Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 16 sierpnia 2022
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

S.O.D.: Ślepoczytanie

Esensja.pl
Esensja.pl
Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak
« 1 3 4 5 6 7 »

Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak

S.O.D.: Ślepoczytanie

Łukasz Orbitowski
Łukasz Orbitowski
Szostak: Ustawienie sprawy w optyce „co autor mógłby zrobić, by lepiej oszukać czytelnika?” nie jest tu chyba zbyt fortunne. Bo umieszcza cały problem na osi oszustwa, a więc jakiegoś kompromisu, oddalania się od wzorca, rozcieńczania tego, o co tak naprawdę chodzi, jakimiś trybutami spłacanymi przez autora. To pociąga za sobą oczywiście takie, a nie inne wartościowanie tegoż procederu.
Tymczasem owo „oszukiwanie” to po prostu przekonująca kreacja świata przedstawionego. Nie tylko na poziomie konstrukcji szkieletu, ale przede wszystkim opowiedzenia w ramach tego wyznaczonego horyzontu kreacyjnego prawdziwej historii. Prawdziwej, czyli zawieszonej na ludziach, ich losie, doświadczeniach. I w tym znaczeniu mam „Ślepowidzenie” za protopowieść, podobnie jak „Biegunów”. Z tym że u Wattsa nie pojawiają się żadne próby uzasadnienia takiej, a nie innej formy, co raczej poczytuję na plus.
Co można zrobić, pytasz… To trudna rzecz, bo stawia mnie w sytuacji kogoś, kto poucza Wattsa, jak pisać, w której to roli nie czuję się – jak możesz się domyślać – zbyt komfortowo. Ale podstawowa sprawa, której mi brakowało, to życie. Trzeba pozwolić bohaterom żyć, pozwolić im robić rzeczy niekonieczne z perspektywy fabularnej. Wtedy z pewnych płaskich pacynek – które pojawiają się na scenie tylko po to, by wypowiedzieć jakąś kwestię albo jakimś wspomnieniem zilustrować prezentowaną przez autora koncepcję – wyrastają prawdziwi bohaterowie.
Oczywiście łatwo takie postulaty zgłaszać, ale rodzi się pytanie, jak je zrealizować. Cały świat Wattsa ma w sobie tę czystą ekonomikę swego działania, że trzeba byłoby go nieco zmodyfikować. Na przykład obudzić bohaterów wcześniej. Pozwolić im się snuć po pokładzie, wpadać na siebie, nudzić, obsesyjnie wracać do swojego życia, dać się ponieść pewnym emocjom, na które nie ma miejsca w tym zatrudnionym przez 24 godziny na dobę teamie. Wtedy w naturalny sposób wyszłyby pewne sprawy prawdziwiej.
U Wattsa mamy przecież sytuację odwrotną: oto, by nie tracić czasu, energii bohaterów itd., uaktywnia się ich na pięć minut przed zagrożeniem. W sam raz na tyle, by zdążyli rozprostować stawy. I od razu są rzuceni w wir intensywnej pracy: kontakt z Rorschachem, analizy lingwistyczne, rozmaite inne badania, konsylia, czy wreszcie „żargonautyczna” robota Keetona. I w takim kontekście, kiedy mam przed oczami ciągle zajęte, poganiane przez Sarastiego postacie, wspomnieniowa odyseja narratora trąci mi fałszem. Widać na kilometr, że opowieści o matce, o Chelsea są tylko po to, by nie robiąc trudnego do uzasadnienia wykładu, autor mógł w zwięzłych słowach opowiedzieć o świecie.
Moje postulaty – czy raczej podzielenie się pewnymi intuicjami – nie muszą oznaczać rozcieńczenia. Bo to znowu może wyglądać na zmuszanie autora do wstawiania pomiędzy „ważnymi” scenami promenad, które mają wypchać powieść watą, dając złudzenie epickości. Ale przecież można to robić inaczej: przy koncentracji na tych samych pomysłach pokazać, jacy naprawdę są bohaterowie. Zamiast teorii „żargonautyki” pozwolić, by czytelnik sam zobaczył te dylematy, widząc Siriego miotającego się między członkami załogi; zamiast mówić, jaki on jest nieempatyczny, pokazać bez mówienia, jak nie radzi sobie z pewnymi relacjami.
Teraz trochę łapię się we własne sidła, bo zawsze można powiedzieć, że „Ślepowidzenie” wygląda, jak wygląda, gdyż opowiada je taki, a nie inny narrator. Ta destylacja wątków i tematów, ten brak elementów niekoniecznych, to przecież być może najlepsza próba pokazania, jak funkcjonuje świadomość kogoś o strukturze Siriego Keetona.
Orbitowski: Oj, żebym tylko nie wyszedł na głupka – mianowicie sądzę, że jeśli ktoś przerabia katalog futurystycznych koncepcji na powieść, to może jednak powinien pisać katalogi? Czysto czytelniczo nic nie dało mi takiej frajdy, jak słowniczek na końcu książki, i wierzcie mi, jakbym dostał takie cudo, czytałbym z wypiekami na twarzy, a potem jeszcze opowiadał znajomym. Innymi słowy, czym innym jest ocenianie powieści, czym innym książki. Pamiętacie? Taki zgryz mieliśmy chyba przy Twardochu.
Argumentu o tym, że hard SF po prostu jest taka, nie przyjmuję – to znaczy niech sobie będzie, czytać nie muszę. Wykładnia pomysłów to fajna rzecz, ale ja chciałbym obyczaju w tym wszystkim: jak wygląda codzienność takiego statku kosmicznego, co postludzie robią, gdy się nudzą, czy w ogóle się nudzą, jak ich nowe emocje działają w określonych sytuacjach. Niech ktoś się zakocha albo myśli, czy zakochanie byłoby możliwe jako przekroczenie siebie. Na przykład. Rzucam kompletnie na rybkę. Tymczasem wrażenie syntetycznej obcości jest rozcieńczane rzucaniem mięchem jako surogatem emocji – nie kupuję tego jako czytelnik, choć mogę docenić z innych powodów.
Podoba mi się roztrzaskanie mitów marynistycznych, stojących, jak by nie było, u podstaw romantycznych opowieści o podbijaniu kosmosu. Oto polecieliśmy i co? Banda żywych trupów styka się z niezrozumiałą ścianą. Ta podróż już nie jest nasza, marzenie wczorajszych zdobywców przeszło w ręce półmaszyn, w czym słyszę rechot „przyszłej historii”.
Dukaj: Obaj zdajecie się mówić, że to, co najlepsze w „Ślepowidzeniu”, nie ma wiele wspólnego z literaturą. Powraca obraz „katalogu pomysłów”. Mógłbym podsumować sprawę różnicą w definicjach literatury: wasza jest węższa. (Ile tematów i chwytów „literackich” dzisiaj nie było „literackimi” wiek temu?) O Borgesie też się mówi, że uprawiał literaturę, składając katalogi pomysłów. Pozostaje kwestia jakości wykonania (zgoda, na pewno dałoby się rozbudować „Ślepowidzenie” obyczajowo bez strat na innych polach) oraz pochodzenia tych pomysłów: wzięte z historii, filozofii mniej rażą, wydają się bardziej „literackie”; wzięte z nauk ścisłych – wyskakują Wam z materii powieściowej jak odrzucone przeszczepy.
A samo spotkanie z obcością to oczywiście najbardziej ograny motyw w historii SF. Czy Watts rozwiązuje rzecz oryginalnie, wnosi coś nowego? Moim zdaniem tak. Obcy są naprawdę obcy, a cała obudowa technologiczna, teoretyczna, rekwizytowa składa się dziesiątkami drobnych innowacji i twistów na wizję w sumie – no, nie rewolucyjną, ale na pewno też nie wtórną. Oczywiście w trakcie lektury bez przerwy przychodzą do głowy skojarzenia z klasyką, chociażby z „Fiaskiem” czy „Solaris”, także na poziomie scenografii, efektów wizualnych: Rorschach i Tezeusz krążące nad Big Benem mogą przypominać sytuację stacji ponad Solaris.
Z drugiej strony Watts przecież zna światową klasykę SF, rozgrywa to – właśnie jak na SF – z dużą świadomością literacką. Tę wartość powinienem chyba wymienić wcześniej: Watts ożywia tu w realistycznej przyszłości klasyczne, ukochane scenografie i sytuacje kosmicznej SF eksploracyjnej. To prawie jak powrót do opuszczonego przed laty domu rodzinnego, który znajdujemy bynajmniej nie archaiczną, zapuszczoną ruderą, gdzie jedynie z głupiego sentymentu można się zachwycać zabytkowymi meblami, archaicznym telewizorem itp. – lecz widzimy dom nowoczesnym, pięknie rozbudowanym, funkcjonalnym budynkiem, wciąż przecież do złudzenia przypominającym tamten dom zachowany we wspomnieniach.
A więc: podróż przez zimne, ciemne otchłanie kosmosu, samotny statek, grupka badaczy, dziwna gwiazda/planeta, tajemnicze artefakty, niepojęci Obcy – wszystko jak dawniej, ale zarazem nowe, odświeżone, uwspółcześnione. To druga największa wartość „Ślepowidzenia”.
Ale zdaję sobie sprawę, że u czytelnika słabo zaznajomionego z tradycją SF trudno się spodziewać podobnych sentymentów.
Orbitowski: Żebyś wiedział. Tylko ja bym chciał, żeby książką gatunkową można było się zachwycić bez dogłębnego zapoznania się z rzeczonym gatunkiem. Nie mówię tutaj o zerowym przygotowaniu, ale niekoniecznie trzeba zaraz czytać, siedząc w fotelu eksperta.
Książka Wattsa i twoje, Jacku, wypowiedzi prowadzą mnie do niepokojącego wniosku: czy hard SF nie staje się przez takie książki gatunkiem wsobnym? Posłużę się przykładem z malarstwem współczesnym. Mamy artystę, który wbija gwoździe w deskę i wiesza w galerii. Nie wyzłośliwiam się – załóżmy, że te gwoździe i kawałek drewna stanowią logicznie piękną konsekwencję iluś tam tysięcy lat rozwoju sztuk plastycznych. Kiep nie pojmie tego, tak jak ja nie pojąłem Wattsa, ale człowiek obeznany, krytyk lub kolega malarz pojmie i się wypowie. Potem inny artysta w tej samej galerii wystawi żółtą laleczkę, nasz malarz od gwoździ zjawi się jako widz. Krytyk powie swoje i tak w kółko, malarze malują dla swoich kolegów i ekspertów, zamieniają się rolami i nie widzą nawet, że kompletnie, totalnie oderwali się od świata i roli, jaką odgrywało malarstwo, cieszące kiedyś oko. Mało tego, zjadacz chleba będzie wieszał sobie takie obrazy, przyznając, że nic z nich nie pojmuje, ale to nobilitacja dla niego i jego domu.
Więc boję się tego trochę, żeby SF – albo jakikolwiek inny gatunek literacki – nie znalazł się w takiej bańce. Też jakieś ślepowidzenie, prawda?
Dukaj: Czy trzeba być fanatykiem SF, żeby rozumieć najnowszą SF? Bez wątpienia jest to stopniowalne: podobnie jak właściwie w każdym rodzaju literatury: lepsze oczytanie daje szansę na większy zysk podczas lektury następnych utworów. Hard SF karmi się dodatkowo nauką, więc im lepiej jesteś obeznany i z nią, tym łatwiej ci wchodzi taki Watts.
Ale czy to istotnie kwestia suchej wiedzy? Bardziej chyba „wtrenowania” w pewne fascynacje. Bo to oczywiste, że czytelnik, który już przed lekturą „Ślepowidzenia” zna te wszystkie koncepty i terminy, jakimi posługuje się autor, zdarzy się na zasadzie absolutnego wyjątku. Więc nie trzeba, Łukaszu, być tak obrytym w najnowszej zachodniej SF. (Ja nie ukrywam własnej skali porównawczej w SF, podobnie jak Wit nie kryje się z jazdami fenomenologicznymi, a Ty ze skojarzeniami z filmowych horrorów i literatury grozy. Ale to nie prężenie muskułów, tylko brak kompleksów).
Natomiast takie „oderwanie od ludu”, jakie opisujesz, następuje nieuchronnie w każdej dziedzinie sztuki, która wyrosła już z okresu czysto ludycznego. Te „hermetyczne bańki” sztuki wysokiej wypuściło przecież i kino, i telewizja, wypuszcza komiks, jeszcze pół pokolenia – i pojawią się także w grach komputerowych. W dziedzinach o bardzo długiej tradycji (malarstwie, rzeźbie, muzyce) poszybowały już tak wysoko, że istotnie często pojawia się tam ryzyko zakiszenia na śmierć w niewielkim gronie twórców i odbiorców-krytyków. Niemniej czasami osiągnięte zostają dzięki temu rzeczy wartościowe, a inaczej nieosiągalne.
Czy SF znajduje się już na takim etapie? Moim zdaniem nie i bardzo długo jej to nie zagrozi. Science fiction tak naprawdę (żeby trzymać się głównego tematu) nie wykształciła w pełni własnej świadomości gatunkowej. Porównajmy świadomość konwencji choćby przeciętnego autora kryminałów ze świadomością konwencji przeciętnego autora SF. Kryminału już dzisiaj nie sposób napisać, nie podchodząc do każdego jego elementu (trupa, detektywa, przesłuchania itd.) ze świadomością jego konwencjonalności – ba, prawdziwi, żywi policjanci mają tę świadomość w swojej pracy.
Tymczasem SF w swej masie powstaje w tym sierioznym nadęciu, które odrzuca Wita. Postacie w SF zazwyczaj nawet nie mają pamięci SF pisanej w ich światach. Paradygmat naukowy pozostaje „niewidoczny” dla SF: nie bierze się jego samego za przedmiot SF (Lem był tu absolutnym wyjątkiem). SF „nie widzi” samej siebie. Itd., itp.
Te gry literackie są jednopoziomowe i bardzo dalekie od hermetycznych komplikacji „sztuki wyższej”.
« 1 3 4 5 6 7 »

Komentarze

19 IV 2010   02:09:48

" gospodarka drexlerowska (a zatem dzięki rewolucji nano większość ludzkości żyje w komforcie, nie pracując) " - eh , widać że urodziłem się za wcześnie ;-)

03 V 2012   09:54:16

Z lekką zgrozą przeczytałam zarzuty o obcości hybrydowych bohaterów "Ślepowidzenia". A to dlatego, że dla mnie są jak
najbardziej "swoi", "bliscy" i "zrozumiali" (oczywiście łącznie z zaakceptowanym przeze mnie faktem, że Siri ich nieco "przetłumaczył" na potrzeby osób z zewnątrz - niejednego IRL trzeba tłumaczyć).
Wszyscy mają swoje charaktery, wyraźne cechy, słabości, zalety, są pełnowymiarowi (również każda z osobowości Bandy
oddzielnie).
Powieść jest o naukowcach w akcji, no to się zajmują nauką! Oraz trudnymi relacjami międzyludzkimi (doprawdy trudno jest romansować z Michelle, kiedy susan się wpycha na interfejs, nieprawdaż?)
Strach się bać, najwyraźniej za bardzo jestem nerdem i za dużo czasu z nerdami spędzam, skoro nijak się tej obcości w załodze Tezeusza dopatrzeć nie mogę :D

A z Sirim to mam wręcz problem: zastanawiam się, na ile on miał być bardziej "inny", tylko autorowi nie bardzo wyszło, a na ile ja źle rozumiem. Bo dla mnie Siri nie jest "inny" na jakimś głębszym, patologicznym poziomie (czy już powinnam się niepokoić?...;) ) Nawet nie do końca przekonuje mnie wyjaśnienie autora, że Sarasti Siriego "zmienił", bo już Keeton, który nie oddzwania do umierającej Chelsea - to nie jest "idealnie imitujący zachowania odpowiednie" syntetyk tylko po prostu facet
sparaliżowany sytuacją, która go przerosła. Dla mnie psychikę Siriego da się wyjasnić nawet bardziej przez traumatyzującą i stygmatyzującą operację i reakcję rodziny (ojciec ucieka od problemu, matka piętnuje dziecko jako "nie takie", obwinia je i męża, bo tak naprawdę obwinia siebie) niż po prostu stwierdzeniem "operacja mechanicznie uszkodziła mu mózg, dając patologiczny efekt". Bo czegoś takiego nie uleczyłaby chyba terapia szokowa Sarastiego?
Siri zapewne odstaje nieco od "naszej" psychologicznej normy, ale w realiach SF chyba trzeba by czegoś więcej, żeby był aż tak "inny", jak usiłuje nas przekonać jego otoczenie i on sam.

Dla mnie język "Ślepowidzenia" nie jest "dziwny" w stopniu większym niż język, którym mówią istniejący specjaliści w
istniejącym świecie (wchodząc w rzeczywiste relacje między sobą). Być może język filozoficznych konstrukcji można obejść metaforą, ale języka przyrodniczego nie - bo on po prostu opisuje realnie istniejące obiekty i zjawiska. Trudno udawać, że ich nie ma, tylko dlatego, że mają "dziwne" nazwy.

Nie wydaje mi się, żeby przeszkodą w lekturze "Ślepowidzenia" mógł być brak oczytania w klasyce gatunku (SF). Ludzie latają w kosmos, może nie na spotkanie z Obcymi, ale to jednak jest dużo bardziej rzeczywista sytuacja niż "Byli sobie elf, krasnolud i czarodziej".

Natomiast na pewno były chwile, kiedy żałowałam, że moja wiedza na tematy przyrodnicze nie jest głębsza (nadal w zakresie popularnym, ale jednak na wyższym poziomie). To jest książka o przyrodnikach, więc siłą rzeczy, jak się nie nadąża za wywodem, to się nie wyłapie wszystkich smaczków. To jak czytać Parnickiego bez znajomości historii. Niby można, ale po co ;)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Do księgarni marsz: Sierpień 2022
Joanna Kapica-Curzytek, Marcin Mroziuk, Joanna Słupek

11 VIII 2022

Chociaż tym razem nasze zestawienie lekko zdominowały wznowienia powieści Zbigniewa Nienackiego, to znalazło się w nim także kilka interesujących tytułów z zupełnie innej półki.

więcej »

Fantastyczne Zaodrze, czyli co nowego w niemieckiej science fiction? (2)
Andreas „Zoltar” Boegner

7 VIII 2022

W kwietniowym numerze „Nowej Fantastyki„ z roku 2020 Tomasz Kołodziejczak zadał dwa pytania: „Chętnie dowiedziałbym się, na których aspektach niemieckiej historii i niemieckiej bliskiej przyszłości skupiają swoją uwagę tamtejsi pisarze SF? Jak sami siebie widzą i o sobie piszą?” Spróbuję odpowiedzieć na te pytania, przedstawiając przy okazji książki walczące ostatnio o najważniejsze niemieckie nagrody dla literatury fantastyczno-naukowej.

więcej »

Nie przegap: Lipiec 2022
Esensja

31 VII 2022

Oto co zrecenzowaliśmy w pierwszej połowie wakacji.

więcej »

Polecamy

Terapia szokowa

W podziemnym kręgu:

Terapia szokowa
— Marcin Knyszyński

Seksapokalipsa
— Marcin Knyszyński

Odwieczna dialektyka
— Marcin Knyszyński

Rzeczy, które robisz w piekle, będąc martwym
— Marcin Knyszyński

Bulwar Zachodzącego Słońca 2
— Marcin Knyszyński

Borat Dzong-Un z pasem szahida
— Marcin Knyszyński

Rozkład i rozkładówka
— Marcin Knyszyński

Nowoczesny mit
— Marcin Knyszyński

Horror rzeczywistości
— Marcin Knyszyński

Osaczona
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Z tego cyklu

Ogród mąk nieziemskich
— Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak

Burza dziejów, ucieczka z powieści 2010
— Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak

Kołek w serce horroru
— Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak

Zagadka czy pułapka? „Ada” albo żart Nabokova.
— Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak

Na marginesie: Samoświadomość poza fikcją, czyli od Wattsa do Metzingera
— Jacek Dukaj, Wit Szostak

Bajka z garbem
— Jacek Dukaj, Łukasz Orbitowski, Wit Szostak

Tegoż twórcy

Krótko o książkach: W ciemnych barwach
— Miłosz Cybowski

Obcość jest w nas
— Miłosz Cybowski

Rozgrywki bogów
— Anna Kańtoch

Okiem biologa
— Beatrycze Nowicka

Ponurość w koncentracie
— Anna Kańtoch

Po sznurku
— Daniel Markiewicz

Wypełnianie wirem
— Daniel Markiewicz

Szlamowidzenie
— Daniel Markiewicz

Tegoż autora

Wszyscy jesteśmy dysfunkcyjni emocjonalnie
— Łukasz Orbitowski

Kanał
— Łukasz Orbitowski

Moc generowania sensów
— Jacek Dukaj

Miasto grobów. Uwertura
— Wit Szostak

MetaArabia
— Wit Szostak

Konsekwencje wyobraźni
— Jacek Dukaj

Kosmos obiecany
— Jacek Dukaj

Słowo dla narodu
— Jacek Dukaj

Córka łupieżcy
— Jacek Dukaj

Kilka uwag o wzlocie i upadku fantastyki naukowej
— Jacek Dukaj

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.