Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 kwietnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Jerzy Wróblewski
‹Polacy na olimpijskich arenach›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułPolacy na olimpijskich arenach
Data wydania1980
RysunkiJerzy Wróblewski
Wydawca Sport i Turystyka
Gatunekhistoryczny
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk

Poczet polskich medalistów (z małymi wyjątkami)
[Jerzy Wróblewski „Polacy na olimpijskich arenach” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Czy można stworzyć komiks pozbawiony fabuły i wydać go w 200 tysiącach egzemplarzy, by rozszedł się jak świeże bułeczki. Owszem, można: „Polacy na olimpijskich arenach” najlepszym tego przykładem.

Konrad Wągrowski

Poczet polskich medalistów (z małymi wyjątkami)
[Jerzy Wróblewski „Polacy na olimpijskich arenach” - recenzja]

Czy można stworzyć komiks pozbawiony fabuły i wydać go w 200 tysiącach egzemplarzy, by rozszedł się jak świeże bułeczki. Owszem, można: „Polacy na olimpijskich arenach” najlepszym tego przykładem.

Jerzy Wróblewski
‹Polacy na olimpijskich arenach›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułPolacy na olimpijskich arenach
Data wydania1980
RysunkiJerzy Wróblewski
Wydawca Sport i Turystyka
Gatunekhistoryczny
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W poprzednim odcinku tego cyklu, pisząc o „Od Walii do Brazylii” Grzegorza Rosińskiego, mówiłem, że komiks w latach 70. musiał wpisać się w oficjalną narrację propagandową PRL-u – promowanie w narodzie dumy z sukcesów sportowych Polaków. Zaczęło się na kanwie osiągnięć w Mistrzostwach Świata 1974 od piłki nożnej, ale już w tym samym roku pojawiła się kolejna ważna okazja, by przypominać polskie sportowe zwycięstwa. Otóż, na kongresie Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego w Wiedniu przegłosowano, by Igrzyska w 1980 roku odbyły się w Moskwie. Po raz pierwszy w bloku wschodnim, po raz pierwszy w kraju socjalistycznym, na dodatek w tym, który, jak głosiła propaganda, szedł na czele zmian i postępu! Ówczesne polskie media zwariowały od olimpijskich tematów. Były programy, były wspomnienia, odbywały się teleturnieje. Pisała prasa, wydawano książki, wspomnienia naszych medalistów, publikacje zawierające wyniki wcześniejszych olimpiad. Pojawiały się nawet albumy z naklejkami („Od Aten do Moskwy”, 1979 r.)1). Nie mogło zabraknąć też komiksu. W 1980 roku, w przeddzień moskiewskiej olimpiady2) ukazała się pozycja o niewyszukanym tytule „Polacy na olimpijskich arenach”, rysowana przez samego mistrza Jerzego Wróblewskiego, który, szkicując sportowców, odpoczywał sobie trochę od kapitana Żbika.
Dziwaczny to zeszyt, praktycznie pozbawiony fabuły. Jego tytuł jest prawie dokładnie też jego treścią – album po prostu, kadr po kadrze, przedstawia osiągnięcia polskich medalistów na kolejnych Igrzyskach. Zaczyna od kilku rysunków wspominających Polaków startujących jeszcze w barwach zaborców: Władysława Ponurskiego, biegacza reprezentującego Austrię (bez sukcesów, niestety) w 1912 r. w Sztokholmie i Karola Rómmla (w komiksie pisanego nie widzieć czemu przez „o” umlaut), który w barwach Rosji też w 1912 roku był bliski złotego medalu w jeździectwie (jego koń przewrócił się na ostatniej przeszkodzie). Potem przychodzi czas na naszych olimpijczyków z okresu międzywojennego – Wróblewski poświęca kadry srebrnym kolarzom z 1924 roku, jeźdźcom z tej samej olimpiady, oczywiście pierwszej w historii Polski złotej medalistki Haliny Konopackiej, nie zabraknie też Janusza Kusocińskiego, Stanisławy Walasiewiczówny i Marii Kwaśniewskiej. Następnie mamy małe intermedium – wojenne (smutne) losy kilku olimpijczyków, by móc przejść do części głównej: obszernej relacji z osiągnięć sportowców PRL-u. Resztę komiksu wypełnia kilkadziesiąt stron sukcesów bokserów, lekkoatletów, szermierzy, sztangistów, piłkarzy, wioślarzy, gimnastyków, zapaśników, judoków, kolarzy, a także nielicznych reprezentantów sportów zimowych. Wszystko to jest uzupełnione na wewnętrznych stronach okładek spisem (prawie) wszystkich polskich medalistów i z głupia frant krótką historią polskiego udziału w olimpijskich konkursach sztuki. Tylna okładka prezentuje natomiast dzienny program igrzysk moskiewskich.
Formuła jest prosta: jeden bądź dwa kadry na każdego medalistę. Jeśli jeden kadr – dostajemy w nim rysunek sportowca, bądź w akcji, bądź na podium i informację o sukcesie. Jeśli atletę spotkał zaszczyt, by poświęcić mu dwie ramki, na pierwszej najczęściej po prostu rusza do boju, a w drugiej kończy sportowe zmagania. I znów: informacja o tym, które miejsce zajął. Nieliczni sportowcy dostąpią chwały, bo poświęcić im całą stronę (przeważnie będzie to 4-5 kadrów): najczęściej będą to bokserzy tacy jak Kazimierz Paździor czy Jerzy Kulej (którym należy pokazać kilka kolejnych walk w drodze do finału), wyróżniony większym blokiem zostanie też Józef Zapędzki (dwukrotny złoty medalista w strzelectwie), pięcioboista Janusz Peciak, Irena Szewińska oraz piłkarze z 1972 r. i siatkarze z 1976 r. Reszta musi zamknąć swą historię w jednym lub dwóch kadrach – o ile w ogóle mieli szczęście, by o nich napisać, bo nie każdy złoty medalista dostąpił tego zaszczytu, o czym za chwilę.
Kto właściwie był scenarzystą komiksu? Tego – tradycyjnie – nie wiemy, z pewnością nie sam Jerzy Wróblewski, zapewne znów, jak i w przypadku "Od Walii do Brazylii", jakiś dziennikarz sportowy. Nie ma zresztą się czym chwalić, teksty są proste, fabuła praktycznie nie istnieje, choć trzeba przyznać, że przynajmniej nie ma pompatycznych propagandowych tekstów. Nie, tutaj podaje się czyste, suche fakty. Aby przełamać monotonię komiksu, Wróblewski przekazuje informację na kilka różnych sposobów. Czasami w ramkach nad rysunkami („Na finiszu Walasiewiczówna zdecydowanie wyprzedza Kanadyjkę Strike”), czasami w komentarzach przyglądających się zawodom widzów, trenerów i działaczy („Ten rzut da jej trzecie miejsce”), czasami w słowach samych sportowców („A tak niewiele mi brakowało do drugiego złotego medalu”). I tak to się toczy na 40 rysunkowych stronach.
Jak to jest narysowane? Cóż, ładnie. Jerzy Wróblewski jest u szczytu formy, starannie oddaje fizjonomie swych bohaterów, ładnie to wszystko jest pokolorowane, jak przystało na komiks o święcie sportu, wesołe, pogodne, radosne. Dynamika sportowych zmagań jest dobrze oddana, sama piłka nożna rysowana rzadko, ale ładniej niż u Rosińskiego w „Od Walii do Brazylii”. Jedyne do czego można mieć zastrzeżenia, to do zachowawczości rysownika przy rysowaniu boksu (który chyba był ulubionym sportem scenarzysty komiksu): zawsze widać na kadrach rywali krzyżujących rękawice, choć prosiłoby się o więcej dynamiki: ciosy, nokauty. Ale może to taka bezprzemocowa konwencja dla młodego czytelnika. Tak czy inaczej nie można rysownikowi odmówić braku staranności i naprawdę żal, że nie mógł całego albumu poświęcić jakiemuś jednemu konkretnemu sportowemu osiągnięciu, zamiast skakać z tematu na temat.
Paradoksalnie, najciekawsze w tym komiksie jest to… czego w nim nie ma. Kilku bowiem olimpijczyków zostało w nim całkowicie pominiętych. Wiadomo, trudno na 40 stronach narysować każdego medalistę, selekcja jest konieczna. Ale tu widać, że pominięcia są jak najbardziej świadome, wynikające z decyzji politycznych a nie artystycznych. O kim mowa? Cóż, przede wszystkim wzmianki nie ma o jednym z najsłynniejszych polskich lekkoatletów, trójskoczku Józefie Szmidcie, rekordziście świata i dwukrotnym złotym medaliście olimpijskim z 1960 i 1964 roku. Ale Szmidt w 1975 roku bezczelnie wyemigrował do Niemiec (Zachodnich!), a takich rzeczy w PRL-u nie wybaczano. Wspomniałem o fascynacji scenarzysty boksem. Dużo tu pięściarzy i ich sukcesów. Nie ma jednak jednego, ale jakże ważnego! Zygmunt Chychła to nie byle kto, pierwszy powojenny złoty medalista olimpijski, triumfator turnieju bokserskiego z 1952 roku z Helsinek. Tymczasem przy tej olimpiadzie dużo o jest o srebrnym medaliście Antkiewiczu, a o Chychle ani słowa! Czemu? Powód ten sam: Chychła do Niemiec wyjechał na stałe w 1972 roku. A tego – to już wiecie – się nie wybacza. A Egon Franke, nasz pierwszy mistrz olimpijski w szermierce, złoty medalista z Tokio (w 1964 r) we florecie, posiadacz krążka w każdym kolorze? W 1975 wyjechał do Włoch. Włochy to niby nie znienawidzone Niemcy, ale… tego też się nie wybacza. A Witold Woyda, dwukrotny mistrz olimpijski z Monachium? Jest narysowany, ale nie podpisany. To kara za ucieczkę do Stanów Zjednoczonych w latach 70.
Szmidt, Chychła, Franke, Woyda nie zostali wymienieni w komiksie, ale przynajmniej ich nazwiska pojawiają się na liście medalistów w części opisowej albumu. Takiej przyjemności nie zrobiono słynnemu szermierzowi, Jerzemu Pawłowskiemu, czterokrotnemu medaliście olimpijskiemu, laureatowi miana najlepszego sportowca XXX-lecia PRL-u z 1974 roku, pieszczoszkowi władzy, uwielbianemu do niedawna przez media. Ale w 1975 roku okazało się, że Pawłowski… szpiegował dla Amerykanów. Szermierz trafił do więzienia, a ślad po nim zaczęto starannie usuwać. W „Polakach na olimpijskich arenach” nie tylko nie ma jego rysunku, ale nawet na liście medalistów jego nazwisko jest… wygumkowane! Po prostu pusta linia informuje, że w Meksyku w 1968 roku mieliśmy jakieś złoto w szermierce. Owszem, bardzo to orwellowskie, ale w sumie też w gruncie rzeczy idiotycznie małostkowe. Ale cóż, taki bywał PRL3).
Jak to się broni po latach? Jako komiks – właściwie w ogóle. To jest raczej po prostu zilustrowana lista olimpijskich sukcesów. Jako źródło wiedzy o olimpiadach – nawet w sumie nieźle, fakty o naszych medalistach zapadają w pamięć (piszący te słowa wiele z nich na zawsze zapamiętał z tego właśnie zeszytu), choć oczywiście ograniczone są do lat 1924-1976. Od strony rysunków – ówczesna pierwsza liga, Wróblewski to jednak klasa sama w sobie. Wielka jednak szkoda, że przyjęto wówczas taką konwencję, komiksy sportowe poświęcone jednemu, czy choćby kilku sukcesom z pewnością reprezentowałyby dużo wyższy poziom.
koniec
14 lutego 2021
1) Paradoksalnie, „olimpijska” seria odcinków „Bolka i Lolka” pojawiała się później, w przeddzień Igrzysk w Los Angeles, na które… nie pojechaliśmy. To się nazywa mieć pecha.
2) Tak, ja wiem, że „olimpiada” dawniej oznaczała czteroletni okres od jednych igrzysk do kolejnych. Ale już od wielu lat oficjalnie dozwolone jest używanie tego określenia jako terminu oznaczającego zawody sportowe, więc proszę mnie nie poprawiać w komentarzach.
3) W szóstym tomie przygód Tytusa, Romka i A’Tomka Tytus bawi się w Muzeum Sportu „szablą mistrza Pawłowskiego”. W kolejnych wydaniach (po 1976r.) fraza ta została zmieniona na „szablę mistrza Zabłockiego”. Swoją drogą to jakieś fatum, że każdy z naszych trzech indywidualnych mistrzów olimpijskich w szermierce „zgrzeszył przeciw PRL” i trzeba było ich nazwiska podmieniać nazwiskami zawodników, którzy tytułów mistrzowskich nie zdobyli.

Komentarze

15 II 2021   10:37:18

Osobliwe zmiany w historii można niestety dostrzec nawet dziś patrząc na nowe książki dotyczące lat 80/90. Nowe twarze, gdzieś znikają starzy bohaterowie :)

15 II 2021   18:20:32

@pszmeq: przykłady?

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tajemnica złotej maczety: Przybywając do PRL-owskiego raju
Konrad Wągrowski

18 IV 2021

„U progu tajemnicy” to pierwszy zeszyt z nowego cyklu komiksowego z połowy lat 80., który miał zastąpić „Kapitana Żbika”. Okazał się jednak cyklem, który dużo więcej obiecywał, niż był w stanie czytelnikom dostarczyć.

więcej »

Włoski western (niekoniecznie spaghetti)
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

17 IV 2021

Na pytanie, co łączy Włochy ze światem dzikiego zachodu, zapewne większość odpowie, że spaghietti westerny. Jak się okazuje, nie tylko. Trzy lata przed premierą „Za garść dolarów” Sergia Leone miała bowiem premiera komiksu „Zagor”, który wreszcie ukazał się oficjalnie po polsku dzięki wydawnictwu Tore.

więcej »

Tuż przed Toddem McFarlane’em
Marcin Knyszyński

16 IV 2021

Wydawnictwo Egmont wystartowało właśnie z zupełnie nową kolekcją. Jesteś fanem nieistniejącego już „TM-Semic” i masz ochotę na powrót do przeszłości? Komiks „Amazing Spider-Man Epic Collection. Ostatnie łowy Kravena” jest dokładnie tym, czego potrzebujesz. A to dopiero początek.

więcej »

Polecamy

Nowy wspaniały świat

Początki państwa polskiego:

Nowy wspaniały świat
— Marcin Osuch

Soczewica, koło, miele młyn
— Marcin Osuch

Krew, krew, flaki, śmierć
— Marcin Osuch

Uczyć nie bawiąc
— Marcin Osuch

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.