Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 11 maja 2021
w Esensji w Esensjopedii

Komiksy

Magazyn CCV

Podręcznik

Kulturowskaz MadBooks Serialomaniak.pl Skapiec.pl

Nowości

komiksowe (wybrane)

więcej »

Zapowiedzi

komiksowe

więcej »

Niekoniecznie jasno pisane: Śmierć Supermana

Esensja.pl
Esensja.pl
1 2 »
Dokładnie dwadzieścia osiem lat temu, w styczniu 1993 roku, doszło do bezprecedensowego wydarzenia w amerykańskim świecie komiksowym. Ikona gatunku, najsłynniejszy superbohater w dziejach, umarł w ramionach swojej ukochanej. Polscy fani komiksu byli świadkami tych niezwykłych wypadków w sierpniu 1995 roku – dobrze pamiętamy czarną okładkę z logo Supermana ociekającym krwią. Zapraszam na tragedię w trzech aktach – śmierć, pogrzeb i powrót do życia.

Marcin Knyszyński

Niekoniecznie jasno pisane: Śmierć Supermana

Dokładnie dwadzieścia osiem lat temu, w styczniu 1993 roku, doszło do bezprecedensowego wydarzenia w amerykańskim świecie komiksowym. Ikona gatunku, najsłynniejszy superbohater w dziejach, umarł w ramionach swojej ukochanej. Polscy fani komiksu byli świadkami tych niezwykłych wypadków w sierpniu 1995 roku – dobrze pamiętamy czarną okładkę z logo Supermana ociekającym krwią. Zapraszam na tragedię w trzech aktach – śmierć, pogrzeb i powrót do życia.
Mamy rok 1991. Marvel miażdży konkurencję, każdego miesiąca komiksy tego wydawnictwa okupują top 10 sprzedaży – mniej więcej czterdzieści procent amerykańskiego rynku komiksowego należy do Stana Lee i spółki. Jim Lee rozbija bank w październiku – pierwszy numer „X-Men” osiąga niebotyczny poziom ośmiu milionów sprzedanych egzemplarzy. Detective Comics słabo przędzie – zajmuje dwadzieścia procent rynku (a sytuacja będzie jeszcze gorsza rok później, kiedy to wspominany już Jim Lee i siedmiu innych buntowników założą razem „Image Comics”). Najpopularniejszym bohaterem DC był oczywiście Batman, który cały czas płynął na fali „Powrotu mrocznego rycerza” Franka Millera – żadne starania zespołu kreatywnego, odpowiedzialnego za postać Supermana, nie mogło zmienić tej sytuacji (po latach żartowano nawet, że Superman musiał umrzeć między innymi z winy Franka Millera).
U progu 1991 roku Superman posiadał trzy miesięczne serie. Najstarszą, legendarną „Action Comics”, nieco młodszą „The Adventures of Superman” i najpopularniejszą, zawiadywaną przez słynnego Dana Jurgensa, nazwaną po prostu „Superman”. Włodarze DC dorzucili w lipcu 1991 roku jeszcze jedną – „Superman: The Man of Steel”, do której scenariusze pisała Louise Simonson, jedyna kobieta w zespole, a za rysunki odpowiadał największy oryginał ekipy, czyli Jon Bogdanove. Wspomniani twórcy, plus Jerry Ordway i Mike Carlin zbierali się co roku na wielodniową burzę mózgów, której celem było ustalenie najważniejszych wydarzeń w życiu Supermana na najbliższe dwanaście miesięcy. Jednym z pomysłów na ożywienie sprzedaży wszystkich czterech tytułów, był ciąg zdarzeń prowadzących do ślubu Clarka Kenta i Lois Lane, który miał nastąpić na początku 1993 roku, w pięćsetnym numerze „The Adventures of Superman”. W końcu wszyscy właśnie na to czekali od 1987 roku – to wtedy Lois poznała prawdziwą tożsamość Clarka (dokładnie tak, w przeciwieństwie do Batmana to superbohaterska wersja naszego bohatera jest tą naturalną, a rola Clarka Kenta to przebranie), a Marvel zbijał kokosy na ślubie Petera Parkera i Mary Jane.
Nic z tego nie wyszło, przynajmniej nie wtedy. Detective Comics zawarło bowiem umowę z telewizyjnym potentatem „Warner Bros.” który rozpoczął prace nad serialem „Lois& Clark: The New Adventures of Superman”. Ustalono, że wydarzenia w komiksach i serialu będą w miarę spójne, a scenarzyści telewizyjni od razu zapowiadali, że punktem kulminacyjnym serialu będzie właśnie ślub – w końcu to Clark Kent był tu głównym bohaterem, nie Kryptończyk. DC postanowiło wrócić do tematu za kilka lat, kiedy to razem z Warner Bros. nakręcą sobie wzajemnie wyniki sprzedażowe i oglądalność. Co ciekawe, wszystko wyszło idealnie – serialowi Lois i Clark biorą ślub w październiku 1996, a komiksowi dwa miesiące później w specjalnym wydaniu „Superman: The Wedding Album”.
Zespół kreatywny „Supermana” musiał zmazać całą tablicę i wyrzucić wszystkie fiszki do kosza. Jerry Ordway zwykł kończyć posiedzenia żartobliwym: „Ech, zabijmy go w końcu…” – tym razem wszyscy wzięli to na poważnie. Tylko jak to zrobić, żeby to miało sens i było wiarygodne? Kto w ogóle miałby szansę zabić Supermana? Jedynym, który przychodził do głowy był Darkseid, władca Apokolips – tylko, że pociągało to za sobą kolejne dylematy. Darkseid też musiałby wtedy umrzeć, bo inaczej zniszczyłby Ziemię – a szkoda byłoby poświęcić tak legendarną postać. Dan Jurgens wymyślił wtedy zupełnie nową istotę, jakże inną od dotychczasowych przeciwników Supermana. To nie miał być kolejny „mastermind” w stylu Lexa Luthora, Mr. Mxyzptlka czy Brainiaca, czyli superinteligentny złoczyńca. Stwórzmy antytezę Supermana, uosobienie zła i chaosu, kogoś z kim nie da się walczyć rozumem i podstępem, kogoś, kto będzie wyzwaniem wyłącznie fizycznym. Stwórzmy potwora, o którym nie wiemy nic ponadto, że jest czystym złem, wściekłością oraz siłą natury i którego celem jest zabicie każdej napotkanej żywej istoty. Superman będzie musiał porzucić wszystkie swoje zasady i dotychczasowe przyzwyczajenia – musi zabić, lub zostać zabitym.
Pomysł dojrzewał przez resztę roku i na kolejnej burzy mózgów – już w 1992 roku – dopięto wszystko na ostatni guzik. Wszystkie listopadowe numery czterech serii „Supermana” kończą się charakterystyczną planszą – potężna pięść, z dziwnymi kolczystymi wyrostkami, przebija się przez jakieś dziwne metalowe drzwi. Potwór wydostaje się na wolność. W grudniu 1992 roku, w osiemnastym numerze „Superman. The Man of Steel”, poznajemy olbrzymią postać w zielonym kombinezonie, która rozpoczyna swój, znaczony krwią i pożogą, pochód na Metropolis. Nikt nie wie kim/czym jest – widać tylko, że napędza ją niczym nie uzasadniona, irracjonalna nienawiść do wszystkiego. Jedna wielka maszyna do zabijania, kierująca się nie inteligencją, lecz bliżej nieznanym wewnętrznym imperatywem. Jako pierwsza do walki staje Amerykańska Liga Sprawiedliwości, ale bez jej flagowych postaci. Batman, Wonder Woman, Flash, Aquaman, Hal Jordan – każdy teoretycznie zmagał się z zagrożeniem uniemożliwiającym przybycie z odsieczą do Metropolis, ale tak naprawdę chodziło o to, aby wszystkie spojrzenia skierowane były wyłącznie na Supermana. Liga Sprawiedliwości zostaje rozbita w pył w sześćdziesiątym dziewiątym odcinku własnej serii komiksowej – jeden z jej członków, Booster Gold, mimowolnie nadaje imię niepowstrzymanemu stworowi. Gdy próbuje opisać przybyłemu właśnie Supermanowi co się dzieje, nazywa monstrum „dniem zagłady”.
Doomsday spuszcza pierwsze lanie Człowiekowi ze Stali i dociera do Metropolis. Tam, w świetle reflektorów, odbywa się jeden z najsłynniejszych pojedynków w historii Detective Comics, transmitowany cały czas na żywo przez wszystkie telewizje Ameryki. Od uderzeń pięści pękają szyby w całym mieście i tworzą się kratery na ulicach – stróż Metropolis jeszcze nigdy tak nie walczył, jeszcze nigdy nie był tak bezradny, jeszcze nigdy nie mierzył się z taką potęgą. Kolejne odcinki odliczają czas do finału ilością kadrów – „The Adventures of Superman #497” ma cztery kadry na stronie, „Action Comics #684” trzy, „Superman: The Man of Steel #19” dwa, a jubileuszowy „Superman #75” przedstawia ostatnie chwile Kryptończyka na całostronicowych kadrach, które na samym końcu przechodzą na wielkie kadry rozłożone na dwie strony. „Oto dzień, w którym umarł Superman” – nasz bohater wyzionął ducha w środę o 18:23. Doomsday umiera razem z nim. Siedemdziesiąty piąty numer „Supermana” okazał się najlepiej sprzedającym się komiksem 1992 roku w Stanach Zjednoczonych i w całej historii Człowieka ze Stali. Cały pierwotny, ponad milionowy nakład, rozszedł się w ciągu jednej nocy – sklepy komiksowe w USA przeżyły wtedy zmasowany szturm czytelników.
Superman umarł, ale życie toczy się dalej. Kolejne osiem zeszytów wszystkich czterech serii (były to czasy, w których nowy komiks z „Supermanem” pojawiał się w sklepach praktycznie co tydzień), pod wspólnym tytułem „The Funeral for a Friend”, opisują wydarzenia mające miejsce bezpośrednio po walce – kurz powoli opada, a oniemieli i zdruzgotani mieszkańcy miasta próbują zrozumieć, co się właśnie stało. „Jak wyglądał będzie świat bez Supermana?” – zastanawiają się wszyscy. „Jak wyglądał będzie świat bez Clarka?” – zastanawia się zrozpaczona Lois Lane, która przeżywa najgorsze chwile w życiu. Superbohaterski świat DC organizuje swej legendarnej postaci wielki pogrzeb, na który stawiają się wszyscy najważniejsi herosi uniwersum. Ciało Supermana spoczywa w podziemnym grobowcu w Centennial Park, powstaje wielki pomnik upamiętniający postać Kryptończyka, a świat próbuje radzić sobie z nową sytuacją.
Fabuła „Pogrzebu dla przyjaciela” obraca się wokół czterech najważniejszych wątków. Metropolis było wtedy miejscem, którym nieformalnie trząsł Lex Luthor II (oficjalnie syn „starego” Lexa, a tak naprawdę jego klon z jego świadomością przeniesioną do nowego ciała z bujną fryzurą i zarostem). Luthor nie ma już przeciwnika, nikt nie stoi na jego drodze do władzy absolutnej. Z jednej strony to świetna wiadomość, ale z drugiej niedosyt, bo przecież to z jego ręki miał zginąć Superman. U boku Luthora stoi Supergirl, a właściwie jej nowa „pokryzysowa” wersja – zmiennokształtna istota z innego wymiaru, która przyjęła postać superdziewczyny. Drugi wątek dotyczy „Projektu Cadmus”, tajnej organizacji rządowej, która wykrada ciało Supermana z grobowca w celu pozyskania jego DNA i wyhodowania superklona. Zatem równolegle z osobistymi, pełnymi żalu i smutku historiami otrzymujemy lekko przeszarżowaną fabularnie opowieść o zamieszaniu wokół martwego superciała.
A przecież to te obyczajowe, podsumowujące kondycję Lois Lane i państwa Kentów ze Smallville, wątki są tu najlepsze. Tak, Superman umarł, ale umarł również Clark Kent. Oficjalna wersja mówi, że zaginął – tym trudniejsze jest zadanie jego przybranych rodziców, którzy wiedzą, że go już nigdy nie zobaczą i nie mają się nawet jak pożegnać. W bardzo smutnej i emocjonalnej scenie zakopują osobiste rzeczy Clarka w ziemi – na polu, na którym wylądowała jego kapsuła. „Pogrzeb dla przyjaciela” kończy się kolejną tragedią – przybrany ojciec Supermana, Jonathan Kent ma atak serca i ląduje w szpitalu. Siedemdziesiąty siódmy numer „Supermana” z marca 1993 roku, kończy się płaską linią elektroencefalografu i krzykiem Marthy Kent: „Nie zostawiaj mnie samej!”. Kurtyna.
1 2 »

Komentarze

24 I 2021   12:12:18

Czy jest jakieś polskie wydanie tej serii?

24 I 2021   15:50:09

Całość wydało wydawnictwo TM-Semic. "Superman" 5-12/95 ("Śmierć Supermana" oraz "Pogrzeb przyjaciela") oraz "Superman" 1-9/96 ("Rządy Supermanów"). Inne wydanie to 24 album "Wielkiej kolekcji komiksów DC" - w Polsce wyszedł w lipcu 2017. Ale tutaj mamy tylko jedną trzecią całości, czyli "Śmierć Supermana" bez "Pogrzebu..." i "Rządów".

28 I 2021   20:53:52

Dochodzę do końca pierwszej strony. Artykuł czyta się lepiej niż sam komiks. Szczere gratulacje.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Kadr, który…: Przelała się czara goryczy
Marcin Mroziuk

6 V 2021

Wiadomo, że wojsko nie jest wymarzonym miejscem dla prawdziwego indywidualisty. Łatwo można było więc przewidzieć, że wcielenie do armii tytułowego bohatera „Przygód Koziołka Matołka” dobrze się nie skończy. I rzeczywiście w końcu zostaje on doprowadzony do łez…

więcej »

Nie przegap: Kwiecień 2021
Esensja

30 IV 2021

Dla tych, którzy w majówkę chcą nadrobić zaległości, podręczny spis naszych recenzji opublikowanych w kwietniu.

więcej »

Kadr, który…: Włoski temperament
Marcin Mroziuk

22 IV 2021

Podobno muzyka łagodzi obyczaje, ale na załączonym obrazku wyraźnie widzimy, że ta zasada nie zawsze sprawdza się w praktyce.

więcej »

Polecamy

O wolność waszą i naszą

Tajemnica złotej maczety:

O wolność waszą i naszą
— Konrad Wągrowski

Na wielbłądzie boli tyłek
— Konrad Wągrowski

Z Łosiem na łowy
— Konrad Wągrowski

Przybywając do PRL-owskiego raju
— Konrad Wągrowski

Zobacz też

Z tego cyklu

Jak żywioł
— Marcin Knyszyński

Ład i przeznaczenie kontra chaos i przypadek
— Marcin Knyszyński

Widzę was!
— Marcin Knyszyński

Szok przeszłości
— Marcin Knyszyński

Pięcioro przeciwpancernych i pies
— Marcin Knyszyński

Serenada na trąbkę i sześć strzałów!
— Marcin Knyszyński

W stylu retro
— Marcin Knyszyński

Uruchom ponownie
— Marcin Knyszyński

Zawsze żyjemy w czasach ostatecznych
— Marcin Knyszyński

Osiemnastoletnia improwizacja
— Marcin Knyszyński

Tegoż autora

Wolności!
— Marcin Knyszyński

Ku utopii
— Marcin Knyszyński

Na rubieżach rzeczywistości: Uwięzieni w słowach
— Marcin Knyszyński

Dzięki, panie Ennis!
— Marcin Knyszyński

Tuż przed Toddem McFarlane’em
— Marcin Knyszyński

Odszukać sens w tym, co bezsensowne
— Marcin Knyszyński

Szaszłyki z ludziny
— Marcin Knyszyński

Niekończąca się bitwa
— Marcin Knyszyński

Na rubieżach rzeczywistości: „Sen bowiem jest istnością też…”
— Marcin Knyszyński

Nowe wojny piwne
— Marcin Knyszyński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.