Styczniowa edycja cyklu lekko się opóźniła, więc bez zbędnych wstępów: sześcioro recenzentów, trzynaście książek i czternaście opinii. Zapraszamy do lektury.
Esensja czyta: Styczeń 2010
[ - recenzja]
Styczniowa edycja cyklu lekko się opóźniła, więc bez zbędnych wstępów: sześcioro recenzentów, trzynaście książek i czternaście opinii. Zapraszamy do lektury.
Gdyby przyszło mi ocenić tę antologię jednym sformułowaniem, wybrałabym „znakomite rzemiosło”. Osiemnaście różnorodnych opowiadań, z których część napisana została przez znanych i uznanych autorów niewątpliwie zasługuje na uwagę. Niemniej jednak większość z nich jest po prostu „dobrze odrobionym zadaniem domowym”. Jak więc pisarze zmierzyli się z czarodziejami? Na najbardziej „typowy” sztafaż fantasy zdecydowali się Nix, Baker, Colfer, Williams, Beagle, Ford, Lee i Card. Kilku autorów (Rosenblum, Yolen, Hand, Kress, Dowling i Wolfe) osadziło swoje historie całkowicie lub częściowo w „umagicznionej” rzeczywistości współczesnej. Na wariację na temat znany przede wszystkim z „Czarnoksiężnika z Archipelagu”, czyli historię chłopaka dojrzewającego i odkrywającego swoją (oczywiście ponadprzeciętną) moc, zdecydowali się Kress i Card; co ciekawe, oboje obdarzyli swoich bohaterów mocami kontrolowania kamienia (kamienną magią posługuje się też tytułowa żona Zima, co czyni ten rodzaj mocy najczęściej reprezentowanym w antologii). Nix i Wolfe sięgnęli po wątek arturiański. Rosenblum, McKillip i Dowling opisali przygody władających magią dzieci. Gaiman i Bisson przedstawili historie o bohaterach innych swoich książek („Księgi cmentarnej” oraz „Billy’s book”) z wetkniętym w nie wątkiem „czarodziejskim”. Podobnie nieco na siłę czarodziej pojawia się także w „Dioramie Krain Piekielnych…” Duncana. Oprócz tego było kilka opowiadań, w których trudno w zasadzie mówić o czarodziejach jako takich (teksty Colfera, Yolen i Hand). Nie brakło też umoralniających opowiastek, w których po gruntownych przeróbkach treści, ale bez zmian w przesłaniu magowie mogliby zostać zastąpieni kimkolwiek innym (Baker i McKillip).
Teksty, które mnie spodobały się najbardziej, to:
„Barwna wizja” – za pomysł z synestezją, świetnie przedstawiony sposób myślenia dziecka oraz cudne teksty: „Matka Jeremy’ego jest szkolnym psychologiem. Ale i tak go lubię” i „Możemy pograć w moją nową grę. Zanim moja mama ją zobaczy i mi zabierze. Jest naprawdę fajna, więc z pewnością jest również psychicznie szkodliwa.”
„Ręce obcego” – niejeden raz pisarze przekonywali nas, że spełnione życzenia nie zawsze bywają błogosławieństwem, tu jednak ten motyw został przedstawiony ciekawie i klimatycznie, poza tym schemat dobrego i złego maga zostaje twórczo przekształcony.
„Żona Zima” – za klimat, bardzo interesujące przedstawienie mniej znanego zakątka Ameryki i jej mieszkańców oraz przesłanie
„Taniec w Barrens” – tu też zgrany motyw: potężny, zły czarodziej, który pragnie cudzej kobiety, jednak sposób przedstawienia go, klimat, pomysł z wyzwalaniem magii za pomocą tańca oraz małe, acz wcale nie bezsilne zwierzątka sprawiają, że tekst wart jest uwagi i pamięci.
„Ojciec kamienia” – za wdzięk, z jakim Card opowiada tę tylekroć już powtarzaną historię.
Ponadto na uwagę zasługują: „Diorama Krain Piekielnych…” – za surrealistyczny klimat i piosenkę, która nie chce przestać tłuc mi się w głowie, tylko gdyby ktoś mógł mi wyjaśnić, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi… „Kamienny człowiek” – za przekonującego bohatera, realistyczny opis jego życia i styl autorki. „Magycy” – za całkowite odwrócenie schematu chłopca przybywającego do szkoły magii. „Magiczne zwierzę” – za zabawną grę motywami oraz język.
Akcja i rozmach, tak podsumować można by trzeci i ostatni tom Kodeksu Deepgate. Mamy tu iście apokaliptyczne walki bogów (i nie tylko bogów), podróż statkiem, który przenika materię piekła i którego paliwo stanowią umarli (!), a także – ponieważ do gry o kształt świata włącza się Sabor, czyli tytułowy Bóg Zegarów – podróże w czasie oraz związane z tym paradoksy. Na plus zaliczam autorowi, że nie dodaje już do opowieści nowych bohaterów (a właściwie dodaje, lecz szczęśliwie pozostają oni na drugim planie), tylko trzyma się tych, których już znamy. Dzięki temu zapoznać się możemy z dalszymi losami Miny, Johna Kotwicy, a przede wszystkim Rachel oraz Dilla – i tu zaczynają się problemy, bo co prawda postacie wciąż budzą sympatię, jednak z każdą stroną jest ona coraz mniejsza, gdyż ciekawe osobowości giną, przytłoczone fajerwerkami autorskiej wyobraźni. I jak na tak oryginalny i napisany z wykopem cykl zdumiewająco mało jest tu emocji – ostatecznie pod koniec pozostaje wręcz już tylko podziw dla niecodziennej wizji. Szkoda trochę, bo był w cyklu potencjał na więcej, choć i tak jest to jedna z ciekawszych pozycji na rynku.
Mieszko B. Wandowicz [80%]
Tytułowy Bunny Munro wydaje się niekiedy połączeniem Daniela z „Możliwości wyspy” i Lestera Ballarda z „Dziecięcia bożego”. A więc szują, jakich mało. Co gorsza, kiedy – nie bez jego winy – umiera mu żona, ten sprzedający kosmetyki seksoholik zostaje sam z Bunnym Juniorem – synem w wieku wczesnoszkolnym, mądrzejszym i przyzwoitszym od swojego ojca, ale wpatrzonym w niego jak w obrazek. I to wokół ich perypetyj, których koniec znany jest od samego początku, osnuta jest ta powieść o narastającej frustracji przegranego łajdaka i jego zagubionym potomku. Młody Munro, mimo że nie do końca opiera się wpływowi rodzica (rozmawiając z tatusiem po spotkaniu rówieśniczki, dziewięciolatek dochodzi do wniosku, że powinien wrócić i ją „wyj..ać”), pozostaje po trosze jego przeciwieństwem i daje jedyną w „Śmierci…” iskierkę nadziei – na to, że nie podzieli ojcowego losu. Chociaż jednak książka jest przygnębiająca, dzięki gorzkiemu humorowi i żwawemu językowi czyta się ją jednym tchem; Nick Cave okazuje się pisarzem niewiele gorszym niż muzykiem, a jeśli brać pod uwagę jedynie jego ostatnie albumy – nawet lepszym. „Śmierć Bunny’ego Munro” jest bowiem najbardziej interesującym dokonaniem Australijczyka mniej więcej od czasu „Murder Ballads”.
Tom pierwszy zrobił na mnie złe wrażenie, przy drugim było trochę lepiej. Bynajmniej nie dlatego, że „Miasto Popiołów” jest książką oryginalniejszą czy sprawniej napisaną. Po prostu pozbyłam się złudzeń i nastawiłam wyłącznie na cztery godziny rozrywki, która skutecznie da odpocząć zapracowanym komórkom mózgowym. Na plus „Miastu…” zapisuję to, co było zaletą już wcześniejszej części, czyli niezłe dialogi i sporo sytuacyjnego humoru – przy czym część tego humoru jest przez autorkę zamierzona, a część – ta większa zresztą – jak sądzę nie. Są tu imponujące komplikacje uczuciowe (brat zakochany w rodzonej siostrze i brat zakochany w przybranym bracie), rozdarcia wewnętrzne i dylematy wypadające gdzieś w pół drogi między „Gwiezdnymi wojnami” a telenowelą, moce, przy których X-meni mogą się schować oraz, skoro to fantasy, nadciągające Zło plus mnóstwo przedmiotów O Nazwach Koniecznie Pisanych Wielką Literą. Rzecz w sam raz dla „mrocznych” i wrażliwych czternastolatek – starsi mogą poczytać, jeśli zdobędą się na odpowiedni dystans.
Gdyby traktować „Związek żydowskich policjantów” po prostu jako kryminał, byłaby to powieść nieszczególnie satysfakcjonująca, zdarzają się tu bowiem dłużyzny (zwłaszcza na początku), a i końcowe wyjaśnienie intrygi nie tylko jest dziwaczne, lecz w dodatku sprawia wrażenie pretekstowego, bo autor po temacie „żydowskiego spisku” prześlizguje się w tempie łyżwiarza przemykającego po lodowej tafli. Jednak siłą „Związku…” jest nie tyle kryminalna zagadka, co portrety psychologiczne bohaterów oraz nastrój. Chabon ma talent do łączenia posępnej, niemalże poetyckiej melancholii z dosadnym, czarnym humorem, co daje niezwykły efekt. Ma też talent do przeprowadzania precyzyjnej wiwisekcji duszy ludzi zagubionych, starzejących się i samotnych. To boli podczas lektury, dlatego czytelnicy poszukujący lekkiej rozrywki powinni od powieści Chabona trzymać się z daleka.
Mieszko B. Wandowicz [90%]
Jeżeli już przyjąć tyleż wyświechtaną, co naciąganą tezę, że Mejer Landsman jest żydowskim Philipem Marlowe’em, to rebego Heskela Szpilmana należy uznać za mojżeszową wersję Vita Corleone. A pozostali bohaterowie nie ustępują im barwnością – właśnie galeria kolorowych postaci zdaje się największą zaletą książki Chabona. „Związek…” to z jednej strony opowieść o Żydach, z drugiej – o ludziach w ogóle, a dopiero z trzeciej – czarny kryminał z nutką teorii spiskowej. I na tej ostatniej płaszczyźnie zdarzają się autorowi drobne potknięcia, które sprawiają, iż zamiast arcydziełem, jest ten tom jedynie pozycją rewelacyjną. Tak czy inaczej – czapki z głów za coś nowego w wyczerpanej, wydawałoby się, konwencji, za wykreowanie fascynującego świata i upajającego nastroju, za język, za prawie wszystko.