Myke Cole dowodzi, że brak historycznego wykształcenia nie jest przeszkodą przed napisaniem całkiem solidnej, nawet jeśli niekoniecznie innowacyjnej, książki. Jego „Legion kontra falanga” skupia się na poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: która z formacji była lepsza i dlaczego akurat legion?
Na starożytnych polach bitewnych
[Myke Cole „Legion kontra falanga” - recenzja]
Myke Cole dowodzi, że brak historycznego wykształcenia nie jest przeszkodą przed napisaniem całkiem solidnej, nawet jeśli niekoniecznie innowacyjnej, książki. Jego „Legion kontra falanga” skupia się na poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: która z formacji była lepsza i dlaczego akurat legion?
Myke Cole
‹Legion kontra falanga›
Już w samej przedmowie Cole po części tłumaczy się przed czytelnikami, a po części ciska gromy na akademickie podejście do pisania historii. Nie pozostawia jednocześnie wątpliwości, że jego głównym celem jest popularyzacja tematu i przedstawienie wydarzeń w tak przystępny sposób jak to tylko możliwe. Zaś otwarte pisanie o tym, że on sam jest wielkim fanem fantastyki i D&D ma tylko pokazać, jak równy z niego gość. Kilka stron dalej autor przyznaje, że proces pisania książki miał jemu samemu sprawić czystą frajdę. Stąd liczne skróty myślowe, odniesienia do gier planszowych oraz innych wątków popkulturowych przewijające się praktycznie przez całą książkę. Nawet jak na pozycję popularyzatorską „Legion kontra falanga” daleki jest od konwencjonalnego podejścia do tematu. Zapewne duże znaczenie odgrywa tutaj potencjalny amerykański czytelnik, dla którego faktycznie jedyna wiedza na temat starożytności pochodzi z takich „dzieł”, jak przywoływane wielokrotnie „300” (komiks i ekranizacja).
Jeśli jednak przymknąć oko na popkulturowe dygresje i skupić się na samej warstwie historycznej, książka okazuje się całkiem rzetelna i dobrze napisana. Na początek Cole przygląda się bliżej obu rodzajom wojsk. Nie jest jego celem zrewolucjonizowanie naszej wiedzy na temat falangi i legionu, co raczej zaprezentowanie podstawowych elementów tych formacji – wliczając w to uzbrojenie, pancerz i najczęściej stosowaną taktykę. Co istotne, autor zwraca uwagę, że ani grecko-macedońska, ani rzymska armia nie były niezmienne i obie, przed starciami zaprezentowanymi w tej książce, miały za sobą kilkaset lat historii.
To właśnie przedstawienie najważniejszych bitew, jakie rozegrały się między legionem a falangą, stanowi sedno książki. Są to, chronologicznie przedstawione: Heraklea, Askulum, Benewent (wszystkie trzy toczone między Republiką Rzymską a Pyrrusem), Kynoskefalaj, Magnezja oraz Pydna. Choć nie zawsze rzymski legion triumfował, to jednak od samego początku widoczna jest jego przewaga, zarówno na poziomie wyszkolenia pojedynczych żołnierzy (którzy byli o wiele bardziej niezależni od zmuszonych do działania w zwartym szyku falangitów), jak i na poziomie większych jednostek (sukces falangi polegał na zdolności utrzymania jednolitego frontu, podczas gdy poszczególne manipuły legionów mogły działać niezależnie od pozostałych).
Trzeba przyznać, że Cole’owi udało się tchnąć sporo życia w opisy bitew, które w wielu innych książkach historycznych przedstawiane są ze zdecydowanie mniejszą swadą. Zestawiając ze sobą rozmaite źródła, autor nie waha się przed stwierdzeniem, że o wiele bardziej wiarygodnie brzmi jedno z nich, ale jemu osobiście o wiele bardziej podoba się drugie – i właśnie na tej podstawie kontynuuje swoją narrację. W innych przypadkach sięga on do własnego wojskowego doświadczenia, by pokazać, że niektóre z opisywanych przez starożytnych działań były niezwykle trudne, a nawet niemożliwe. Nie brak tu podziwu dla wyszkolenia starożytnych – czy to legionistów, czy falangitów, którzy byli w stanie poruszać się, toczyć bitwy i zwyciężać z przeraźliwie ciężkim i niewygodnym ekwipunkiem noszonym na plecach.
Równie istotny, choć w dużej mierze potraktowany po macoszemu, był kontekst kulturowy, o którym Cole wspomina dopiero w podsumowaniu. Armia Republiki Rzymskiej była armią obywatelską i właśnie temu zawdzięczała możliwość szybkiego odbudowania się po poniesionych stratach (bodaj największa klęska w historii Republiki, bitwa pod Kannami, nie doprowadziła wcale do porażki i złupienia Rzymu). Nieco inaczej było w przypadku falangi, która wymagała od poszczególnych żołnierzy o wiele więcej wyszkolenia i opanowania. Nie pomagał również fakt, że chociażby żołnierze Pyrrusa walczyli z nim albo z daleka od swojej ojczyzny, albo byli przedstawicielami niezbyt bojowo nastawionych greckich kolonii z południa Italii. Pojęcie honoru, głęboko zakorzenione w rzymskiej kulturze i społeczeństwie, pozwalało Republice na stopniowe i nieuchronne podbijanie kolejnych ziem – a porażki były jedynie wymówką, by zademonstrować barbarzyńcom, że Rzym tak łatwo się nie poddaje.
I choć osobiste wtręty i liczne popkulturowe dygresje obniżają przyjemność płynącą z lektury, to jednak Myke Cole zdołał mnie przekonać do swojego podejścia do historii – niekonwencjonalnego, ale poczytnego i napisanego z prawdziwą pasją.
