Jeśli narzekałem nieco na jakość scenariusza „Bogów z gwiazdozbioru Aquariusa”, to muszę przyznać, że w porównaniu do kolejnego dwuodcinkowca fantastycznonaukowego z rysunkami Zbigniewa Kasprzaka z lat 80., tamten scenariusz to majstersztyk. Seria złożona z zeszytów „Gość z kosmosu” i „Zbuntowana”, choć ładnie narysowana, pod względem skryptu razi banałem i naiwnością.
Konrad Wągrowski
Podwodne wykopywanie przybysza z kosmosu
[Zbigniew Kasprzak „Gość z kosmosu”, Zbigniew Kasprzak „Zbuntowana” - recenzja]
Jeśli narzekałem nieco na jakość scenariusza „Bogów z gwiazdozbioru Aquariusa”, to muszę przyznać, że w porównaniu do kolejnego dwuodcinkowca fantastycznonaukowego z rysunkami Zbigniewa Kasprzaka z lat 80., tamten scenariusz to majstersztyk. Seria złożona z zeszytów „Gość z kosmosu” i „Zbuntowana”, choć ładnie narysowana, pod względem skryptu razi banałem i naiwnością.
Zbigniew Kasprzak
‹Gość z kosmosu›
Zbigniew Kasprzak – co wiemy choćby z niedawnego albumu kolekcjonerskiego Egmontu, zbierającego komiksy tego artysty – bardzo dobrze czuł się w tematyce fantastycznonaukowej. Nic więc dziwnego, że wkrótce po omawianych niedawno na łamach Esensji „
Bogach z gwiazdozbioru Aquariusa” narysował w połowie lat 80. XX wieku kolejny dwuodcinkowy mini cykl komiksowy w klimacie SF tym razem do scenariusza Małgorzaty Garncarek (być może również scenarzystki krótkiego komiksu „Chcę zostać kapitanem” w
11 numerze „Relaxu” – tam pojawia się jedynie nazwisko scenarzysty/ki). O ile jednak fabuła „Bogów…” przenosiła nas w odległą przeszłość, tym razem jest całkiem odwrotnie – akcja komiksu toczy się w przyszłości: w drugiej połowie XXI stulecia.
Trzeba przyznać, że komiks zaczyna się całkiem interesująco. 11 sierpnia 2073 roku obserwatorium astronomiczne zaobserwowało tajemniczy obiekt zbliżający się w kierunku Ziemi. Ma on kilkanaście metrów długości, cylindryczny kształt i trudno określić, czy to nietypowy meteor, czy też może pojazd kosmiczny obcej cywilizacji. Zdania wśród naukowców są podzielone. Teleskopy nie pozwalają odpowiedzieć na to pytanie, więc musimy zaczekać, aż obiekt dotrze do Ziemi i wtedy go zbadać. Chyba, że jednak wcale nie dotrze i wejdzie na orbitę – ale wtedy jego sztuczne pochodzenie raczej będzie już pewne. Analiza lokalizacji i prędkości pozwala dokładnie określić miejsce, w jakim obiekt – o ile nie zmieni parametrów lotu – powinien dotrzeć do Ziemi. Pech chce, że miejscem tym jest powierzchnia Oceanu Spokojnego w pobliżu mającego 10 km głębokości rowu Tonga. Tłumy dziennikarzy, naukowców, ale też zwykłych obserwatorów płynie w rejon uderzenia. Bolid z impetem wbija się w wodę, po czym zaczyna zmierzać na dno drugiego najgłębszego rowu oceanicznego na naszej planecie. To zła wiadomość, ale wkrótce przychodzi jeszcze gorsza – obiekt uderza w podwodne zbocze i zostaje zasypany przez skały. Teraz nie tylko trzeba go wyłowić, ale najpierw odkopać. I to pod wodą. W tym celu wysłana zostaje specjalna zmodyfikowana łódź podwodna.
Do tej pory było całkiem nieźle. Zagadka, oczekiwanie, napięcie. Mamy wiodącego bohatera, profesora Kenta, który jest przekonany, że z kosmosu nadlatuje twór obcej cywilizacji. Całą Ziemia – a z nią każdy czytelnik komiksu – czeka z niecierpliwością na odkrycie tajemnicy nadlatującego obiektu. Mamy tu do czynienia z dość klasycznym motywem fantastyki naukowej, kwestią kontaktu z obcą cywilizacją, ale nadal mamy wiele możliwych kierunków, w jakie może potoczyć się fabuła. Zapewne jednak nikt nie domyśli się prawdy – bowiem, już po upadku bolidu, wszyscy o nim… zapominają. No, może nie do końca, ale w tym momencie następuje zupełnie nieoczekiwany zwrot akcji.
Zbigniew Kasprzak
‹Zbuntowana›
Geologiczna łódź podwodna nie odnosi sukcesu w odkopywaniu przybysza z kosmosu, co gorsza, kontakt z nią zostaje zerwany. I teraz zaczyna się zupełnie – z pozoru – nowa historia. O bolidzie, którym żył cały świat, wszyscy przestają myśleć, bo oto następują dwie katastrofy tankowców. Co więcej, znika z komiksu gdzieś profesor Kent, a rolę głównego bohatera przejmuje ekspert z sekcji badań podwodnych Robert Kord (jak widać czteroliterowe nazwiska na literę „K” należą do ulubionych scenarzystki). Najwyraźniej pod koniec XXI wieku takie katastrofy stanowią wyjątkową rzadkość, bo świat zdaje się żyć tylko nimi. I znów mamy bardzo klasyczny wątek SF tym razem w postaci zbuntowanej maszyny, ale, po pierwsze, poprowadzony jest on mało zajmująco, po drugie, skutecznie przesłania początkową, dużo bardziej interesującą tematykę komiksu.
„Gość z kosmosu” i „Zbuntowana” tworzą niby jedną opowieść, ale w gruncie rzeczy ta historia została rozbita na dwie zupełnie osobne części, słabo ze sobą współgrające. Pierwsza jest bardziej interesująca, ale z pewnością nie spuentowana w satysfakcjonujący sposób. Druga ma konkretną puentę, ale za to jest dużo mniej ciekawa i wygląda na dodaną mocno na siłę, by rozdmuchać komiks do dwóch zeszytów. Każdy z bohaterów z osobna jest postacią nawet dosyć ciekawą, ale żaden nie ma szansy na pokazanie pełni swych możliwości, a interakcja między nimi jest zerowa. W efekcie kończymy lekturę z uczuciem rozczarowania – komiks obiecywał dużo więcej, niż był w stanie dostarczyć.
Tym niemniej po dylogię „Gość z kosmosu”/„Zbuntowana” z pewnością warto sięgnąć. A to za sprawą naprawdę świetnych rysunków Zbigniewa Kasprzaka, być może jednej z ciekawszych wizji przyszłości w PRL-owskim komiksie. Narysowane wszystko jest w wyrazisty, realistyczny sposób, bardzo dobrze pokolorowane jaskrawymi barwami. Sceny uderzenie bolidu i katastrofy tankowca mają znakomitą dynamikę. Największym jednak atutem jest wizja świata XXI wieku, jaką daje tu Kasprzak. Znajdziemy tu owszem, właściwe dla dawnej fantastyki wizerunki futurystycznych komputerów w postaci wielkich szaf, będą też elementy budzące dziś uśmiech, jak pomysł, że każdy w domu ma (niemałą) drukarkę, z której co rano wychodzi najświeższa prasa, ale z drugiej strony są tu też dużo bardziej prawdopodobne koncepcje, jak na przykład efektowny jednoszynowy tramwaj, który wygląda nowocześnie i wiarygodnie nawet dla współczesnego czytelnika. Kasprzak nie zapomina też, że ludzie przyszłości powinni nosić inne ubrania niż my (tu bliskie kombinezonom), a fakt, że wielu z nich ma bujne fryzury i sumiaste wąsy można spokojnie uzasadnić tym, że pewne mody przecież po latach mogą powrócić. Widać, że rysownik jest w swoim żywiole, że w pełni prezentuje swe umiejętności, którymi nie mógł w pełni się pochwalić przy okazji „Bogów z gwiazdozbioru Aquariusa” ze względu na prehistoryczną scenerię tego komiksu. W każdym razie ogląda się „Gościa z kosmosu”/„Zbuntowaną” z przyjemnością i zainteresowaniem, a warstwa graficzna potrafi przysłonić niedociągnięcia fabuły.

Miałem (mam?) "Zbuntowaną" i jako dziecko strasznie mi się podobały rysunki. Co prawda nie bardzo rozumiałem o co chodzi, ale i tak przeglądałem ten komiks intensywnie.