Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 1 marca 2021
w Esensji w Esensjopedii

Zygmunt Zeydler-Zborowski
‹Krzyżówka z „Przekroju”›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKrzyżówka z „Przekroju”
Data wydania1976
Autor
Wydawca Czytelnik
SeriaZ jamnikiem
Format304s.
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl

PRL w kryminale: Fatalne przywiązanie do rozwiązywania krzyżówek
[Zygmunt Zeydler-Zborowski „Krzyżówka z „Przekroju”” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Po kilku tygodniach odpoczynku od twórczości Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego wracamy do jednego z najpłodniejszych autorów „powieści milicyjnych”. Tym razem sięgamy po kryminał wydany w 1976 roku, a zatytułowany swojsko „Krzyżówka z «Przekroju»”. Jego głównym bohaterem jest, mający już za sobą więzienną odsiadkę, chłopski syn Wojtek Kalina, na którego drodze ponownie staje porucznik Franciszek Kociuba.

Sebastian Chosiński

PRL w kryminale: Fatalne przywiązanie do rozwiązywania krzyżówek
[Zygmunt Zeydler-Zborowski „Krzyżówka z „Przekroju”” - recenzja]

Po kilku tygodniach odpoczynku od twórczości Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego wracamy do jednego z najpłodniejszych autorów „powieści milicyjnych”. Tym razem sięgamy po kryminał wydany w 1976 roku, a zatytułowany swojsko „Krzyżówka z «Przekroju»”. Jego głównym bohaterem jest, mający już za sobą więzienną odsiadkę, chłopski syn Wojtek Kalina, na którego drodze ponownie staje porucznik Franciszek Kociuba.

Zygmunt Zeydler-Zborowski
‹Krzyżówka z „Przekroju”›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKrzyżówka z „Przekroju”
Data wydania1976
Autor
Wydawca Czytelnik
SeriaZ jamnikiem
Format304s.
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Połowa lat 70. ubiegłego wieku była dla Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego nadzwyczaj udana. Publikował praktycznie książkę za książką (choć uczciwie mówiąc, często nie były to wcale premierowe teksty); współpracował przy tym z trzema najważniejszymi dla peerelowskiej popkultury oficynami: Iskry (w ramach serii „Ewa wzywa 07…” oraz „Klub Srebrnego Klucza”), Czytelnik (cykl „Z jamnikiem”) oraz Krajowa Agencja Wydawnicza (seria z charakterystyczną różową okładką). W 1975 roku ukazały się w sprzedaży następujące pozycje: „W kręgu podejrzenia”, „Koty Leokadii Kościelnej”, „Kukułka bez zegara” i „Alicja nr 3”, natomiast rok później: „Kardynalny błąd”, „Dwie lewe nogi”, „Inspektor ze Scotland Yardu” oraz „Krzyżówka z «Przekroju»”. Wielbiciele Zeydlera-Zborowskiego na pewno nie mieli powodów do narzekań, choć autor nie był już wtedy najmłodszy – dobił właśnie do sześćdziesiątego piątego roku życia – i należało się spodziewać, że w następnych latach będzie raczej wyhamowywał z aktywnością literacką. Co nastąpi już na początku lat 80.
W „Krzyżówce…”, która okazała się objętościowo najobszerniejszym (liczącym nieco ponad trzysta stron) dziełem w całym dorobku warszawskiego prozaika, spotykamy kilku starych znajomych; pojawiają się między innymi porucznik Franciszek Kociuba (chociaż dopiero na stronie 127.), porucznik Stanisław Olszewski (stronę dalej) oraz ich przełożony, pułkownik Leśniewski (ba! na stronie 235.), to jednak nie ma tej najważniejszej postaci, która wprowadziła Zeydlera-Zborowskiego do panteonu twórców polskiej „powieści milicyjnej” – majora Stefana Downara. Tylko w dwóch miejscach jest on wspomniany. Na stronie 134. Kociuba relacjonuje Olszewskiemu: „Major Downar wiele razy kładł mi do głowy, że w naszej pracy zawsze należy mieć wątpliwości, choćby nawet sprawa była zupełnie oczywista”. To jednak nie daje odpowiedzi na pytanie, dlaczego jeden z najwybitniejszych oficerów Komendy Głównej MO nie bierze udziału w śledztwie. Dowiadujemy się tego dopiero sto stron później, kiedy pułkownik Leśniewski wyjaśnia swoim podwładnym, że Downar „biedaczysko, ciągle jeszcze w szpitalu”. I dalej: „Jakieś sprawy żołądkowe. Nerwica, oczywiście. (…) Myślę, że Downar niedługo pójdzie na emeryturę. Należy mu się to”. Po przeczytaniu tego dialogu czytelnicy musieli być przerażeni. Na szczęście, legendarny major zrezygnuje ze służby dopiero osiem lat później. A wcześniej zdąży pojawić się jeszcze w kilku powieściach.
Dla pochodzącego ze wsi porucznika (a wcześniej sierżanta) Franciszka Kociuby było to czwarte pojawienie się na arenie dziejowej (do tej pory zawsze robił to u boku majora Downara). Zadebiutował w wydanej jako druga w kolejności – ach, te peerelowskie absurdy wydawnicze! – powieści „Czerwona nitka” (1972); kolejne dochodzenie poprowadził – już po przenosinach do stolicy – w „Nawet umarli kłamią” (1971, sic!), natomiast trzecie w „Pieczeni sarniej” (1973). Potem zniknął na trzy lata, by powrócić w „Krzyżówce z «Przekroju»”. Chociaż i tutaj trzeba było na niego długo poczekać. Co zatem działo się wcześniej? Zeydler-Zborowski skupił się, co wcale nie było dla tego autora oczywistością, na wątku obyczajowym (a w zasadzie obyczajowo-kryminalnym), którego pierwszoplanową postacią uczynił chłopskiego syna Wojciecha Kalinę. Parę lat wcześniej, jeszcze mieszkając z rodzicami na wsi i pracując w ojcowskim gospodarstwie, chłopak zakochał się w przybyłej z Warszawy na urlop letniczce, pięknej – już zapomnieliśmy, że w powieściach tego pisarza innych kobiet nie ma – Beacie Sarnickiej. Zauroczenie okazało się na tyle fatalne, że Wojtek porzucił bliskich i za głosem serca przeniósł się do stolicy, tam wyjątkowo źle ulokowawszy uczucia, wpadł w złe towarzystwo i ostatecznie… wylądował za kratkami.
Właściwa akcja zaczyna się w momencie, kiedy Wojtek po trzech latach odsiadki opuszcza przedterminowo – dzięki dobremu sprawowaniu – więzienie. Na pożegnanie naczelnik zakładu karnego wręcza mu skierowanie do pracy w FSO na Żeraniu. Tam Kalinę przyjmują, choć wcale nie z otwartymi ramionami, i nawet zapewniają łóżko w hotelu robotniczym. Co z tego, skoro w fabryce wszyscy wytykają go palcami i podejrzewają, że będzie sprawiał problemy. Kiedy więc przypadkiem spotyka na ulicy kumpla zza krat, Karalucha (to jego bandycka ksywka), rusza z nim w tango. Po tygodniu dochodzi jednak do wniosku, że coś trzeba ze swoim życiem zrobić. Wtedy decyduje się na krok ostateczny – wizytuje Zenona Mierzyńskiego, człowieka z powodu którego dostał wyrok i którego przez cały czas krył, nie zdradzając milicji, że to właśnie on jest „mózgiem” szajki odpowiedzialnej za szereg włamań. Nie bez powodu więc Kalina spodziewa się jakiejś formy rekompensaty. Po krótkiej kłótni panowie dochodzą do porozumienia. Mierzyński – od lat zajmujący się wieloma nielegalnymi interesami, teraz strojący się w piórka artysty, reżysera filmowego – postanawia pomóc Wojtkowi i następnego dnia wywozi go poza Warszawę, do z zewnątrz wyglądającego na całkowicie zrujnowany pałacyku.
Ale tak jak nie powinno osądzać się człowieka po stroju, tak nie należy wyciągać pochopnych wniosków na temat zabytkowego budynku po jego elewacji. Przypominający ruderę pałacyk, w środku robi bowiem na Kalinie ogromne wrażenie. Wojtek oficjalnie zostaje ogrodnikiem w posiadłości należącej do Kinga Meysnela, Amerykanina o włoskich korzeniach. Jak na ogrodnika, ma dość zaskakujące obowiązki – musi każdego dnia po kilka godzin trenować boks i judo, nie wolno mu też palić ani pić, a do Warszawy może wybrać się tylko raz w tygodniu (i koniecznie wrócić przed nocą. A wszystko to za niebagatelną w tamtym czasie pensję 5 tysięcy złotych miesięcznie. Gdy „pałacyk” rozpoczyna normalne funkcjonowanie, Kalina szybko przekonuje się, że prowadzona jest w nim nielegalna działalność – kasyno i ekskluzywny dom publiczny (tylko za dolary); on natomiast, zamiast ogrodnikiem, staje się zwykłym wykidajłą. Dyrektorzy „firmy” – Zenon i Wiktor Małogórski – są jednak dla niego uprzejmi, więc w gruncie rzeczy może uznać, że spadł na cztery łapy. Chyba że w którymś momencie lokalem zainteresuje się, co w końcu stać się kiedyś musi, Milicja Obywatelska. Ale wtedy Wojtka już tu dawno nie będzie – odłoży gotówkę i zniknie. I już nigdy więcej nie będzie zadawał się z ludźmi pokroju Mierzyńskiego.
Zanim jednak do tego dochodzi, Zenon zostaje w swoim warszawskim mieszkaniu zamordowany, a jego gospodyni, przyszedłszy na wezwanie swego pracodawcy, widzi w pokoju pochylającego się nad trupem Mierzyńskiego – Kalinę. Wojtek go nie zamordował, ale czy milicja mu uwierzy? Przecież już raz siedział i to właśnie przez Zenona. Ma zatem motyw. I trzymał w ręku broń, z której padły strzały. Za coś takiego, biorąc pod uwagę recydywę, może dostać nawet „czapę”. Nie namyślając się więc długo, ucieka. Śledztwo w sprawie zabójstwa Mierzyńskiego przejmują Kociuba i Olszewski. Obaj początkowo przekonani są o winie Kaliny (przecież gdyby nie zabił, nie musiałby wiać i ukrywać się), ale jest jednak kilka rzeczy, które ich, a zwłaszcza Franka, zastanawiają i spać nie dają. Trzeba przyznać, że pomimo pewnych płycizn fabularnych, „Krzyżówka…” całkiem nieźle zniosła upływ czasu. Ba! w wielu fragmentach może kojarzyć się ze współczesnością (a przynajmniej z latami 90. ubiegłego wieku): luksusowy burdel pod Warszawą (odwiedzany przez elity finansowe i korpus dyplomatyczny), nielegalne międzynarodowe transakcje, handel walutą i narkotykami, a do tego pojawiający się znienacka „chłopcy z ferajny”. Nawet ci dwaj „wieśniacy” – Kalina i Kociuba – nie kłują aż tak bardzo w oczy.
A jednak jest też w „Krzyżówce z «Przekroju»” kilka mielizn. Piszący zazwyczaj znacznie krótsze powieści Zeydler-Zborowski, nie do końca zapanował nad intrygą. By stworzyć opowieść z rozmachem, poupychał w niej wątki, które w pewnym momencie zaczęły mu się rozchodzić na boki i odwracać uwagę od tego najistotniejszego. Jest to szczególnie widoczne, gdy akcja przenosi się na Wybrzeże. Inna sprawa, że w tej części książki pisarz stosuje też zabieg – prawdziwe Deus ex machina – który musi wzbudzić uśmiech politowania. Może i takie sytuacje zdarzają się raz na milion, dobra! raz na sto tysięcy, ale jakim cudem musi z tego skorzystać właśnie porucznik Kociuba? Widać Zeydler-Zborowski poczuł się już tak mocno przyciśnięty do muru (a może gonił go czas i wydawca nalegał?), że nie chciało mu się wymyślać bardziej realistycznego rozwiązania. W każdym razie od tego momentu jest już tylko słabiej. Szczęście, że ta słabość przypada jedynie na kilka ostatnich rozdziałów powieści.
koniec
15 stycznia 2021

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Uciec, ale dokąd?
Marcin Knyszyński

27 II 2021

Wydawnictwo IX zebrało pięć starszych opowiadań Dawida Kaina, dołożyło dwa zupełnie nowe i wydało „Wszystkie grzechy korporacji Somnium”. Skromna, mała książeczka – ale niech nie zwiodą was jej niepozorne gabaryty. Wszystkie dotychczas czytane przeze mnie powieści autora („Oczy pełne szumu”, „Fobia” i „Ostatni prorok”) dotykały podobnego zagadnienia – kłopotu zwanego „istnieniem”. Tak, dokładnie – coś, co jest absolutnie podstawowe, niezbywalne i konieczne (choć tu można się spierać na szczycie (...)

więcej »

PRL w kryminale: Zielarz, przemytnik i arabski kochanek
Sebastian Chosiński

26 II 2021

Na początku lat 80. XX wieku aktywność literacka Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego zaczęła wyhamowywać. Raz, że pisarz był już w wieku, w którym większość mężczyzn w Polsce Ludowej znajdowała się na emeryturze. Dwa, że wraz ze zmieniającą się sytuacją polityczną malała popularność „powieści milicyjnych”. Drukowany na łamach prasy „Czwarty klucz” był jedynym premierowym tekstem pisarza, jaki ukazał się w gorącym 1981 roku.

więcej »

O świecie, którego już nie ma
Sebastian Chosiński

25 II 2021

Był starszym bratem laureata literackiej Nagrody Nobla za 1978 rok. Isaak Bashevis Singer uważał zresztą Izraela Joszuę za swego mentora. Są krytycy, którzy uważają, że talentem starszy z Singerów przewyższał tego, który później zdobył światowy rozgłos. Niestety, zmarł, mając zaledwie pięćdziesiąt lat. Ale i tak pozostawił kilka dzieł, które można uznać za prozatorskie arcydzieła. Wydany po raz pierwszy w języku polskim przed paroma tygodniami zbiór opowiadań „Perły” był jego książkowym (...)

więcej »

Polecamy

Imperium wcale się nie rozpadło

Na rubieżach rzeczywistości:

Imperium wcale się nie rozpadło
— Marcin Knyszyński

Lęk i odraza w Kalifornii
— Marcin Knyszyński

Las oblany słonecznym blaskiem
— Marcin Knyszyński

Dick jak Dickens
— Marcin Knyszyński

Kochać to nie znaczy zawsze to samo
— Marcin Knyszyński

Chorzy na życie
— Marcin Knyszyński

Dick w starym stylu
— Marcin Knyszyński

Faust musi przegrać
— Marcin Knyszyński

W poszukiwaniu rzeczywistości obiektywnej
— Marcin Knyszyński

Myślę, ale czy jestem?
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.