Dziecinna wymówka
Wydany na Zachodzie w sierpniu ubiegłego roku album z cyklu „Titeuf”, dziewiąty już z kolei i zatytułowany „La loi du préau”, miał nakład 1400000 egzemplarzy i prawdopodobnie tylko dwa inne komiksowe tytuły kiedykolwiek przewyższyły tę liczbę (w tym oczywiście „Asteriks i Obeliks”). Nas, Polaków, taka liczba obezwładnia i człowiek odruchowo głębiej wciąga powietrze. Może też poszukać ukojenia w lekturze kolejnego zeszytu „Tituefa” wydanego u nas.
„Z tylnej perspektywy” to czwarty już album opublikowany w Polsce (wydanie oryginalne w 1995 roku). Tytuł jest nieco mylący. Nie dostrzegam tu szczególnie odmiennej perspektywy z jaką Titeuf i jego rówieśnicy postrzegają i komentują otaczający ich świat. Nie ma tu żadnego przesunięcia ciężaru tematów do tyłu i cały album to zbiór powtórnie doskonałych, lepszych i średnich historyjek z Titeufem w roli głównej. Można zachwycać się ciągiem skojarzeń tego malca, a precyzyjnie mówiąc zdolnościom Zepa do imitacji i obserwacji postrzegania świata przez dziecko, ale oczywiste jest, że „Titeuf” nie należy do komiksów, które rodzic może poczytać swojej pociesze na dobranoc. To komiks zdecydowanie dla dorosłych, którego dziecinna oprawa ma usprawiedliwiać autora na wypadek wszelkich ostrzejszych komentarzy. Na kilkadziesiąt historyjek w albumie znajdą się takie, które podczas lektury łudząco przypominają dziecinne wspomnienia, ale znaczna ich część to uwagi pod adresem poważnych wydarzeń świata dorosłych, których Titeuf nie ma prawa rozumieć, więc podejmowane przez niego akcje są w pełni usprawiedliwione.
Po polskim internecie krąży skan jednej z historii z tego albumu zatytułowanej „Tylko modlitwa”, kiedy to Titeuf z kolegą porywa z Kościoła figurkę Matki Boskiej, aby wymóc na Jezusie pewne działania, co świadczy w pewien sposób o trafności i pomysłowości Zepa. Szkoda tylko, że większość przesyłających sobie tego maila ludzi nie ma pojęcia, że o to zetknęło się z jednym z popularniejszych bohaterów współczesnego komiksu. Co we Francji byłoby nie do pomyślenia.
Tomasz Sidorkiewicz [80%]
Wbrew pozorom
W kalifacie nadszedł czas wakacji. Kto żyw, rusza do kurortów, byle tylko odpocząć od męczących miast. Także wielki wezyr Iznogud postanowił wykorzystać czas letniego wypoczynku, by wreszcie zostać kalifem w miejsce kalifa! Zabiera ufnego kalifa Haruna Arachida na wycieczkę nad morze, gdzie ma szansę pozbyć się niewygodnego władcy…
W kolejnym, szóstym już tomie przygód niecnego wezyra Iznoguda, mamy cztery opowiastki, jak zwykle dotyczące jego knowań, by zostać kalifem w miejsce kalifa. Wbrew pozorom, jakie może stwarzać zajawka na początku recenzji, nie jest to krwawy kryminał, a humorystyczny komiks do scenariusza Goscinnego (autora Asteriksa i Lucky Luke′a). Tym razem mamy do czynienia głównie z tematami wycieczkowymi – kalif na plaży, kalif uprawiający sporty zimowe, kalif udający się na wycieczkę statkiem „Katastrofa XXVIII”. W komiksie gości kilka ciekawych postaci, takich jak chociażby meteorolog, którego przepowiednie zawsze odnoszą natychmiastowy, lecz całkowicie odwrotny do treści komunikatu skutek, czy Yonash – najbardziej pechowy z wypływających w morze żeglarzy. Album kończy nowelka nie związana tematycznie – w „Gąsiorku Gazbutana” Iznogud musi zmusić kalifa do wypicia całego gąsiorka wyjątkowo niesmacznego eliksiru.
„Wakacje kalifa” to lekka lektura na zimowe wieczory, pełna gagów i żartów słownych („Strzeż się mojego słonia. Niby wygląda łagodnie, ale wszystkich robi w trąbę”). Dla małych i dużych.
Tomasz Sidorkiewicz [60%]
Lukiluk!
Dziki Zachód może odetchnąć – Meksykanie porwali braci Daltonów. Ale nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło… Daltonowie uczą swoich nowych towarzyszy prawdziwie nowoczesnego podejścia do zawodu bandyty – i okazują się znakomitymi nauczycielami. W efekcie Lucky Luke musi podążyć za Rio Grande, aby uwolnić Meksyk od plagi Daltonów.
Tyle zapowiedź komiksu z tylnej strony okładki. To już trzynasty (!) album z przygodami dzielnego, „biednego, samotnego kowboja daleko od domu” wydany w Polsce. Scenarzysta serii postanowił rozruszać zasiedziałego na Dzikim Zachodzie Lucky Luke′a i wzorem jego komiksowych braci – Asterixa i Obelixa, wysłał go w dłuższą podróż za granicę. A czytelnicy, razem z głównym bohaterem, poznać będą mogli takie charakterystyczne, meksykańskie, symbole takie jak sjesta, walki kogutów, czy tequila.
„Tortilla dla Daltonów” po raz pierwszy pojawił się w 1966 roku w odcinkach, na łamach czasopisma „Spirou”. I czuć, że jest to komiks z niemal 40 letnią przeszłością – żarty są w nim lekkie, z reguły wyśmiewające nierozgarniętego Bzika – psa towarzyszącego bohaterom i tępotę Avarella – najwyższego z braci Daltonów. Wywołujące uśmiech, ale nie rubaszny rechot. Ot, ramotka sprzed lat, na szczęście kilka klas ciekawsza od „Niebieskich Mundurów” – innego komiksu z epoki.
I tak jak Joe Dalton dziękuje porywaczom, za (jak mu się wydaje) uwolnienie („Senores, my salutujemy was, i dziękujemy mucho za zabranie nas do siebie caramba” ), tak i czytelnikom pozostaje podziękować wydawnictwu Egmont za wydanie kolejnego tomu serii. Salutujemy was, ale może by tak częściej niż dwa albumy rocznie, muchas gracias?
Dla Lucky Luke′a, westernów i Goscinnego. W każdym wieku.
Tomasz Sidorkiewicz [70%]
Galakto Paleo Homeo
Kiedy w 1980 roku Alexandro Jodorowski wraz z Moebiusem zaczynał pisać sagę o Johnie Difoolu zatytułowaną „L′Incal Noir”, sam jeszcze chyba nie spodziewał się jak wiele odnóg wyrośnie w jednego, kilkudziesięciostronicowego komiksu. W 1988 na skutek niezwykłej popularności przygód Difoola, Jodorowski zaczął pisać prequel do oryginalnej opowieści „Avant L′Incal” (Przed Incalem). Tym razem jednak rysownikiem nie był już Moebius (zajęty był on innymi projektami), a jego naśladowca – pochodzący z Jugosławi Zoran Janetow. W 1998 roku Janetow rozpoczął pracę nad nowym cyklem, którego pomysł oparty był na zakonie Technokapłanów, który pojawiał się zarówno w „Incalu” jak i innym komiksie, którego akcja rozgrywała się w tym samym wyimaginowanym świecie – znanej już i w Polsce „Kaście Metabaronów”.
Narracja – podobnie jak w „Kaście Metabaronów” – prowadzona jest przez serię wspomnień. W „Kaście” przeszłość poznajemy z relacji dwóch robotów zamieszkujących wnętrze metabunkra, a w „Technokapłanach” dzięki pamiętnikowi Albino – najwyższego technokapłana, lecącego w statku podążającemu ku nowej przyszłości. Dzięki jego wspomnieniom odkrywamy dzieje trojaczków, które narodziły się po tym, jak Święta Asteroida została zaatakowana przez piratów pod wodzą Urlija Czerwnoego, a mieszkająca tam kapłanka została zgwałcona przez 60 kosmicznych korsarzy. W pierwszym tomie cyklu czytelnicy mogą poznać dzieciństwo Albino, chłopca pełnego marzeń („Ale ja chcę tworzyć gry w zakonie pantechnosów. Tak, chcę wymyślać przygody w światach wirtualnych”) i jego pobyt w przedszkole – miejscu w którym młodzi pantechnosi poznają podstawowe zasady i reguły rządzące zachowaniem technokapłanów.

Black Incal – jedno z pierwszych pojawień się technokapłanów
Scenarzysta bogato wykorzystuje istniejące już pomysły – pojawiają się w komiksie zarówno miecze świetlne, jak i ornitoptery. Wygląd statku wojennego który zostaje kupiony przez matkę Albino (która poprzysięgła zemstę na sprawcach jej hańby) przypomina zmodyfikowany projekt statków Cieni z telewizyjnego „Babylon 5”, a bezduszne, ponad sześćsetpunktowe credo pantechnosów to jak żywo bardziej ponura wersja Kodeksu Handlowego Ferengi („Star Trek”). Kariera Albino w przedszkole do złudzenia przypomina losy Cardowskiego Endera, kolejnego młodego geniusza. Na szczęście Jodorowski nie ogranicza się do kopiowania cudzych pomysłów, ale serwuje również czytelnikom nieco oryginalnych idei i zwrotów akcji.
Ilustracje Zorana Janetowa to realistyczna, cienka kreska i cieniowanie przy pomocy olbrzymiej ilości kreseczek (podobnie jak w pracach Moebiusa i prezentowanych na łamach Świata Komiksu nowelkach Bilala). Kolory natomiast to sprawka Freda Beltrana, artysty specjalizującego się w wykorzystywaniu do tego celu komputerów. Z czasem, w kolejnych tomach serii, gdy bohater coraz więcej czasu będzie spędzał w cyberprzestrzeni, jego wpływ stanie się coraz bardziej widoczny. Na początku 2003 polscy czytelnicy poznali inną serię duetu Jodorowski/Beltran – już bez Janetowa – zatytułowaną „Megalex”.
Dziwi brak znaczka, jakim Egmont oznacza swoje drastyczniejsze komiksy, w albumie, w którym kapłanka zostaje zgwałcona przez sześćdziesięciu piratów a jedna z finałowych scen odbywa się w czasie orgii.
„Technokapłani” to komiks dla fanów wszechświata wykreowanego w seriach takich jak „Kasta Metabaronów” i „Incal”, space-opery i tych których nie odrzuca technobełkot polegający głównie na dodawaniu wszędzie gdzie się da przedrostków galakto-, techno- czy paleo-. Bo mimo tego wszystkiego chce się czekać na kolejną część cyklu.
