Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 lutego 2024
w Esensji w Esensjopedii

Robert A. Heinlein
‹Obcy w obcym kraju›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułObcy w obcym kraju
Tytuł oryginalnyStranger in a Strange Land
Data wydania1 grudnia 2006
Autor
PrzekładAndrzej Sawicki
Wydawca Solaris
ISBN83-89951-59-2
Format650s. 125×195mm; oprawa twarda
Cena49,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Idiota z kosmosu
[Robert A. Heinlein „Obcy w obcym kraju” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
O powieści Roberta Heinleina usłyszałem po raz pierwszy dwadzieścia lat temu, kiedy to na nowo wydanej wówczas płycie „Somewhere in Time” zespołu Iron Maiden trafiłem na fenomenalny utwór „Stranger in a Strange Land”. Po nitce do kłębka dotarłem wreszcie do literackiego oryginału. Piętnaście lat później dane mi było zmierzyć się z tą powieścią jeszcze raz. Z tą różnicą, że teraz dostałem do rąk pełną, nieokrojoną przez wydawców wersję „Obcego w obcym kraju”

Sebastian Chosiński

Idiota z kosmosu
[Robert A. Heinlein „Obcy w obcym kraju” - recenzja]

O powieści Roberta Heinleina usłyszałem po raz pierwszy dwadzieścia lat temu, kiedy to na nowo wydanej wówczas płycie „Somewhere in Time” zespołu Iron Maiden trafiłem na fenomenalny utwór „Stranger in a Strange Land”. Po nitce do kłębka dotarłem wreszcie do literackiego oryginału. Piętnaście lat później dane mi było zmierzyć się z tą powieścią jeszcze raz. Z tą różnicą, że teraz dostałem do rąk pełną, nieokrojoną przez wydawców wersję „Obcego w obcym kraju”

Robert A. Heinlein
‹Obcy w obcym kraju›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułObcy w obcym kraju
Tytuł oryginalnyStranger in a Strange Land
Data wydania1 grudnia 2006
Autor
PrzekładAndrzej Sawicki
Wydawca Solaris
ISBN83-89951-59-2
Format650s. 125×195mm; oprawa twarda
Cena49,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
W Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej powieść Roberta Heinleina obrosła legendą już w latach 60. ubiegłego stulecia. Określono ją wówczas „dziełem kultowym” i „biblią pokolenia hipisów” – by sięgnąć tylko po najczęściej spotykane peany. Do Polski książka ta dotarła dopiero po politycznym przełomie i idealnie trafiła w swój czas1). Nie dlatego, że rodząca się w bólach III Rzeczpospolita przypominała Amerykę sprzed trzech dekad; raczej z tego powodu, że pokazywała świat pogrążony w pewnym chaosie – tyleż duchowym, co politycznym i medialnym. A taka przecież była Polska na początku lat 90. XX wieku. Ktoś powie – taka jest i teraz. Z tą jednak różnicą, że kilkanaście lat temu nadzieja i optymizm przeważały nad obawami, jak sobie z odzyskaną wolnością poradzimy. W postaci przybyłego z Marsa Valentine’a Michaela Smitha mogliśmy dostrzec siebie samych – stawiających pierwsze kroki i uczących się żyć w nowym (czytaj: kapitalistycznym) świecie. Nic więc dziwnego, że i w Polsce „Obcy w obcym kraju” zyskał status powieści kultowej. Minęły jednak lata całe, weszliśmy w nowe stulecie i ówczesnego optymizmu szukać dziś możemy w narodzie ze świecą. Nie ukrywam, że sam byłem niezmiernie ciekaw, jak dzisiaj – gdy często zmęczony jestem „radością z odzyskanego śmietnika”2) – odczytam dzieło amerykańskiego klasyka. Ciekawość była tym większa, że książka po raz pierwszy w Polsce ukazała się w pełnej wersji – takiej, jaką przygotował pisarz, a którą bezlitośni wydawcy i korektorzy obcięli o mniej więcej jedną trzecią.
Bohaterem powieści Heinleina jest wspomniany już Valentine Michael Smith – człowiek wychowany na Marsie i przez Marsjan, którego pewnego dnia sprowadzają na Ziemię członkowie ekspedycji ratunkowej wysłanej na Czerwoną Planetę, aby sprawdzić, co stało się z ich poprzednikami. Smith, choć fizycznie jest człowiekiem, psychicznie przypomina mieszkańców Marsa, posiada również typowe dla nich zdolności, o których ludzie mogą jedynie pomarzyć. Powrót na planetę, z której pochodzili jego rodzice, nie wzbudza w nim jednak szczególnej radości; zdezorientowani są także sami Ziemianie, nie za bardzo wiedzący, jak traktować przybysza. Tym bardziej, że jego pojawienie się narusza cały misternie zbudowany porządek prawny. Tytułowy „obcy” jest bowiem – zgodnie z ziemskim prawem – oficjalnym właścicielem Marsa. Sekretarz generalny Światowej Federacji Państw Niepodległych (w innym miejscu książki nazywanej Federacją Wolnych Narodów – ciekawe, świadomy to zabieg autora czy niekonsekwencja tłumacza?) Joseph E. Douglas, jak na przebiegłego amerykańskiego polityka przystało, zastanawia się, jak wykorzystać sprowadzenie Smitha na Ziemię i zagarnąć jego potencjalny majątek. Douglas, co nie dziwi, natychmiast staje się głównym czarnym charakterem, co pozwala autorowi powieści prztyknąć w nos cały jankeski establishment. Niby nic nowego – dzisiaj w co drugiej powieści czy filmie sensacyjnym o charakterze demaskatorskim władzę w USA sprawują najprawdziwsze kanalie (w pozostałych prezydenci są wielkimi bohaterami i co rusz dają przykłady heroicznego męstwa) – ale gdy zdamy sobie sprawę z tego, że Heinlein opublikował „Obcego…” w 1960 roku, nasze spojrzenie na tę kwestię musi ulec zmianie.
Aż strach pomyśleć, co stałoby się z Człowiekiem z Marsa, jak często nazywany jest w powieści Smith, gdyby nie szczęśliwe zrządzenie losu i tandem dziennikarsko-pielęgniarski Ben Caxton – Jill Boardman, który postanowił w imię odwiecznych zasad przyświecających republice uwolnić przybysza. Ich sytuacja jednak bardzo szybko się komplikuje, Caxton popada w poważne tarapaty, a Jill wraz ze Smithem musi szukać ratunku u tajemniczego, aczkolwiek niezwykle sympatycznego Jubala Harshawa – pisarza, filozofa, trochę satyra i trochę guru. To właśnie w jego posiadłości, zwanej Domem Wolności, Człowiek z Marsa będzie się uczył żyć, poznając szalony świat, w którym się znalazł. Jubal, którego imię oznacza „Ojca wszystkiego”3), stanie się jego nauczycielem. Co nie zmieni faktu, że Smith będzie się starał w końcu wyrwać spod jego skrzydeł i zacząć życie na własne konto. Najważniejsze pytanie brzmi: jak dobrym belfrem okaże się Jubal Harshaw i jak pojętnym uczniem będzie Valentine Michael Smith?
Powieść Heinleina okraszona jest symboliką jak dobra chałwa bakaliami. Symboliczny w swej przekorze jest już sam tytuł; symboliczne są postaci książki i ich imiona. Rozszyfrowanie większości metafor nie powinno nastręczyć uważniejszemu czytelnikowi problemów. Warto więc skupić się na tym, co w książce Amerykanina było nietypowe i co sprawiło, że po dziś dzień stawia się przy niej przymiotnik „kultowa”. Mimo fantastycznego sztafażu „Obcy w obcym kraju” jest powieścią zaskakująco staroświecką. I to nie tylko dlatego, że od jej wydania minęło już prawie 50 lat i pewne rozwiązania techniczne opisane przez autora mogą wywoływać uśmiech na twarzy. Książka była już staroświecka w momencie jej publikacji, a obecne poszerzone wydanie tylko uczucie to potęguje. Czytając dzieło Heinleina, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że obcuję z powieścią głęboko zanurzoną w dziewiętnastowiecznej epice rosyjskiej. Wrażenie było tym większe, że z każdym kolejnym rozdziałem odkrywałem bezpośrednie źródło inspiracji Amerykanina. Przecież Valentine Michael Smith to alter ego księcia Lwa Myszkina z „Idioty” Fiodora Dostojewskiego. Obaj przybywają z „obcego” świata (Smith z Marsa na Ziemię, Myszkin ze Szwajcarii do niewidzianej od czasów dzieciństwa Rosji); obaj różnią się znacznie od przeciętnych i „normalnych” ludzi dokoła; obu cechuje dobroć, szlachetność i mądrość; obaj z biegiem czasu odkrywają, czym jest miłość i jak potężną posiada ona moc (w tym kontekście Nastazja Filipowna zdaje się być pierwowzorem Jill Boardman). Obaj wreszcie, z racji swej wrodzonej naiwności i poczciwości, mogą wydawać się… idiotami – tak przynajmniej traktuje ich otoczenie. I obaj też, niestety, pod wpływem innych ludzi zmieniają się tak bardzo, że ostatecznie stają się własną karykaturą. Dostojewski wzorował Myszkina na Jezusie, Smith Heinleina też ma wiele cech Chrystusa – może nawet bardziej przypomina żydowskiego proroka, ponieważ potrafi – z ludzkiego punktu widzenia – czynić cuda.
Człowiek z Marsa, poznając ziemski świat, pogrąża się w jego szaleństwie, które osiąga swe apogeum, gdy – pod wpływem kontaktów z fosterytami, czyli Kościołem Nowego Objawienia – tworzy własny Kościół Wszystkich Światów. Sam pewnie nie przypuszcza, że coraz bardziej stając się człowiekiem, traci swe pierwotne człowieczeństwo. Wizja Heinleina nie trąci przesadnym optymizmem, choć autor zrobił wiele, aby jego powieść nie stała się zbyt mroczna – wiele w niej humoru sytuacyjnego i słownego. Ze szczególną ironią pisarz sportretował sektę Fostera, która dzisiaj – ze swym blichtrem i podnoszonym do rangi chwały hedonizmem, konsumpcjonizmem i komercjalizmem – może przywodzić na myśl kościół scjentologów. Kto wie, może sam wielebny Foster wzorowany był na L. Ronie Hubbardzie, też zresztą pisarzu science fiction4). Nie we wszystkim Heinlein był jednak tak przenikliwy. Świat przyszłości, który przedstawił, wyrastał bezpośrednio ze świata, w którym sam żył. Choć w książce nie ma mowy o zimnej wojnie, to jednak Federacji Państw Niepodległych przeciwstawiona jest Wschodnia Koalicja. Inna sprawa, że ów zasygnalizowany przez pisarza podział świata nie ma w zasadzie większego wpływu na akcję powieści – Heinlein nie spogląda dalej niż na swój brzuch, poza Marsem (zdawkowo) interesują go jedynie Stany Zjednoczone.
W nowym wydaniu „Obcego…” najważniejszy zdawał się być fakt (który zresztą podkreślali wydawcy), że dostaliśmy do ręki książkę o prawie dwieście stron grubszą od poprzedniej edycji. Pytanie, czy warto było? Puryści powiedzą, że tak – jeśli taką ją stworzył autor, taką powinni dostać do ręki czytelnicy. Ja jednak mam poważne wątpliwości. Grubsza o ponad 60 tysięcy znaków powieść wcale bowiem nie robi większego wrażenia niż jej odchudzona przed laty wersja. Wręcz przeciwnie – miejscami jest wyraźnie przegadana, by nie rzec wręcz, że… nudna. Rozdęte niekiedy do granic cierpliwości dialogi nie wnoszą do akcji niczego nowego, udowadniają jedynie, że Heinlein był erudytą. O tym jednakże wiedzieliśmy już wcześniej, po lekturze poprzedniego wydania „Obcego…”, „Luny…” czy „Hioba”. Nie znaczy to jednak, że odradzam sięgnięcie po obecną edycję powieści, ale uprzedzam – to lektura jedynie dla najbardziej zatwardziałych fanów science fiction, ci mniej przekonani niech raczej odszukają w antykwariatach stare egzemplarze.
koniec
22 marca 2007
1) Było to możliwe dzięki niezapomnianej „Fantastyce”, która opublikowała pierwotną, czyli okrojoną wersję powieści w odcinkach w kilku kolejnych numerach z 1992 roku. Pierwsze wydanie książkowe ukazało się dwa lata później.
2) Ów słynny cytat pochodzi z przedwojennej powieści „Generał Barcz” Juliusza Kadena-Bandrowskiego.
3) Jubal jest postacią biblijną, występującą w Księdze Rodzaju (Genesis). Syn Lamecha i Adah i zarazem potomek Kaina. Muzykalny, umiał grać na lirze i fujarce.
4) Według pewnych, niesprawdzonych jednak, pogłosek istnieje teoria, jakoby scjentologia została stworzona w wyniku zakładu między pisarzami. Jedną ze stron na pewno byłby Hubbard, co do drugiej nie ma zgody - niektórzy wtajemniczeni wskazują na Kurta Vonneguta, inni na… Roberta Heinleina. Co, gdyby okazało się prawdą, wiele by tłumaczyło.

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

PRL w kryminale: Nadmiernie wrażliwy śledczy
Sebastian Chosiński

16 II 2024

Niepohamowane ludzkie namiętności niejednokrotnie stawały się – także w literaturze – przyczyną wielkich tragedii. Zwłaszcza miłosnych. Taki właśnie wątek postanowił rozwinąć w jednej ze swoich „powieści milicyjnych” Artur Morena, pod którym to pseudonimem ukrywał się Andrzej Wydrzyński. Nosi ona tytuł „Arlekin”, a ukazała się – przed ponad półwieczem – w serii Iskier „Ewa wzywa 07…”.

więcej »

PRL w kryminale: „Kopan” i „kwasopran”
Sebastian Chosiński

9 II 2024

Skoro major Wiktor Zaruba, bohater „powieści milicyjnych” Pawła Borysa Henelta, jest jednym z najwybitniejszych przedstawicieli prawa, jakich świat nosi, to i sprawy, którymi się zajmuje, muszą być niezwykłej wagi. W wydrukowanym w 1962 roku na łamach „Słowa Powszechnego” „gazetowcu” „Plany rakiety X-1 zaginęły” próbuje on złapać podstępnych szpiegów, którzy czyhają na genialny polski wynalazek.

więcej »

Smutki i radości
Joanna Kapica-Curzytek

5 II 2024

Twórczość dziewiętnastowiecznej brytyjskiej pisarki nadal warta jest odkrywania. Jej powieść „Adam Bede”, to bardzo dobra ku temu okazja.

więcej »

Polecamy

Pierwsza wojna... czasowa

Stare wspaniałe światy:

Pierwsza wojna... czasowa
— Andreas „Zoltar” Boegner

Wszyscy jesteśmy „numerem jeden”
— Andreas „Zoltar” Boegner

Krótka druga wiosna „romansu naukowego”
— Andreas „Zoltar” Boegner

Jak przewidziałem drugą wojnę światową
— Andreas „Zoltar” Boegner

Cyborg, czyli mózg w maszynie
— Andreas „Zoltar” Boegner

Narodziny superbohatera
— Andreas „Zoltar” Boegner

Pierwsza historia przyszłości
— Andreas „Zoltar” Boegner

Zobacz też

Tegoż twórcy

Zimnowojenne kompleksy i wojskowa utopia
— Miłosz Cybowski

Krótko o książkach: Przydługa klasyka
— Miłosz Cybowski

Esensja czyta: Luty 2018
— Dawid Kantor, Joanna Kapica-Curzytek, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Katarzyna Piekarz, Konrad Wągrowski

Wyobcowanie
— Jakub Gałka

Tegoż autora

Konflikt pokoleń
— Sebastian Chosiński

Przez morza i oceany…
— Sebastian Chosiński

Upiorny „Glina”
— Sebastian Chosiński

Europejska dusza, amerykański sznyt
— Sebastian Chosiński

Pod przewodem Pernille
— Sebastian Chosiński

Chwila subtelnego oddechu
— Sebastian Chosiński

Jak traktować klasyków
— Sebastian Chosiński

Monk wieczne żywy!
— Sebastian Chosiński

Za sto, dwieście lat…
— Sebastian Chosiński

„Podlasie Ruskie” Kolberga
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.