Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 15 kwietnia 2024
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Filmy Nowych Horyzontów 2011 (3/3)
[ - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
1 2 3 »
Jak co roku prezentujemy obszerną relację z naszych przygód na (już nie Era) Nowych Horyzontach. Przedstawiamy Wam ponad 50 krótkich recenzji, które postanowiliśmy z litości dla czytelnika podzielić na trzy części. Dziś kończymy – filmy od litery R do Z.

Ewa Drab, Karol Kućmierz, Urszula Lipińska, Patrycja Rojek, Konrad Wągrowski, Kamil Witek, Zuzanna Witulska

Filmy Nowych Horyzontów 2011 (3/3)
[ - recenzja]

Jak co roku prezentujemy obszerną relację z naszych przygód na (już nie Era) Nowych Horyzontach. Przedstawiamy Wam ponad 50 krótkich recenzji, które postanowiliśmy z litości dla czytelnika podzielić na trzy części. Dziś kończymy – filmy od litery R do Z.
„Raigyo” („Raigyo”, reż. Takahisa Zeze)
Zuzanna Witulska [80%]
Widzowie spodziewający się, że w filmach z gatunku pinku eiga seks jest elementem priorytetowym lub przynajmniej równorzędnym wobec opowiadanej historii, srogo się zawiodą. Kiedy w latach ’80 ubiegłego wieku Japonię zalała fala filmów hard porno, przyszłość filmu różowego stanęła pod znakiem zapytania. Twórcy, postawieni pod ścianą, musieli znaleźć dla swojej twórczości nowe rozwiązania. Film różowy nie upadł, mało tego, przeżył swój renesans, nazywany także różową nową falą, której najbardziej znaczącymi twórcami była czwórka reżyserów, nazywana czterema diabłami. Za cel postawili sobie tworzenie filmów erotycznych, ale naznaczonych autorskim piętnem reżysera i elementami artyzmu. Do grona tych filmowców zalicza się Takahisa Zeze, reżyser „Raigyo”. Tytuł filmu nawiązuje do gatunku ryby, niejadalnej z powodu znajdujących się w jej wnętrzu pasożytów. Raigyo ma wymiar symboliczny. Świat wykreowany przez Zeze naznaczony jest lękiem i wizją rozkładu. Zarówno miasto jak i bagna, na które mało kto się zapuszcza, mają ten sam, zgniło-zielony odcień. W tej przestrzeni snują się ludzie, szukając kontaktu z drugim człowiekiem. Jednak gdy dwójka bohaterów w końcu się odnajdzie (za sprawą serwisu randkowego), dla jednego z nich skończy się to śmiercią. Reżyser serwuje nam nieprzyjemny obraz w klimacie zamierzonej enigmatyczności i tajemniczości. Trawiący bohaterów pasożyt, popychający do krwawych zbrodni, pozostaje nieuchwytnym i nieumotywowanym. Ale jest i w filmie iskierka nadziei i pytanie o możliwość odkupienia.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
„Rozstanie” („Jodaeiye Nader az Simin”, reż. Asghar Farhadi)
Ewa Drab [90%]
Przejmujący dramat Asghara Farhadiego zdobył Złotego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie, a we Wrocławiu zawładnął sercem publiczności. To doskonały dowód na to, że kino ma uniwersalny język, który potrafi dotykać emocjonalnie niezależnie od korzeni kulturowych i geograficznych odbiorcy. Podobnie jak w poprzednim filmie Farhadiego – „Co wiesz o Elly?” – tak w „Rozstaniu” kameralna historia rodzinna funkcjonuje jako odzwierciedlenie problemów i podziałów społeczeństwa irańskiego. Separacja małżonków spowodowana niechęcią męża do wyjazdu z Iranu pociąga za sobą liczne wydarzenia, które prowadzą do pogłębiającej się wrogości na łonie rodziny. Niepotrzebne sekrety, niedomówienia i lęki sprawiają, że nikt nie może efektywnie porozumieć się z bliźnim. Wszystko ma dwie strony – oficjalną, wystawianą na widok publiczny oraz nieformalną, prywatną, pokazywaną jedynie najbliższym, jeśli nie pozostawioną nietkniętą w głębi duszy jednostki. Farhadi ma na planie fantastycznych aktorów, którzy ukazują w najmniejszym detalu wszystkie ukrywane i uzewnętrzniane emocje, żeby za pomocą aktorskiego ascetyzmu zbudować postaci wiarygodne i nieobojętne publiczności. Chociaż film ma ścisły związek z tłem społecznym Iranu, odwołuje się do wartości i pojęć znanych na całym świecie. Z tego powodu „Rozstanie” pozostawia zadrę w pamięci niezależnie od pochodzenia i światopoglądu widza.
„Różowe flamingi” („Pink flamingos”, reż. John Waters)
Kamil Witek [80%]
Opus magnum Johna Watersa, mimo już prawie 40-letniej metryki, dalej spełnia tę samą rolę jak w chwili powstania. Zdecydowanie nie do polecenia dla widzów o słabszych nerwach, bo sceny spożycia psich odchodów czy dziwacznych seksualnych orgii mogą wywrócić niejeden żołądek do góry nogami. W „Różowych flamingach” Waters kontynuuje inwazję złego smaku bez żadnych ograniczeń. Z tą różnicą, że tym razem swoje idące zdecydowanie za daleko pomysły powrzucał w zwartą i w swego rodzaju poukładaną fabułę, jeśli w ogóle można tak określić toczący się w niej pojedynek o tytuł „najobrzydliwszych ludzi świata”. Co by nie powiedzieć o osobliwej amatorszczyźnie realizacyjnej i scenach wykrzywiających nawet najtwardszych widzów, to po seansie „Różowych flamingów” można tylko potwierdzić słowa jednego z uznanych amerykańskich krytyków filmowych, który przyznał, że na filmie Watersa bawił się znacznie lepiej niż na „Szeptach i krzykach” Bergmana.
„Self Made” („Self Made”, reż. Gillian Wearing)
Zuzanna Witulska [90%]
Zakwalifikowanie filmu Gillian Wearing do kategorii Filmów o Sztuce zrodziło wśród widzów uzasadnione wątpliwości, które ujawniły się podczas rozmowy z twórcami. Dokument rejestruje warsztaty aktorskie prowadzone przez Sama Rumbelowa – trenera metody Stanisławskiego. Wedle tej metody aktor, by naturalnie odegrać rolę, czerpie z własnych, życiowych doświadczeń i wywołuje u siebie określone stany emocjonalne. I to właśnie charakter warsztatów oraz zaproszenie do udziału w eksperymencie osób nie mających wcześniej doświadczeń scenicznych spowodowały, że psychiczna terapia protagonistów, która miała być efektem ubocznym całego przedsięwzięcia, w rzeczywistości zdominowała cały film, a występy aktorskie uczestników były już tylko (a raczej aż) ostatecznym ukoronowaniem wewnętrznego procesu, którego każdy z nich doświadczył z osobna. Nie jest to jednak wada, bo choć niejako wbrew zamierzeniom twórców, obraz stał się autentycznym i przejmującym zapisem trudu, jakiego podjęli się uczestnicy, konfrontujący się z osobistymi lękami i słabościami.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
„Skóra, w której żyję” („La piel que habito”, reż. Pedro Almodovar)
Kamil Witek [80%]
Tych, których Almodovar zawiódł „Przerwanymi objęciami” od razu uspokoję – Hiszpan obniżenie lotów ma już za sobą. Mimo, że tak jak główny bohater, chirurg plastyczny Robert Ledgard, nie ustaje w doświadczeniach – w przypadku reżysera – na polu filmowej wrażliwości i własnej almodramy. Almodovar utkał fabułę na podstawie cudzej powieści, ale przełożył ją na osobisty język. Sprawnie operując odrzucającą ultra-suchością Antonio Banderasa kreuje postać tak jak i cały film w co najmniej ambiwalentnym ujęciu. Szaloną acz precyzyjną w działaniach i wystudzoną aż do bólu w porywających emocjach. Bo „Skóra, w której żyję” to opowieść nie tylko o szaleństwie, zemście i pożądaniu, ale także o miłości absolutnej. Uczuciu doskonałym, które warte jest podjęcia syzyfowej próby sięgnięcia przez człowieka po nieosiągalną doskonałość. Dlatego Ledgardowi najbliżej do doktora Frankensteina, ogarniętego obsesją stworzenia człowieka idealnego. Na swój sposób równającemu się z Bogiem, podejmując ryzykowny empiryczny eksperyment z ludzkim ciałem, jednocześnie bez baczenia na wrażliwą i podatną na każdą zmianę psychikę. Tytułowa skóra jest tu bowiem powierzchnią, którą można dowolnie zmieniać, modelować i układać, ale jest to zaledwie zewnętrzna fasada, kostium pod którym może toczyć się niesamowite piekło, o którym na zewnątrz nikt nie ma pojęcia. Almodovar w charakterystycznej dla siebie elegancji stawia właśnie aspekt ludzkiej tożsamości przed szereg, ujmując dramat niejako swoistą parafrazą, że to nie skóra definiuje człowieka, a człowiek skórę.
Zuzanna Witulska [70%]
„Skóra, w której żyję” przysparza mi najwięcej kłopotów z nowohoryzontowej gamy. Nowy Almodóvar, jak zaczęto nazywać go po realizacji filmu, z jednej strony złagodniał. Widać, że wyśmienicie czuje się w luksusowych, przestronnych wnętrzach i jeszcze więcej uwagi poświęca stronie wizualnej filmu. Nadało to obrazowi, a przede wszystkim zdjęciom, niezmiernie przyjemnego dla oka estetycznego waloru. Z drugiej strony, ten łagodny reżyser pakuje do filmowego worka niezliczoną ilość dramatyczno-mrocznych elementów, zapominając przy tym, że od nadmiaru głowa potrafi solidnie rozboleć. Mamy tu więc i bratobójstwo, i samobójstwo, i jeszcze inne śmierci. Jest szalony doktor naukowiec, współczesny Frankenstein, opętany nie tylko wizją stworzenia swojego potwora, ale także trawiony wyrzutami sumienia za śmierć najbliższych mu osób. Nie zabrakło gwałtu, porwania i syndromu sztokholmskiego. Wszystko to oczywiście podlane melodramatycznym sosem, co sprawia, że całość, nawet jak na Almodóvara, prezentuje się momentami stanowczo zbyt karykaturalnie. W całym tym natłoku, za którym trudno momentami nadążyć, giną atuty, które film niewątpliwie posiada. Oprócz wspomnianej wirtuozerii realizacyjnej, należy wymienić sam temat tożsamości człowieka i możliwości kreacji w dobie współczesnych osiągnięć cywilizacyjnych, może sam w sobie nie tak oryginalny, za to bardzo atrakcyjnie ujęty. Powraca Antonio Banderas, nadal diablo przystojny, ale bardziej stonowany, umiejętnie kreując bohatera głęboko skrywającego targające nim demony. Towarzyszy mu, nie zostając daleko w tyle, piękna Elena Anaya. Najnowszy film hiszpańskiego reżysera pokazuje, że intensywnie poszukuje on dla siebie nowych rozwiązań, z różnym rezultatem. To jednak wystarczy, bym bez zastanowienia udała się na jego kolejny film. Wtedy dopiero okaże się, czy „Skóra…” jest filmem przełomowym w jego karierze.
1 2 3 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Fallout: Odc. 1. Odkrywanie realiów zniszczonego świata
Marcin Mroziuk

15 IV 2024

Po obejrzeniu pierwszego odcinka z jednej strony możemy poczuć się zafascynowani wizją postapokaliptycznego świata, w którym funkcjonują bardzo zróżnicowane, mocno od siebie odizolowane społeczności, z drugiej strony trudno nie ulec lekkiej dezorientacji, gdyż na razie brakuje jeszcze połączenia pomiędzy poszczególnymi wątkami.

więcej »

East Side Story: Wielkie bohaterstwo małych ludzi
Sebastian Chosiński

14 IV 2024

Nie trzeba być żołnierzem w mundurze generalskim, aby dokonywać czynów wielkich. Nie trzeba mieć w ręku karabinu czy sterów czołgu. Niekiedy wystarczy prawdziwa, a nie jedynie deklarowana miłość bliźniego, względnie – zwykła ludzka przyzwoitość. W to właśnie byli „uzbrojeni” mieszkańcy gruzińskiej wsi Shindisi, którzy w sierpniu 2008 roku ratowali swoich rannych żołnierzy przed zemstą Rosjan. O tym opowiada dramat wojenny Dita Cincadzego.

więcej »

Reacher: Sez. 2. odc. 8. Porozmawiajmy o zabijaniu
Marcin Mroziuk

12 IV 2024

Chociaż główny bohater znalazł się w na pierwszy rzut oka beznadziejnym położeniu, to w istocie nie zastanawiamy się, czy uda mu się rozprawić z Langstonem i jego ludźmi, lecz jedynie czekamy, by dowiedzieć się, w jaki sposób tego dokona. Niestety tutaj twórcy scenariusza zdecydowanie przesadzili, gdyż pozwolili Reacherowi na zupełnie nieprawdopodobne wyczyny.

więcej »

Polecamy

Wilkołaki wciąż modne

Z filmu wyjęte:

Wilkołaki wciąż modne
— Jarosław Loretz

Precyzja z dawnych wieków
— Jarosław Loretz

Migrujące polskie płynne złoto
— Jarosław Loretz

Eksport w kierunku nieoczywistym
— Jarosław Loretz

Eksport niejedno ma imię
— Jarosław Loretz

Polski hit eksportowy – kontynuacja
— Jarosław Loretz

Polski hit eksportowy
— Jarosław Loretz

Zemsty szpon
— Jarosław Loretz

Taśmowa robota
— Jarosław Loretz

Z wątrobą na dłoni
— Jarosław Loretz

Zobacz też

Inne recenzje

Transatlantyk 2013: Dzień 8
— Sebastian Chosiński, Gabriel Krawczyk, Iwona Michałowska

Lepiej się nie zbliżać
— Urszula Lipińska

Tabu kłamstwa
— Ewa Drab

Skóra, w której chciałbym żyć
— Łukasz Gręda

Dwubiegunowość seksualna
— Ewa Drab

Co nam w kinie gra: Skóra, w której żyję, W imieniu diabła
— Urszula Lipińska, Kamil Witek, Zuzanna Witulska

Filmy Nowych Horyzontów 2011 (2/3)
— Ewa Drab, Karol Kućmierz, Urszula Lipińska, Patrycja Rojek, Konrad Wągrowski, Kamil Witek, Zuzanna Witulska

Filmy Nowych Horyzontów 2011 (1/3)
— Ewa Drab, Karol Kućmierz, Urszula Lipińska, Patrycja Rojek, Konrad Wągrowski, Kamil Witek, Zuzanna Witulska

Z tego cyklu

Filmy Nowych Horyzontów 2011 (2/3)
— Ewa Drab, Karol Kućmierz, Urszula Lipińska, Patrycja Rojek, Konrad Wągrowski, Kamil Witek, Zuzanna Witulska

Filmy Nowych Horyzontów 2011 (1/3)
— Ewa Drab, Karol Kućmierz, Urszula Lipińska, Patrycja Rojek, Konrad Wągrowski, Kamil Witek, Zuzanna Witulska

Tegoż twórcy

Remanent filmowy 2022: „Idiota” za kratkami
— Sebastian Chosiński

Krótko o filmach: Mroczna sielanka
— Sebastian Chosiński

Esensja ogląda: Grudzień 2017 (4)
— Konrad Wągrowski

Kiedy irański mężczyzna kocha irańską kobietę
— Karolina Kopcińska

31. Warszawski Festiwal Filmowy: Dzień drugi
— Karolina Ćwiek-Rogalska

Rodzina na swoim
— Jarosław Robak

Esensja ogląda: Luty 2014
— Sebastian Chosiński, Karolina Ćwiek-Rogalska, Piotr Dobry, Grzegorz Fortuna, Jarosław Loretz

Esensja ogląda: Październik 2013 (2)
— Karolina Ćwiek-Rogalska, Piotr Dobry, Kamil Witek

Dotknąć obrazu
— Ewa Drab

Złe Wy...Konanie
— Bartosz Sztybor

Tegoż autora

Co nam w kinie gra: Czasem myślę o umieraniu
— Kamil Witek

14. American Film Festival: Czasem myślę o umieraniu
— Kamil Witek

Co nam w kinie gra: Poprzednie życie
— Kamil Witek

Kosmiczny redaktor
— Konrad Wągrowski

mbank Nowe Horyzonty 2023: Drrrogi, chłopcze…
— Kamil Witek

Po komiks marsz: Maj 2023
— Sebastian Chosiński, Paweł Ciołkiewicz, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Marcin Knyszyński, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Statek szalony
— Konrad Wągrowski

Kobieta na szczycie
— Konrad Wągrowski

Przygody Galów za Wielkim Murem
— Konrad Wągrowski

Potwór i cudowna istota
— Konrad Wągrowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.