcej tajemniczo nie zdradza. Tak się buduje bariery między robiącymi filmy, a tymi, którzy chcą o tych filmach pisać.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Konkurs Filmów Polskich, o dziwo, nie był aż taką masakrą, jakiej się spodziewałem, mając w pamięci tegoroczne „Nowe Horyzonty”. Oprócz nurtu maryjnego („Nadzieja”, „Wszystko będzie dobrze”) i „niezrzeszonych”: „Pora umierać” oraz „Alei gówniarzy” zorganizowany był wokół naszego nowego „realizmu magicznego” (nie do końca trafna to nazwa). Zakres tej estetyki, będącej trochę sztucznym odwrotem od pokazywania prowincjonalnych piekiełek zgodnie z zasadą decorum, jest całkiem duży. Od „Sztuczek”, gdzie nie ma jasnej apoteozy biedowania, po „Rezerwat”, który ozłaca meneli w sposób irytujący. Film Palkowskiego udowadnia, że łatwiej jest na warszawskiej Pradze znaleźć miłość i nauczyć się życia, niż dostać bęcki od karków. Młody reżyser powitał chlebem i solą kataryniarza z „przedwojennej Pragi”, którego patron tego tekstu, Adaś Miauczyński, wykopał spod swojego okna. Najlepsze wrażenie w tym zestawie i w całym konkursie zrobił „Benek” Roberta Glińskiego. Urzekł mnie debiutant, Marcin Tyrol. Po raz pierwszy od dawna pojawił się w polskim kinie bohater, który odważnie sięga po szczęście. Nie jest rozmemłaną łajzą i jest tak dobrze napisany, że ani przez moment nie zwątpiłem, iż każda odmiana losu bierze się z jego wewnętrznej siły (może poza jednym, niewinnym deux ex machina). Sytuacji w trakcie i po „Korowodzie” nie opiszę, bo chcę, żebyście doczytali ten tekst do końca.
W przerwie między jedzeniem snickersów za 3,50 i pozowaniem do kadrów rodem z „Nikt nie woła” (przy ścianie, w różnych konfiguracjach) robię małe zamieszanie w biurze prasowym, gdzie wylegitymowany na zasadzie „bo wygląda jak ośmioletni Krzyś uczący się komputera” zadziwiam Panią akredytacją, a po chwili nie wytrzymuję i zadaję absurdalne pytanie, dlaczego obsługa o tej i o tej godzinie zajmuje większość miejsc przy monitorach. Na szczęście wszystko kończy się dobrze, a od tej pory, gdy mijam szefową biura, uśmiechamy się do siebie.
Kilka godzin później siedzę totalnie zniszczony na etiudach studenckich. Po pierwszych dwóch filmach, które ładunkiem pretensjonalności rozsmarowują moją głowę po całym sektorze, oddaję słuchawki z tłumaczeniem symultanicznym dziewczynie obok, studentce filmoznawstwa z Łodzi. Myśląc o międzymiastowej solidarności, zapominam oczywiście, że przede mną film niemiecki. Niewiele tracę. Pada w nim tylko jedno zdanie. Nauczony doświadczeniem, na resztę festiwalu włączam znowu tryb Adama Miauczyńskiego. Tym razem wracam wspomnieniami do sceny, w której nasz neurotyk wyrzucał dodatki z weekendowej gazety. No i lecą: studenckie, konkurs Nokia Mobile Competiton, Beneluks, Discovery, Kodak, Arri Presentation…
Ostatniego dnia wychodzę z ukochanego „Harry’ego Angela”, bo przypominam sobie, że dwa dni wcześniej zgubiłem pióro, które dostałem oczywiście z ważnej okazji. Tak więc De Niro pożera jajko, a ja przebijam się do wyjścia, po drodze potykając o kilka osób rozłożonych na ziemi. W drzwiach zostaję jeszcze zmiażdżony przez porządkowych, którzy wynoszą za chwilę jakiegoś spitego jegomościa.
Studencka bursa, do której wracam, żyje w rytmie bulgoczącego akwarium pracującego z subtelnością traktora. Przed snem myślę jeszcze o chińskiej knajpie, do której zawsze w Łodzi chodzę i w której czuję się, jakbym sprzedawał duszę – wszystko (około 200 pozycji w menu!) jest tanie, przepyszne, robione na zapleczu średnio w pięć minut i w ogromnych porcjach. Nazajutrz w pociągu dowiaduję się, że festiwal wygrała lepsza strona Kamińskiego. Co za ulga!
koniec
2 grudnia 2007

Komentarze

19 VI 2010   20:31:51

świetny tekst

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Z filmu wyjęte: Władek, dorzuć jakiś futurystyczny gadżet!
Jarosław Loretz

8 VIII 2022

Twórcy filmów pornograficznych też od czasu do czasu próbują nakręcić coś z gatunku science fiction, ale mają o tyle trudniej, że w ich przypadku słowo „budżet” jest Złotym Graalem zza siedmiu mórz. Innymi słowy – nikt w branży już nie pamięta, co to za zwierzę.

więcej »

Z filmu wyjęte: Nie masz na charakteryzatora? Spokojnie, jest jeszcze kiełbasa od cioci Bożenki
Jarosław Loretz

1 VIII 2022

Tak to już jest, że przy braku funduszy trzeba łatać filmową produkcję czym się da. Niekiedy jednak to „czym się da” zaczyna zakrawać na absurd…

więcej »

Nie przegap: Lipiec 2022
Esensja

31 VII 2022

Oto co zrecenzowaliśmy w pierwszej połowie wakacji.

więcej »

Polecamy

Kevin Smith. Sprzedawcy 2

Do sedna:

Kevin Smith. Sprzedawcy 2
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Jay i Cichy Bob kontratakują
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Dogma
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. W pogoni za Amy
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Szczury z supermarketu
— Marcin Knyszyński

Kevin Smith. Sprzedawcy
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Pułapka
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Koniec świata
— Marcin Knyszyński

Richard Kelly. Donnie Darko
— Marcin Knyszyński

Alejandro González Iñárritu. Zjawa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.