Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 1 października 2022
w Esensji w Esensjopedii

Iron Office

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułIron Office
Wykonawca / KompozytorIron Office
Data wydania1976
Wydawca Metronome
NośnikWinyl
Czas trwania36:32
Gatunekfunk, jazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Allan Botschinsky, Palle Mikkelborg, Erik Tschentscher, Benny Rosenfeld, Nils Tuxen, Ole Kock Hansen, Niels-Henning Ørsted Pedersen, Gert Rostock Jensen, Bent Clausen, Kurt Riedel
Utwory
Winyl1
1) Aguadilla04:03
2) Blue and Violet04:50
3) Karate Boogie04:28
4) My Song for You04:28
5) Sky Surfing04:35
6) Early Morning06:03
7) House of Brass04:06
8) Cala Bassa03:58
Wyszukaj / Kup

Non omnis moriar: Była muzyka do wind, może być i do biura

Esensja.pl
Esensja.pl
Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka nierzadko wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj pierwszy (z dwóch) album duńskiej formacji Iron Office – z trębaczami Allanem Botschinskym i Pallem Mikkelborgiem na czele.

Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Była muzyka do wind, może być i do biura

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka nierzadko wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj pierwszy (z dwóch) album duńskiej formacji Iron Office – z trębaczami Allanem Botschinskym i Pallem Mikkelborgiem na czele.

Iron Office

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułIron Office
Wykonawca / KompozytorIron Office
Data wydania1976
Wydawca Metronome
NośnikWinyl
Czas trwania36:32
Gatunekfunk, jazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Allan Botschinsky, Palle Mikkelborg, Erik Tschentscher, Benny Rosenfeld, Nils Tuxen, Ole Kock Hansen, Niels-Henning Ørsted Pedersen, Gert Rostock Jensen, Bent Clausen, Kurt Riedel
Utwory
Winyl1
1) Aguadilla04:03
2) Blue and Violet04:50
3) Karate Boogie04:28
4) My Song for You04:28
5) Sky Surfing04:35
6) Early Morning06:03
7) House of Brass04:06
8) Cala Bassa03:58
Wyszukaj / Kup
W latach 70. ubiegłego wieku jazz przechodził znaczącą ewolucję. Na początku dekady dominującą rolę odgrywał jazz-rock, w drugiej jej części – za sprawą rosnącej popularności muzyki disco i pop – wykonawcy wcześniej kojarzeni z ambitniejszymi odmianami gatunku, chcąc pozostać na powierzchni show-biznesu, implementowali do swojej twórczości elementy lżejszych i cieszących się większym wzięciem stylów. W efekcie jazz coraz częściej mieszany był z funkiem i soulem, a bywało, że i rytmami stricte dyskotekowymi. Widać to wyraźnie na przykładzie dwóch opublikowanych w drugiej połowie lat 70. albumów duńskiej formacji Iron Office, której ton nadawała złożona – uwaga! uwaga!!! – z czterech trębaczy sekcja dęta. Byli to: liderujący grupie Allan Botschinsky (wcześniej między innymi w Trouble, później w Apocalypse), Palle Mikkelborg (patrz: „The Mysterious Corona” i „Ashoka Suite / Guadiana / Concert”), Erik Tschentscher oraz Benny Rosenfeld.
Do współpracy zaprosili oni jeszcze sześciu innych muzyków, wśród których znaleźli się chociażby niezwykle doświadczeni gitarzysta Nils Tuxen (znany z takich zespołów, jak Rocking Ghosts, Square Dansk, Kashmir, Culpeper’s Orchard) i basista Gert Rostock Jensen (w latach 60. będący podporą beatowych The Baronets, Les Rivals, The Black Devils, The Flintones). Na kontrabasie zagrał niezrównany Niels-Henning Ørsted Pedersen (do branży wchodzący u boku Jean-Luka Ponty’ego), z kolei na klawiszach – Ole Kock Hansen (mający za sobą staż w kopenhaskiej Radiojazzgruppen). Sekcję rytmiczną uzupełnili jeszcze perkusjonista Bent Clausen oraz perkusista Kurt Riedel. Ten skład w kwietniu i czerwcu 1976 roku w mieszczącym się w stolicy Danii studiu wytwórni Mentronome zarejestrował materiał na debiutancki longplay Iron Office, który wydany został kilka miesięcy później przez macierzystą szwedzką odnogę firmy.
W porównaniu z prezentowanymi na łamach „Esensji” wcześniejszymi dokonaniami artystycznymi Botschinsky’ego, Mikkelborga, Pedersena i Hansena muzyka zawarta na „Iron Office” (nie wysilono się na bardziej atrakcyjny tytuł) zaskakuje lekkością i żywiołowością, a przede wszystkim – wszechobecnymi wpływami funku. Kompozycje (wszystkie autorstwa Allana) są krótsze, więc na niezbyt długim albumie zmieściło się ich aż osiem. Do tańca może się nie nadają, ale na pewno niejeden raz podczas odsłuchu krążka noga zacznie wystukiwać przyjazny rytm. Klasycznego jazzu modalnego, hard bopu czy free jest tu jak na lekarstwo. Ale to wcale nie znaczy, że debiut Iron Office nie zasługuje na uwagę. Pamiętajmy bowiem, że za to dzieło odpowiadają skandynawscy muzycy z najwyższej półki. A tacy, jak wiadomo, nigdy – nawet gdyby grali do kotleta – nie schodzą poniżej pewnego poziomu. Możemy czasami psioczyć na rozwiązanie harmoniczne czy zbyt proste melodie, ale grzechem nie do wybaczenia byłoby zarzucanie im braku zaangażowania i wirtuozerii.
Album „Iron Office” zaczyna się od supermocnego natarcia. Pierwszych kilkadziesiąt sekund otwierającego wydawnictwo utworu „Aguadilla” to zdolne rozwalić najgrubszą ścianę potężne uderzenie sekcji dętej – nałożone na siebie ścieżki czterech trąbek dosłownie zwalają z nóg. Jeśli ktoś, nie znając wcześniej płyty Duńczyków, nieopatrznie rozkręci głośność na full, może przypłacić to zdrowiem – fizycznym i psychicznym. W dalszej części jest już trochę (z naciskiem na „trochę”) spokojniej, zwłaszcza gdy stery przejmuje Nils Tuxen, który bez trudu udowadnia, że jest wirtuozem gitary. Możliwość podkreślenia swoich nieprzeciętnych umiejętności ma tu również Ole Kock Hansen, umiejętnie dopasowujący brzmienie swego fortepianu elektrycznego do funkowego rytmu narzucanego przez Gerta Rostocka Jensena i Kurta Riedela. Końcówka – po popisie jednego z trębaczy (którego?) i perkusjonisty – spina się klamrą, co oznacza, że finał jest tak samo zabójczy, jak intro.
Nieuzasadnionym okrucieństwem artystycznym byłoby ze strony muzyków, gdyby na drugim miejscu umieścili kompozycję równie dynamiczną. Mając tego świadomość, zdecydowali się na nastrojową „Blue and Violet” – z subtelnie filmową partią trąbki, powłóczystymi klawiszami w tle, a później także z kojącą zmysły solówką na fortepianie elektrycznym. „Karate Boogie” ma dość żartobliwą formę, bo oprócz szalonego funkowego rytmu i energetyczno-zadziornych dęciaków pojawiają się tu także – jako „smaczek” aranżacyjny – patetycznie brzmiące organy. Zamykający stronę A numer „My Song for You” to najbardziej popowy, niemal „pościelowy” fragment płyty, przypominający dokonania – z tego samego okresu – znacznie bliższych nam wtedy orkiestr Gustava Broma, Jerzego Miliana czy Henryka Debicha. Na kolana nie rzuca, pozwalając docenić głównie talent aranżacyjny Allana Botschinsky’ego.
Po takich przytulaśnych dźwiękach słuchacze mogą poczuć się mocno zaskoczeni umieszczonym na początku drugiej strony winylowego krążka „Sky Surfing”. Nie dość, że zespół wraca do zadziornej narracji funkowej, to na dodatek pojawiają się elementy klasycyzujące (vide dęciaki) i – dla odmiany – rockowe (gitara). A wszystko okraszone jeszcze dialogiem trąbek z fortepianem elektrycznym. „Early Morning” – najdłuższa ze wszystkich kompozycji – niesie ze sobą mnóstwo funkowych pulsacji, a w szczególny sposób zaskakuje wykorzystaniem w finale przez Botschinsky’ego syntezatora imitującego brzmienie sekcji smyczkowej. W „House of Brass” wreszcie pojawia się odrobina improwizacji. Tempo jednak jest wolne, więc trębacze nie mają pokusy, aby „odlecieć” w bardziej nieprzewidywalne rejony. Stara się ich zresztą trzymać na uwięzi Hansen za sprawą swoich klawiszowych wstawek. Finałowy „Cala Bassa” składa się z dwóch wątek: otwarcie i zamknięcie to bezpretensjonalna taneczna muzyka latynoamerykańska, pośrodku natomiast pojawia się skłaniająca do refleksji dwuminutowa porcja jazzu europejskiego z intrygującymi kościelnymi organami. Jakby autor muzyki chciał szepnąć nam do ucha: „Memento mori”.
W drugiej połowie lat 70. ukazywało się sporo płyt z podobną muzyką – lekką, łatwą, przyjemną, ale i wartościową. Niestety, kiedy skończyła się moda na ambitne funkujące disco większość z nich popadła w zapomnienie. Bo kto dziś pamięta „Iron Office”? Kto wie, że dwa lata później zespół wydał drugi album – „Ambience”? To oczywiście pytania retoryczne.
koniec
17 września 2022
Skład:
Allan Botschinsky – trąbka, trąbka elektryczna, skrzydłówka, syntezator, muzyka, aranżacje
Palle Mikkelborg – trąbka, trąbka elektryczna, skrzydłówka
Erik Tschentscher – trąbka, skrzydłówka
Benny Rosenfeld – trąbka, skrzydłówka
Nils Tuxen – gitara elektryczna
Ole Kock Hansen – fortepian elektryczny, organy, klawinet, fortepian
Niels-Henning Ørsted Pedersen – kontrabas, gitara basowa
Gert Rostock Jensen – gitara basowa (1,2,5,7), głos (3)
Bent Clausen – kongi, instrumenty perkusyjne
Kurt Riedel – perkusja

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Non omnis moriar: Biednej Kaśce zawsze wiatr w oczy
Sebastian Chosiński

1 X 2022

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka nierzadko wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj pierwszy (z trzech) longplay duńskiego zespołu Entrance, któremu liderował trębacz Palle Mikkelborg.

więcej »

Nie przegap: Wrzesień 2022
Esensja

30 IX 2022

Wieczory coraz dłuższe, można je więc poświęcić na nadrobienie przegapionych recenzji.

więcej »

Pink Floyd w XXI wieku: Wczesne echa zmian
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

28 IX 2022

W XXI wieku zespół Pink Floyd praktycznie przestał istnieć. Panowie jeśli już nagrywali, to raczej na swój rachunek, a o koncertach mowy być nie mogło. Niemniej fani niemal co roku są uszczęśliwiani kolejnymi albumami sygnowanymi nazwą zespołu. Na przykład opublikowanym osobno fragmentem boksu „The Early Years 1965-1972” pod tytułem „1971: Reverber/ation” z 2017 roku.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.