Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 5 lipca 2022
w Esensji w Esensjopedii

De Rossi e Bordini

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDe Rossi e Bordini
Wykonawca / KompozytorDe Rossi e Bordini
Data wydania26 lutego 2022
Wydawca MaRaCash Records
NośnikCD
Czas trwania55:42
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Gianluca De Rossi, Carlo Bordini
Utwory
CD1
1) Il Pozzo dei Giganti19:05
2) La Porta bel Buio18:43
3) Natività04:57
4) Cammellandia12:58
Wyszukaj / Kup

Tu miejsce na labirynt…: Giganci wciąż nie śpią
[De Rossi e Bordini „De Rossi e Bordini” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Reaktywowany przed ośmioma laty klasyk włoskiego progresu – zespół Cherry Five – był kwintetem. Teraz jego skład został okrojony do duetu, który tworzą wokalista i klawiszowiec Gianluca De Rossi oraz perkusista Carlo Bordini. Nie przeszkodziło im to jednak nagrać doskonały album, wpisujący się w stylistykę progresywnego hard rocka. Zatytułowali go – zapewne dla niepoznaki – „De Rossi e Bordini”.

Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Giganci wciąż nie śpią
[De Rossi e Bordini „De Rossi e Bordini” - recenzja]

Reaktywowany przed ośmioma laty klasyk włoskiego progresu – zespół Cherry Five – był kwintetem. Teraz jego skład został okrojony do duetu, który tworzą wokalista i klawiszowiec Gianluca De Rossi oraz perkusista Carlo Bordini. Nie przeszkodziło im to jednak nagrać doskonały album, wpisujący się w stylistykę progresywnego hard rocka. Zatytułowali go – zapewne dla niepoznaki – „De Rossi e Bordini”.

De Rossi e Bordini

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDe Rossi e Bordini
Wykonawca / KompozytorDe Rossi e Bordini
Data wydania26 lutego 2022
Wydawca MaRaCash Records
NośnikCD
Czas trwania55:42
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Gianluca De Rossi, Carlo Bordini
Utwory
CD1
1) Il Pozzo dei Giganti19:05
2) La Porta bel Buio18:43
3) Natività04:57
4) Cammellandia12:58
Wyszukaj / Kup
Historia tych muzyków nie jest długa, ale jest za to… skomplikowana. W 1972 roku klawiszowiec Claudio Simonetii powołał do życia zespół Oliver. W jego składzie znaleźli się jeszcze: gitarzysta Massimo Morante, basista Fabio Pignatelli oraz perkusista Walter Martino. Kiedy okazało się, że kwartetowi trudno przebić się w ojczyźnie, muzycy podjęli decyzję o emigracji na Wyspy Brytyjskie. Tam dołączył do nich angielski wokalista Clive Haynes. Grając progrocka wzorowanego na dokonaniach Gentle Giant, Yes, Genesis, King Crimson czy Emerson, Lake & Palmer, skazani byli głównie na powielanie schematów. W efekcie okazało się, że w zalewie własnych formacji, fani z Anglii nie chcieli słuchać przybyszów z Italii. Nie było więc innego wyjścia, jak przyznać się do porażki i wrócić na Półwysep Apeniński, co jednocześnie oznaczało rozstanie z Haynesem, który nie chciał opuszczać Brytanii.
Z drugiej strony Simonettiemu i pozostałym trudno było sobie wyobrazić powrót do grania muzyki instrumentalnej, więc zatrudnili miejscowego wokalistę, którym okazał się Tony Tartarini (wcześniej w L’Uovo di Colombo). Zmiana warty nastąpiła także przy perkusji: Waltera Martino zastąpił Carlo Bordini. Jak się okazało, nowy zespół był już na tyle odmiennym tworem od poprzedniego, że przy okazji Simonetti zdecydował się na zmianę szyldu. Poprzedni nie kojarzył się z żadnym sukcesem artystycznym, więc porzucenie go wydawało się czymś oczywistym. Tak narodził się Cherry Five! I wszystko nagle zmieniło się jak za dotknięciem magicznej różdżki: zespół podpisał kontrakt z rzymską wytwórnią Cinevox Records, w efekcie czego kazała się debiutancka płyta – zatytułowana mało odkrywczo: „Cherry Five” (1975). Wkrótce między muzykami doszło do konfliktów, w wyniku których szeregi grupy opuścili Tartarini i Bordini.
Na miejsce tego ostatniego najpierw przyjęto „syna marnotrawnego”, czyli Waltera Martino, a zaraz potem Agostina Marangolo. Wokalisty zdecydowano się nie zastępować nikim, co było kolejną istotną zmianą. Na tyle znaczącą, że Simonetti znowu zdecydował się zmienić nazwę – tym razem na Goblin. Tym samym otworzył nowy – kto wie czy nie najważniejszy – rozdział w historii włoskiego rocka progresywnego (choć konkurencja w tej dziedzinie jest spora). Jednocześnie mogło się wydawać, że rozdział zatytułowany Cherry Five został definitywnie zamknięty. Ale nic z tego! Chociaż na ponowne otwarcie księgi trzeba było poczekać prawie cztery dekady, bo aż do 2014 roku, kiedy to Bordini reaktywował grupę, zapraszając do niej wokalistę Tony’ego Tartariniego (co za powrót!), gitarzystę Ludovica Piccininiego, basistę Pina Sallustiego oraz klawiszowca Gianlukę De Rossiego („pożyczonego” z formacji Taproban). Jak się okazało, Cherry Five zmartwychwstał nie tylko po to, aby odciąć kupony od dawnej sławy, ale przede wszystkim nagrać nowy album.
Longplay „Il Pozzo dei Giganti” ukazał się w 2015 roku i był nadzwyczaj udanym powrotem do utrzymanej w stylu lat 70. XX wieku klasyki włoskiego rocka progresywnego. Na tyle udanym, że panowie De Rossi i Bordini postanowili kontynuować karierę jako duet. Niekiedy posługiwali się szyldem Cherry Five, to znów swoimi nazwiskami. Po kilku latach doszli do wniosku, że warto ten, kolejny już, rozdział w swojej karierze podsumować płytą. I tak doszło do wydania – przez mającą siedzibę w lombardzkim Vigevano wytwórnię MaRaCash Records – krążka „De Rossi e Bordini”. Nagrany został częściowo w studiu, częściowo na żywo podczas koncertu. Nie zawiera wprawdzie nowego materiału, ale to tak naprawdę rzecz drugorzędna przy jakości i potędze tej muzyki, która na pewno przypadnie do gustu wszystkim wielbicielom Cherry Five i Goblina, ale także tym, którzy gustują w progresywnym hard rocku sprzed prawie pięciu dekad.
Na album trafiły cztery kompozycje (w tym trzy bardzo rozbudowane): „Il Pozzo dei Giganti” to nowa wersja utworu z drugiego longplaya Cherry Five, „La Porta bel Buio” ukazała się po raz pierwszy dziewięć lat temu na płycie „Strigma” zespołu Taproban, z kolei „Natività” i „Cammellandia” pochodzą z opublikowanego w 1973 roku wydawnictwa „Opera Prima”, które sygnowano było przez Carla Bordiniego oraz wokalistę i klawiszowca Paola Rustichelliego. „De Rossi e Bordini” to w dużej mierze powrót do tamtej stylistyki: progresu granego bez gitar solowej i basowej, opartego na perkusji oraz klawiszach. Nie jest więc przypadkiem fakt, że Gianluca De Rossi nie tylko objął obowiązki wokalisty, ale także zagrał na organach Hammonda, fortepianach akustycznym i elektryczny (Fender Rhodes), syntezatorach (między innymi Minimoogu) oraz klawinecie; wykorzystał także mellotron, który imitował dźwięki dęciaków, smyczków i chóru. Choć więc muzyków było tylko dwóch (i w studiu, i na scenie), na pewno nie można narzekać na ubóstwo instrumentalne czy aranżacyjne.
Album otwiera dziewiętnastominutowa wersja suity „Il Pozzo dei Giganti” (o kilka minut krótsza od tej z krążka Cherry Five), która jest oczywiście nawiązaniem do pieśni Dantego z „Boskiej komedii”. Zaczyna się ona od recytacji Bordiniego na tle syntezatorowego szumu i dzwonków, z czasem dochodzi także delikatna perkusja; dopiero po upływie w sumie dwóch minut duet wskakuje na właściwe sobie hardprogowe tory, co oznacza, że rozbrzmiewają przede wszystkim energetyczne, motoryczne bębny i – to na pierwszym planie – podniosłe organy Hammonda z melodyjnym Minimoogiem. W dalszej części pojawiają się kolejne wątki: a to wybija się perkusja (z syntezatorową „magmą” dźwiękową w tle), a to fortepian elektryczny, który następnie ustępuje miejsca organom. Obok fragmentów majestatycznych, a nawet mogących budzić grozę, pojawiają się lżejsze, rzeklibyśmy – buffo (za sprawą harcujących syntezatorów i perkusjonaliów). To ostatnie to jednak tylko przerywnik, ponieważ w finale „Studni Gigantów” muzycy wracają do nadzwyczaj poważnej narracji.
Taprobanowe „La Porta bel Buio” („Drzwi w ciemności”), które powstało jeszcze przed reaktywacją Cherry Five, a więc zanim De Rossi mógł pomarzyć, że kiedyś będzie współtworzył tę legendę italskiego progresu – wpisuje się idealnie w stylistykę zespołu, więc nie dziwi fakt, że Carlo i Gianluca postanowili odkurzyć ten właśnie numer. To kolejna suita, tym razem niespełna dziewiętnastominutowa, w ich wykonaniu. Otwiera ją wystukiwany przez Bordiniego subtelny rytm, któremu towarzyszy niepokojący fortepian. Szybko jednak duet rozkręca się i – głównie za sprawą perkusji – przydaje mocy. Ale i De Rossi oczywiście nie próżnuje, najpierw serwując słuchaczom popis na Hammondach, później symfoniczny wtręt na Moogu, by po kilku minutach fajerwerków powrócić do punktu wyjścia, czyli akustycznego fortepianu. A to dopiero połowa kompozycji. W drugiej części atrakcji też nie brakuje: począwszy od kościelnych organów, a skończywszy na klasycznym progresywnym Moogu i wyczarowanym przez mellotron chórze.
Ostatni fragment płyty to przypomnienie staroci z „Opery Primy”. W obu przypadkach są to, zarejestrowane podczas koncertu 25 września 2019 roku dzieła Rustichelliego. W przypadku „Natività” („Horoskop”) – swoją drogą najkrótszego na płycie – to jedyny fragment, który odbiega od hardprogowej stylistyki. Perkusja pełni w nim rolę służebną, ton natomiast nadają klawisze: z początku syntezatory, później fortepian. Jako przerywnik utwór sprawdza się nieźle, ale dobrze, że tuż po nim rozbrzmiewa kolejne mocne dzieło – trzynastominutowa „Cammellandia”. Dzieli się ono na dwie płaszczyzny narracyjne: kiedy pojawiają się Hammondy, duet wyraźnie skręca w stronę hard rocka, a kiedy syntezatory – więcej w jego muzyce rocka symfonicznego. Pośrodku znajduje się jeszcze miejsce na – tym razem z prawdziwego zdarzenia – solówkę Bordiniego na perkusji. Jedno jest pewne: fani włoskiego progresu z lat 70. ubiegłego wieku znajdą na „De Rossi e Bordini” wiele dźwięków miłych ich uszom. Co może zachęci ich także do sięgnięcia po inne nowe produkcje italskich gigantów sprzed lat, jak na przykład Osanny („Il Diedro del Mediterraneo”) czy Of New Trolls („Le radici e il viaggio continua…”), które też są nie do pogardzenia.
koniec
19 kwietnia 2022
Skład:
Gianluca De Rossi – śpiew, organy Hammonda, mellotron, fortepian, fortepian elektryczny, syntezatory, klawinet
Carlo Bordini – perkusja, instrumenty perkusyjne, recytacja (1)

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Nie próbuj. Ale jak nie spróbujesz – to pożałujesz!
Sebastian Chosiński

5 VII 2022

Trzech polskich jazzmanów i improwizatorów, którzy jednak nie stronią od grania nieco lżejszej gatunkowo muzyki, umówiło się na wspólne spotkanie w studiu nagraniowym. Spędzili w nim jeden dzień, rejestrując niemal godzinę muzyki, która przekracza granice gatunkowe. Sięgając po „Don’t Try” Łukasza Korybalskiego, Wojciecha Traczyka i Huberta Zemlera, przygotujcie się na soczystą mieszankę free jazzu, awangardy i noise’u.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Prezent na dziesiątą rocznicę
Sebastian Chosiński

30 VI 2022

Kungens Män to szwedzki sekstet, który choć istnieje zaledwie od dekady, wydał w tym czasie ponad dwadzieścia albumów. Jak widać, muzycy nie próżnują, zwłaszcza że udzielają się również w innych projektach. „Kungens Ljud & Bild” – najnowsza płyta grupy – jest jednocześnie prezentem, jaki sztokholmczycy sprawili swoim fanom i samym sobie na jubileusz dziesięciolecia.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: W basenie Morza Egejskiego
Sebastian Chosiński

28 VI 2022

Trzej giganci polskiego rocka, jazzu, bluesa oraz popu – Jorgos Skolias, Apostolis Anthimos oraz Kostek Yoriadis – nagrali wspólny album, za sprawą którego w czasach szalejącej pandemii koronawirusa postanowili przenieść się do kraju przodków, swojej duchowej ojczyzny – Grecji. Z ich artystycznego, odbywającego się na odległość, spotkania zrodziła się płyta niezwykła. Jej tytuł – „SAY” – jest jednocześnie nazwą całego projektu.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Z tego cyklu

Nie próbuj. Ale jak nie spróbujesz – to pożałujesz!
— Sebastian Chosiński

Prezent na dziesiątą rocznicę
— Sebastian Chosiński

W basenie Morza Egejskiego
— Sebastian Chosiński

Miejsce, które istnieć nie powinno
— Sebastian Chosiński

To co milczące i ukryte
— Sebastian Chosiński

Na pograniczu snu
— Sebastian Chosiński

W Norwegii supergrupy rodzą się na pniach
— Sebastian Chosiński

W cieniu katedry, nad brzegami Renu
— Sebastian Chosiński

Migotanie przedsionków
— Sebastian Chosiński

Kometa Halleya strikes back
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

East Side Story: Bierny opór też ma sens!
— Sebastian Chosiński

Zbrodnie w stylu retro: Zbrodnia bez trupa
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Podejście numer dwa
— Sebastian Chosiński

PRL w kryminale: Skazany na śmierć
— Sebastian Chosiński

Ziemia obca, lecz swoja
— Sebastian Chosiński

Klasyka kina radzieckiego: Hymn do niespełnionej miłości
— Sebastian Chosiński

Z twarzą zwróconą na wschód…
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Sportsmenka na rozdrożu
— Sebastian Chosiński

Dybuki krążą wokół nas
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Wylęgarnia talentów
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.