Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 kwietnia 2024
w Esensji w Esensjopedii

‹Prowincjonalia 2008›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
CyklProwincjonalia
MiejsceWrześnia
Od6 lutego 2008
Do9 lutego 2008
WWW

Prawda czasu, prawda ekranu

Esensja.pl
Esensja.pl
Na Prowincjonaliach można zjeść flaczki z Jackiem Bławutem i napić się piwa z Robertem Glińskim. Zadęcie znane z łódzkiego Camerimage i Gdyni to we Wrześni czysta abstrakcja. W tak arkadyjskich okolicznościach zawsze szepce mi do ucha Ryszard Ochódzki z „Misia”.

Michał Walkiewicz

Prawda czasu, prawda ekranu

Na Prowincjonaliach można zjeść flaczki z Jackiem Bławutem i napić się piwa z Robertem Glińskim. Zadęcie znane z łódzkiego Camerimage i Gdyni to we Wrześni czysta abstrakcja. W tak arkadyjskich okolicznościach zawsze szepce mi do ucha Ryszard Ochódzki z „Misia”.

‹Prowincjonalia 2008›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
CyklProwincjonalia
MiejsceWrześnia
Od6 lutego 2008
Do9 lutego 2008
WWW
Zaczepia mnie ten Ochódzki i powtarza: „Rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przysłoniły ci minusów”. Ten, kto nie przyłoży jego maksymy do festiwalu, będzie zachwycony. Zobaczy czarujące święto kina: wspaniałą atmosferę i inteligentnie zestawiony repertuar. Ja lubię się czepiać, bo na małych imprezach interesuje mnie głównie nastrój intymności między ludźmi zbitymi w dusznej sali. Ciekawi mnie, co mają do powiedzenia o spektaklu jego współuczestnicy. Dlatego wiotczeję, gdy widzę wiernopoddańczy stosunek publiczności do filmowców na poprojekcyjnych rozmowach.
We Wrześni układ jest następujący: z jednej strony my, z drugiej strony Oni, którzy łaskawie przyjechali na festiwal z filmem (jakby nie było to częścią Ich pracy). Żeby nikt nie powiedział, że generalizuję, spieszę z przykładem. Nie wiem, czy po projekcji „Korowodu” Jerzy Stuhr spodziewał się czegoś innego, niż kurtuazji podszytej szacunkiem dla jego dorobku. Faktem jest natomiast, że pojedyncze, ubrane zresztą w piórka, pytanie, dlaczego zrobił tak zły film, trafiło w niego jak grom z jasnego nieba. Bronił się zapalczywie i nieskutecznie, usprawiedliwiał żenujący utwór ważkością tematu. Powołując się na „Człowieka z marmuru” skonstatował, że polskie kino jest odwrócone plecami do codzienności i nie bierze się za bary z fantomem komunistycznego terroru. Tu mogę przytaknąć. Przypominam jednak: dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane.
Podejmując najcelniejszą myśl autora „Spisu cudzołożnic”, i ja pozwolę sobie na pewną konstatację. Ledwo wyczuwalne u młodych filmowców tętno współczesności nie świadczy wcale o upadku naszej kinematografii. Prowincjonalia, jak wiele innych tegorocznych festiwali, dobitnie pokazały, że przestrzeń osobistych obsesji, mitologii i marzeń została już oswojona. Czy pierwszym krokiem do otworzenia się na współczesność nie powinno być mistrzostwo w tym, co chce się sprzedać publiczności pod etykietką osobistych filmowych trosk i radości?
„Wino truskawkowe” Dariusza Jabłońskiego takie mistrzostwo osiągnęło, choć pozostało wśród pokonanych, zadowalając się jedynie nagrodą dziennikarzy. Żal mi tej adaptacji „Opowieści galicyjskich” Stasiuka, uważam, że to najlepszy polski film nowego tysiąclecia. Epicki, wspaniały formalnie i szeroki interpretacyjnie. Trzeźwo myślący doktorant z poznańskiego UAM, Marcin Jauksz, pisał: Jabłoński potraktował swoje zadanie jako adaptacyjny dialog, pokazał nam Stasiuka nowego, jaśniejszego, Galicję swoją, osobistą. I jakoś tak, może niechcący, pokazał, o co chodzi w całej tej grze filmowców dialogu z pisarzami, uchwycił moment, gdy „niefilmowe" robi się „filmowe”. Mnie na równi z filmem zauroczył sam reżyser. Z jego słów biła świadomość odpowiedzialności filmowca przed widzem i pisarzem. Autor „Fotoamatora” zabrał się za „Wino…” dopiero wtedy, gdy wypielęgnował w sobie odpowiednie zaplecze intelektualne. Oprócz tego rozumiał każde z zadanych mu pytań, pogodził anegdoty z planu z własną interpretacją materiału. Publiczność wolała jednak uhonorować bieg po wyłączone z katolickiego kontekstu religijne przeżycie – czyli „Wszystko będzie dobrze” Tomasza Wiszniewskiego. Nagroda dla tego dyskredytującego i tak już społecznie napiętnowaną (dzięki ruchom politycznym) ikonografię maryjną filmu to żadne zaskoczenie. Laur zdobył właściwie współscenarzysta filmu, wrześnianin Rafał Szamburski.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Mniej kontrowersji wzbudziła nagroda za dokument dla Jacka Bławuta („Wojownik”), chociaż i tu uważam, że publiczność miała na podorędziu filmy ciekawsze: „Istnienie” Marcina Koszałki i „52 procent” Rafała Skalskiego. U Koszałki obsesja śmierci znalazła wreszcie wyraz w przemyślanym stopie formy i treści. Skalski przypomniał o dobrej szkole dokumentu Kieślowskiego, za co zdobył już Grand Prix Krakowskiego Festiwalu Filmowego.
Co do Bławuta: Bohater „Wojownika”, Marek Piotrowski, to człowiek wciąż niedostatecznie znany nad Wisłą, a przecież wspiął się na szczyt świata. W zawodowej karierze kickboksera stoczył czterdzieści dwie walki, przegrał jedynie dwie, był także niepokonanym bokserem i karateką, mistrzem świata kilku federacji. Dziś jest prawdziwą ikoną sportów walki, ale los zabrał mu zdrowie i szczęście rodzinne. Piotrowski mówi prozą i wierszem. Z jego ust płyną zdania na poziomie językowym nieosiągalnym dla większości narodu. Kiedy wyjaśnia: „Szanuje energię, zupełnie jak kot”, jest w tym i szczerość, i metafizyczny pogłos. Film Bławuta imponuje empatią, gdyż reżysera nie interesują rodzinne upadki Piotrowskiego i widzi w nim przede wszystkim sportowca – wojownika o niezłomnej sile ducha. Po dwudziestu minutach nie mówi jednak o bohaterze nic nowego. Piotrowskiemu oddano we Wrześni pokłon i tylko za takim przeznaczeniem nagrody podpisuje się obiema rękami.
Ciekawe, że swojej najelegantszej wizytówki Prowincjonalia doczekały się po dwunastu latach istnienia. „Prowincje świata” to moim zdaniem jądro tego festiwalu. Cykl ów ma spójną koncepcję, repertuar podobny tematycznie, choć skomponowany na delikatnych kontrastach. Wgryza się w dany problem głęboko i pokazuje go z różnych punktów widzenia. Choć ludzie czekający w kuluarach na posiłek często łapali się za głowy, „Kolory śmierci” (cykl w ramach „Prowincji świata”) przyniosły zróżnicowanie i przekrój: cudownie sfotografowany kicz Doroty Kędzierzawskiej („Pora umierać”), złożone we wzajemnie dookreślający się dyptyk filmy Szumowskiej („A czego tu się bać”) oraz Koszałki (wspomniane „Istnienie”), uderzający w putinowską politykę siłą faktu „Bunt. Sprawa Litwinienki” Andrieja Niekrasowa, wstrząsające przywołanie samobójstwa sekty Świątynia Ludu („Jonestown” Stanleya Nelsona), dziewczyny z burdelu w Phnom Penh („Nie można zawinąć żaru w papier” Rithy Panha) i zezwierzęconych policjantów z posterunku na granicy chińsko-koreańskiej („Zbrodnia i kara” Zhao Lianga). Właśnie tutaj, na skrzyżowaniu prowincji świata, leży prawda czasu, która z prawdą ekranu nie musi konkurować.
koniec
28 marca 2008

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

„Kobra” i inne zbrodnie: J-23 na tropie A-4
Sebastian Chosiński

16 IV 2024

Domino – jak wielu uważa – to takie mniej poważne szachy. Ale na pewno nie w trzynastym (czwartym drugiej serii) odcinku teatralnej „Stawki większej niż życie”. tu „Partia domina” to nadzwyczaj ryzykowna gra, która może kosztować życie wielu ludzi. O to, by tak się nie stało i śmierć poniósł jedynie ten, który na to ewidentnie zasługuje, stara się agent J-23. Nie do końca mu to wychodzi.

więcej »

Z filmu wyjęte: Bo biblioteka była zamknięta
Jarosław Loretz

15 IV 2024

Co zrobić, gdy słyszało się o egipskich hieroglifach, ale właśnie wyłączyli prąd i Internetu nie ma, a z książek jest tylko poradnik o zarabianiu pieniędzy na kręceniu filmów, i nie za bardzo wiadomo, co to te hieroglify? No cóż – właśnie to, co widać na obrazku.

więcej »

„Kobra” i inne zbrodnie: Gdzie są naziści z tamtych lat?
Sebastian Chosiński

9 IV 2024

Barbara Borys-Damięcka pracowała w sumie przy jedenastu teatralnych przedstawieniach „Stawki większej niż życie”, ale wyreżyserować było jej dane tylko jedno, za to z tych najciekawszych. Akcja „Człowieka, który stracił pamięć” rozgrywa się latem 1945 roku na Opolszczyźnie i kręci się wokół polowania polskiego wywiadu na podszywającego się pod Polaka nazistowskiego dywersanta.

więcej »

Polecamy

Bo biblioteka była zamknięta

Z filmu wyjęte:

Bo biblioteka była zamknięta
— Jarosław Loretz

Wilkołaki wciąż modne
— Jarosław Loretz

Precyzja z dawnych wieków
— Jarosław Loretz

Migrujące polskie płynne złoto
— Jarosław Loretz

Eksport w kierunku nieoczywistym
— Jarosław Loretz

Eksport niejedno ma imię
— Jarosław Loretz

Polski hit eksportowy – kontynuacja
— Jarosław Loretz

Polski hit eksportowy
— Jarosław Loretz

Zemsty szpon
— Jarosław Loretz

Taśmowa robota
— Jarosław Loretz

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.