Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 2 lipca 2022
w Esensji w Esensjopedii

Anna ‘Cranberry’ Nieznaj
‹Nocą wszystkie koty są czarne›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna ‘Cranberry’ Nieznaj
TytułNocą wszystkie koty są czarne
OpisAnna „Cranberry” Nieznaj (ur. 1979 r.), absolwentka matematyki, programistka. Mężatka, ma dwoje dzieci, mieszka w Lublinie. Debiutowała w 1996 r. pod panieńskim nazwiskiem Borówko. Publikowała w Science Fiction, SFFiH, Esensji, Fahrenheicie i Szortalu. Laureatka konkursów Pigmalion Fantastyki 2010 („Kredyt”) i „Science Fiction po polsku 2” w 2013 r. („Dziewczynka ze strychu”), finalistka Horyzontów Wyobraźni 2011 („Cyberdziadek”).
„Nocą wszystkie koty są czarne” to samodzielne opowiadanie będące częścią dłuższej historii o genetycznie modyfikowanych agentach wywiadu.
Gatuneksensacja, SF

Nocą wszystkie koty są czarne

« 1 7 8 9

Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Nocą wszystkie koty są czarne

– Jadę po ciebie – w maleńkiej słuchawce, wczepionej mikropazurkami w przewód słuchowy Kotki, brzęknął głos Dimitrisa. – Przebijam się naokoło, od Keramikos. Znaczy, od zachodu.
– Kto to jest Latifa? – przerwała mu.
– Córka szejka. Ma pięćdziesiąt sześć lat, wyszła za mąż za kuzyna swojej matki, urodziła pięcioro dzieci, najstarszy ma na imię Hassan. Wnuków nie liczyłem. Nie braliśmy jej pod uwagę.
– O, żesz…
– Na początku lat czterdziestych studiowała w Dubaju. – Popović nie była pewna, czy to zakłócenie transmisji, czy Katranidis rzeczywiście zaciął się odrobinę. – Inżynierię oprogramowania.
– Ja pierdolę!
„Matka Hassana! Nie wzięli jej pod uwagę – bo wyszła za mąż. O, wy, sokoły antyfundamentalistycznego wywiadu…”
Z wrażenia ręce ześlizgnęły się Sanji z metalowej barierki i wylądowała na uświnionym miejskim, lepkim kurzem materiale, który zatrzeszczał ostrzegawczo pod jej ciężarem. Sapnęła nerwowo w aż do przesady czujny mikrofon.
– Sanja, co się tam dzieje?!
– Nic. Tylko komuś mało nie urwałam markizy – mruknęła balansując zgrabnie dwa piętra nad uliczką.
– Gdzie jesteś?! Nie widzę cię.
Musieli mieć nad Atenami drona, a Dimitris pruł teraz przez zakorkowane, pełne kręcących się bezładnie pieszych uliczki z taktycznymi soczewkami na oczach, skupiony pewnie bardziej na obrazie z latającej kamery niż realnym otoczeniu. Ale trudno, żeby ją widział, skoro nie miała znacznika.
– Jak będę na dachu, to ci pomacham.
– Ale gdzie ty się pchasz, na jaki dach?! Mam cię odwieźć na Cholargos.
– Jak tu ma być za chwilę strzelanina, to chcę przynajmniej widzieć, w którą stronę uciekać.
– Mam odwieźć Czarną Kotkę na Cholargos. Taki dostałem rozkaz.
– Yhm.
– Sanja!
– No przecież rozumiem. Jak przyjedziesz, to zejdę.
„Zajmij ty się lepiej Umm Hassan, panie szpieg.”
W tym momencie otworzyły się tylne drzwi herbaciarni i do stojącego tam samochodu osobowego wsiadły trzy osoby. Szejka ze swoją ciężką kosztowną torbą, jej kierowca i obok, na przednie siedzenie – jej ochroniarz.
Auto, wymalowane w reklamy lokalu, ale przybrudzone i stare, ruszyło uliczką. Zaparkowano je tak, żeby kierowca nie musiał zawracać, więc jechało teraz – nieprzypadkowo – w stronę Sanji.
Popović przylgnęła do stalowej kolumienki przytrzymującej markizę, jak linoskoczek stawiając w miejscu próbne, drobne kroki na wąskiej barierce balkonu. Z wysokości trzeciego piętra rozglądała się, usiłując wypatrzeć białe suzuki Dimitrisa. Nie widziała stąd gór, a to z jednostki zapewne nadciąga właśnie odsiecz. Wytężyła słuch, ale nie słyszała jeszcze, żeby ponad zgiełk miasta przebił się jakikolwiek niepokojący dźwięk. Była na takiej adrenalinie, że kompletnie zapomniała o migrenie, która zepchnięta gdzieś poza świadomość prawie nie dezorganizowała teraz jej działania.
I kiedy samochód szejki znalazł się tuż pod balkonem – wybiła się daleko w przód i skoczyła.
• • •
Wylądowała kiepsko, boleśnie. Mało nie straciła równowagi i nie zleciała z dachu auta. Jednak nadal miała przewagę nad ochroniarzem – szybszy Koci refleks, instynkt, lepsze szkolenie. Boczna szyba rozprysnęła się, kiedy Sanja strzeliła mężczyźnie w głowę. Samochód skręcił gwałtownie i za drugim razem Kotka chybiła – kierowca dostał w ramię.
Auto zawirowało jak karuzela, Sanja wczepiona kurczowo w dach wisiała głową w dół, zaglądając do środka. Na tylnej kanapie siedziała Umm Hassan, blada, skamieniała. Poruszała bezgłośnie ustami, ale Popović nie była w stanie później sobie przypomnieć, czy rozpoznała choćby parę słów. Może to była modlitwa, a może imiona dzieci, wnuków, męża. Tego Sanja nie umiała odtworzyć.
Na kolanach szejki stało urządzenie, sporo większe od laptopa, wypakowane z torby, bo podłączone kablem do zasilania w aucie. Uszy Kotki świdrował głośny dźwięk wiatraczka chłodzącego. Maszyna pracowała. Na jednym z palców Umm Hassan założono plasterek, jak po skaleczeniu.
Kiedy – kluczowe pytanie. Czy próbka została pobrana dosłownie przed chwilą, w herbaciarni, kiedy Popović wydzwaniała do Dimitrisa, co znaczy, że jest masa czasu, czy może urządzenie analizuje krew już od dawna, dostarczone do rąk szejki w porcie, a nawet jeszcze na morzu. Bo wtedy czasu nie ma w ogóle.
Sanja nie wiedziała, co jeszcze trzeba było zrobić, oprócz zidentyfikowania się jako członek najbliższej rodziny al-Kamalego. Pracowicie zmieniać coś godzinami, wpisać pojedynczą komendę, a może po prostu zadziała to wszystko automatycznie – kiedy krew z krwi szejka, fragmenty jego genów w nowym ciele, uruchomią, jak zza grobu, dzieło jego życia.
Kotka zanurkowała z akrobatyczną, nieludzką zwinnością do wnętrza samochodu. Siłą rozpędu wyrwała urządzenie z zasilania, otwarła drugie drzwi – ale wypadły przez nie obie, Popović i Umm Hassan, która wczepiła się w nią z morderczą determinacją.
„Internet. Odciąć dostęp do sieci, żeby nie mogło się połączyć, kiedy już zaakceptuje próbkę.” To była jedyna myśl, na której teraz skupiła się Popović.
Rąbnęły o asfalt, przetoczyły się po jezdni, Sanję zamroczyło na ułamek sekundy. Maszyna upadła daleko, poza jej zasięgiem. Kotka zerwała się na kolana. Mgliście dotarło do niej, że szejka nie żyje. Szarpiąca się z furią tygrysicy kobieta zwiotczała Sanji w rękach w momencie upadku. Uderzenie w głowę. Nie ma człowieka.
„Spotkanie z Tobą jest prawdą. Ogrody Raju są prawdą i Ogień jest prawdą.”
Popović dopadła urządzenia, które nadal szumiało chłodzącym wiatraczkiem, na rezerwowym zasilaniu.
„Internet.”
Zatrzask baterii wgiął się tak, że nie dało jej się szybko wyjąć. Sanja wyszarpnęła z kieszeni na udzie nóż sprężynowy i metodycznie zmasakrowała delikatne plastikowe klapki, spod których wydłubała chipy pozwalające na dostęp do sieci. Były trzy, nie miała pojęcia, który aktywny. Dopiero potem podważyła wreszcie baterię. Szczęknęło. Szum wiatraczka umilkł.
Kotka, mimo że skoncentrowana na tym, co ważne, wiedziała, że samochód zatrzymał się wreszcie, dość daleko od nich, wpadając na słup ze znakiem drogowym. Kierowca, choć ranny, wrzucił wsteczny bieg, zawrócił i dodał gazu. Wiedziała, że jest coraz bliżej.
Ale miała zadanie. Teraz, kiedy je wykonała – mogła odskoczyć. Pięknym, Kocim susem na prawie pięć metrów z lekkiego wybicia.
Dopiero podnosiła głowę znad urządzenia, oceniając odległość od zbliżającego się samochodu, kiedy rozległ się terkot serii z karabinku maszynowego. W fontannie szkła, krwi i odłamków strzaskanego plastiku osobówka sunęła dalej na pełnej prędkości, już tylko o centymetry od ciała Umm Hassan, prosto na Sanję. Która skoczyła. W bok, poza zasięg bezwładnego już teraz auta.
Tylko, że ten, kto strzelał, z pędzącej przecznicą terenówki, nie zdawał sobie sprawy ani z refleksu, ani z kurczliwości mięśni Kotki. Dla niego wybór był prosty – trzeba było zepchnąć samochód szejki z toru. Więc wpakował się z całą siłą w jego boczne drzwi, swoim małym odkrytym suzuki.
– Jezu, Dimitris!
Kiedy dopadła do niego, żył, oddychał. Leżał nieprzytomny i zakrwawiony na kierownicy, a Sanja, czując, że z żadnego z aut nie wypływa nic, co mogłoby się zapalić, nie miała odwagi nawet poruszyć głową Katranidisa, żeby nie zrobić mu krzywdy. Skoro można poczekać na karetkę.
Zdążyła tylko ocenić, że nie jest potrzebna reanimacja, kiedy zwaliła się na nią odsiecz, z narastającym, trudnym dla Kotki do zniesienia łoskotem dwóch wojskowych helikopterów szorujących prawie brzuchami po dachach kamienic.
Wsparcie w postaci antyterrorystów wdeptało Sanję w asfalt, skuło i wrzuciło jak pakunek do pierwszego wozu, któremu udało się przebić przez korki. W międzyczasie słyszała strzały po drugiej stronie herbaciarni, a kiedy odjeżdżali, daleki sygnał karetki.
• • •
Popović z reguły nie traciła orientacji w terenie, nawet, jeżeli wieziono ją w pozbawionej okien części furgonetki, klucząc w plątaninie miejskich ulic. Kiedy wreszcie, po długim czekaniu, dwóch przesłuchaniach i kolejnym, jeszcze dłuższym czekaniu, dostała z powrotem swój plecak z telefonem i zegarek, nawet nie sprawdziła na nich GPS-a. Była w jednostce na Cholargosie, zresztą gdzie niby indziej miałaby być? Na okręcie podwodnym?
Zamek w drzwiach odblokowano i mogła sobie iść, gdzie chciała. Jeżeli wolała posiedzieć na jednym z dwóch stojących w pomieszczeniu krzeseł, między pustym stołem a lustrem weneckim, to też mogła. Grecy pożegnali się z nią uprzejmie i pognali do pilniejszych obowiązków.
Sanja z trudem wstała. Dopiero teraz, kiedy emocje opadły, okazywało się, co zdążyła sobie pouszkadzać. Kulejąc dowlekła się do umywalki, żeby zmyć z dłoni krew Katranidisa. Jakoś wtedy nie umiała się ograniczyć do obwąchania go, musiała dotknąć i efekt był taki, że upaćkała sobie też nogawki rybaczek, odruchowo wycierając w nie ręce. Krew nie wsiąkła, ale też nie spłynęła, łuszczyła się teraz z wodoodpornego materiału płatek po płatku. Bue.
Popović przy okazji mycia twarzy zimną wodą odnotowała, że rozwaliła sobie łokieć i zrobiła coś w nadgarstek. Usiadła z powrotem na krześle, walcząc z mdłościami. Dziwka migrena. Przyczaiła się, ale teraz jakby coś drapało twarz Sanji od środka stalowymi pazurami.
Kotka zastanawiała się właśnie, co powinna dalej ze sobą zrobić, kiedy z głębi korytarza dobiegły echa grecko-angielskiej awantury przetykanej bluzgami w damskim wykonaniu. Znajomy męski głos usiłował po polsku łagodzić sytuację. Chwilę potem drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wpadła Maja Szymczyk.
Długim susem dopadła Sanji i zaczęła ją obwąchiwać, cała spięta. Rueckner, który wszedł za Majką, szybciej rozpoznał źródło najbardziej niepokojącego zapachu czyli pochodzenie rdzawych zacieków na nogawkach Popović.
– Co się stało z Katranidisem? – spytał.
– Wstrząśnienie mózgu, wybite zęby, złamany nos i rany na nogach. Jest w szpitalu.
Peter spojrzał czujnie.
– Chcesz do niego pojechać?
– Nie – zawahała się. – Raczej nie. Nie róbmy tłumu. Zadzwonię z Warszawy, żeby podziękować.
– Ale co jest z tobą? – wcięła się Lwie Serce. Siedziała w kucki przy Sanji, oparta o jej kolano, i dalej węszyła niespokojnie.
– Nic poważnego, potłukłam się tylko. I chyba mam skręconą kostkę.
Maja skrzywiła się nieufnie. Coś jej nie grało i Popović wiedziała co – za bardzo pachniała kumpelce bólem.
– To głowa. Leki nie zadziałały. – Trudno, żeby miały szansę zadziałać, zważywszy na okoliczności. – I tak mi już dziś nie wolno więcej łyknąć.
Wzruszyła ramionami, zbyt energicznie, bo aż syknęła. Rueckner tymczasem przysiadł na stole i schylił się nad twarzą Sanji. Umm Hassan przeorała jej paznokciami policzek i skroń, zostawiając krwawe szramy. Peter najchętniej potraktowałby je wodą utlenioną, której na szczęście nie miał.
Popović poruszyła głową, delikatnie uwalniając się od zabiegów niewyżytego ratownika.
– Słuchajcie, być może wcale nie chodziło o farmy wiatrowe na Bałtyku. Był tu szef Katranidisa. – Niski, chudy facet po pięćdziesiątce, śmierdzący nadtrawioną kawą i tabletkami na żołądek. – Powiedział, że jedna ze sztucznych inteligencji, przy których pracował kiedyś al-Kamali, obsługuje chłodzenie reaktora elektrowni atomowej na wyspie Olkiluoto u wybrzeży…
– Finlandii. – Majka zerwała się na nogi. – O, jasna cholera.
– Znaleźliście? To urządzenie, które miało identyfikować DNA? – spytał niepewnie Rueckner.
– Rozwaliłam je.
Popović uświadomiła sobie nagle, że jeżeli zmobilizuje się i wróci do mieszkania, to będzie mogła się przebrać i przestanie czuć na sobie zapach szejki. Oraz rannego Dimitrisa. Wstała i zatoczyła się lekko, źle stąpnąwszy. Wysoki Peter umiejętnie ją podtrzymał, a potem ruszyli całkiem sprawnie do wyjścia. Rueckner pachniał słodko, bezpieczeństwem.
– W Nokii sprawdzają drugi raz, czy na pewno tylko to jedno urządzenie zginęło.
– No i?
– Jeszcze liczą – mruknęła Sanja ponuro.
Stali na parkingu przed jednostką. Pod nimi, za murem i drutem kolczastym, między czarnymi zboczami stromych gór a morzem, w nocnym upale, kurzu, duszącej woni spalin i suchych pinii, zasypiały Ateny.
koniec
« 1 7 8 9
21 września 2013

Komentarze

25 IX 2013   22:40:50

Muszę powiedzieć, żeee... podobało mi się, nawet bardzo.
Akcja toczyła się wartko, ale bez zbędnego pośpiechu i w sposób dla mnie przynajmniej nieprzewidywalny. Zakończenie okazało się w pełni satysfakcjonujące i świetnie rozegrane.
A jako piękne dopełnienie, ten śródziemnomorski klimacik.

02 X 2013   13:57:12

Może nie od samego początku mnie wciągnęło, ale potem było coraz lepiej. Całkiem wartka akcja, ciekawie rozwinięta. Sam pomysł wykorzystania modyfikowanych agentów jest frapujący. Koty mają te same zdolności, ale różnią się pod względem osobowości. To sprawia, że każdy z nich ma w sobie coś charakterystycznego tylko dla siebie. Fajnie napisane. Podobało się.

07 X 2013   16:52:47

Musiałem czytać na raty, bo długie:)
Nie zawiodłem się. Wartka akcja, wciągająca historia, choć na początku jest trochę nudnawo. Sam pomysł bardzo dobry.
Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Sin-ra
Anna Sikorska

2 IV 2022

Spróbowała odtworzyć w pamięci ich nieskładną wymianę zdań. Jej biedny, ranny symbiont nie mógł pomóc. Z zapamiętanych fragmentów wywnioskowała, że Gertrand pytał głównie o sin-ra. Wtedy złożyła to na karb ich obcości, faktu, że sami nie posiadali symbiontów, ale teraz…

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Gwiezdne wojny: Padawanka
— Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Gwiezdne wojny: Drapieżnik
— Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Gwiezdne wojny: Szczeniaki
— Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Gwiezdne wojny: Jango i Boba
— Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Gwiezdne wojny: Przed burzą
— Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Gwiezdne wojny: Bliźniaki
— Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Gwiezdne wojny: Obława
— Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Gwiezdne wojny: Światełko
— Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Gwiezdne wojny: Mos Eisley 2000
— Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.