Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Jarosław Księżyk
‹Punkt przywracania›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorJarosław Księżyk
TytułPunkt przywracania
OpisZ wykształcenia informatyk, z zawodu menadżer, z pasji literat i fotograf. Nie akceptuje podziału na ścisłowców i humanistów, który uważa za sztuczny. Według niego, prawdziwa siła tkwi na przecięciu tych dziedzin.
Mieszkaniec Gliwic o śląskich i warszawskich korzeniach. Zakochany w międzywojennej polskiej modernie. Może godzinami dyskutować o historii, futurologii i militariach. Miłośnik motoryzacji i sportów motorowych. Nie ma kota, ale ma żonę, która podziela jego pasje i dopinguje. Lubi ludzi niebanalnych, docenia odwagę i posiadanie własnego zdania. Używa muzyki jak narkotyku. Przy niej pisze, pracuje i odpoczywa. Uwielbia tę nietuzinkową i międzygatunkową.
Pisze prozę niedającą się zakwalifikować do jednego gatunku, na ogół nacechowaną science fiction. Uważa, że dzięki stosowaniu fantastycznego sztafażu łatwiej pokazywać naturę człowieka.
Autor kilkudziesięciu opowiadań. Część z nich ukazała się w ogólnopolskich periodykach oraz antologiach. Obecnie kończy prace nad debiutancką powieścią.
Strona autorska, profil autorski na Facebook.
Gatunekobyczajowa, SF

Punkt przywracania

« 1 2 3 4 5 »

Jarosław Księżyk

Punkt przywracania

Myślę o Agacie. Jak mężczyzna. Wyobrażam ją sobie, jak idziemy na kawę. Jak ukradkiem patrzę na jej nogi, jak zapamiętuję jej uśmiech, jak czytam jej gesty. Jak wracam sam, wolno paląc papierosa, usatysfakcjonowany męską satysfakcją. W tej jedynej dziedzinie moja głowa działa jeszcze dość dobrze. To jest moja brzytwa.
W końcu słyszę dzwonek do drzwi. Minęły trzy kwadranse.
Podglądam ją przez judasza. Adrenalina na chwilę przesłania mi stres z powodu mojego problemu. Coś tam zapomniałem, nieważne! Za to jaka z niej świetna laska. Choć w niczym nie przypomina mojego o niej wyobrażenia. Nie ma też prostych włosów. Jest niską, filigranową blondynką ze ślicznymi lokami, ciekawym noskiem oraz sporą dozą zmęczenia na twarzy. Jest smutna. Ja też jestem smutny. Bądźmy smutni razem. Otwieram drzwi.
– Dzień dobry, pani Agato – mówię dziwnie sztucznie.
– Dzień dobry panu.
– Witek – od razu podaję jej rękę.
Ona ujmuje ją z dziwnym zakłopotaniem. Nie patrzy mi w oczy, unika mojego wzroku.
– Agata – odwzajemnia uścisk, po czym przemyka obok mnie.
Zamykam drzwi, myśląc o naturze świata i zawodności umysłu, czy też jego podrzędnej roli wobec instynktów. Kobieta, która właśnie zdejmuje buty w moim przedpokoju, niczym nie przypomina tej ulepionej przez moją fantazję, przy czym w niczym mi to nie przeszkadza, a jest nawet lepsze. Zupełnie jakbym gdzieś poza granicami rozumu, od pierwszego słowa zapałał do niej sympatią, a jej physis miała drugorzędne znaczenie.
Uśmiecham się do niej, nie wiedząc nawet o czym mówić. Ona nieśmiało odwzajemnia uśmiech, wciąż unikając zderzenia spojrzeń.
Zapraszam ją do saloniku. Proponuję herbatę. Na samo wspomnienie herbaty, żółte szmacisko staje mi przed oczami, powodując ścisk w przełyku.
Jest nieśmiała, zakładam na podstawie krótkiej obserwacji. Poprawia loki, gdy się odwrócę. I patrzy na mnie, gdy ja nie widzę. Kątem oka, ukradkiem.
Nic dziwnego, taki okaz, taki świr. Sam bym patrzył.
Siadamy, a ja zeznaję o szmacianych problemach.
Jestem szalenie zdziwiony tym, że ona nie jest zdziwiona. Może to jakaś znana przypadłość? Może to dla niej rutyna?
Jednym spojrzeniem potrafię wywołać u niej zakłopotanie oraz wypieki na twarzy. Ja też czuję jakieś ciepło wynikające z jej obecności. Człowiek aż chce wskoczyć w kapcie.
Ona wyciąga coś z wielkiego neseseru. Urządzenie, coś jakby elektroniczna sekretarka albo bardziej rozbudowany dyktafon.
Popija herbatę, a potem mówi:
– Musi mi pan zaufać.
Ulatnia się pewność siebie szarmanckiego Witka Podrywackiego. To pytanie zwiastuje wkroczenie na grząski grunt.
Ona bierze mnie za rękę i mówi:
– Stan twojego zdrowia wymaga, abyś mi całkowicie zaufał. Nie możesz się bać ani wstydzić. Nie możesz niczego zatajać ani pomijać. Nie możesz kłamać.
Ty, ty, ty! Bezlitośnie bombarduje mnie tym „ty”, z taką lekkością, z taką śmiałością, jakby mi to mówiła tysięczny raz. Jakby mi mówiła: „Ty znów nie opuściłeś deski.”, „Ty znów zapomniałeś kupić ser w osiedlowym sklepie”. „Ty znów powiesiłeś w niedzielę szmatę na balkonie”.
„Tylko ty mi tu nie kłam, nu nu nu!”
A równocześnie w tym „ty” jest tyle ciepła.
Mniej więcej w tym momencie zdaję sobie sprawę, że choć dalej unika mojego wzroku, to nie ma w niej typowej dla nieznajomych ciekawości, takiej która każe wodzić oczyma po szafach, stolikach i sufitach, poszukując ciekawostek, oceniając czystość, czy odkrywając prawdziwe „ja” gospodarza. Agata nie lustruje otoczenia, nie stawia z nabożnością szklanki na podstawce. Porusza się po moim mieszkaniu z lekkością.
– Najpierw musisz zdać sobie sprawę z twojego stanu. Nie będę ci wszystkiego dokładnie tłumaczyła. Nie teraz, po defragmentacji, dobrze?
– Dobrze. – De-czym?
– Masz wszczepiony taki implant. Jego zadaniem jest pomóc twojemu mózgowi, gdy pojawiają się zaburzenia w przesyle informacji między synapsami.
Niby jej słucham, ale znów ogarnia mnie niepokój. Pamiętam jakby coraz mniej. Chyba po nią zadzwoniłem, prawda?
– Aniu, to ja po ciebie zadzwoniłem, prawda? – pytam z dziecięcą szczerością.
– Nie no, kurwa, ja nie mogę! – nagle wykrzykuje Agata.
Puszcza moją dłoń, wstaje, porywa torebkę, biegnie na balkon.
Skołowany siedzę tak, z dłonią w powietrzu.
Słyszę, jak płacze. Wyciąga fajki, zapala i chlipie.
Wiedziony instynktem wychodzę do niej. Gorąc, szmata w kącie, kobieta na moim balkonie. Kładę jej dłonie na ramionach.
Robi nerwowy ruch, jakby chciała je zrzucić, ale nie zrzuca.
O nic nie pytam, sama mi mówi.
– Czemu nazwałeś mnie Anna?
– Nie wiem, tak jakoś. Musiałem zapomnieć, jak masz na imię. Przepraszam.
– Nic nie rozumiesz! Jak ty bardzo nic nie rozumiesz – wzdycha.
– To akurat się zgadza – przytakuję.
– Słuchaj, musisz współpracować – wydusza z siebie. – To wszystko da się fajnie odkręcić. Już to kiedyś… – urywa zakłopotana.
– Będę – rzucam szybko, bo kłopocze mnie jej zakłopotanie.
– To się nigdy nie skończy. Po co ja się w to wpakowałam…
Wzruszam ramionami, bo co tu mówić.
Agata dopala, wyrzuca niedopałek na szmatę, bierze głęboki wdech. Wracamy i od razu przechodzimy do rzeczy. Ona włącza ten dziwny dyktafon, ja siadam naprzeciw urządzenia.
– Synapsy, mówiłam o synapsach, pamiętasz? – mówi rzeczowo.
– Pamiętam. – To słowo dziwnie brzmi w moich ustach.
– Ten implant miał za zadanie zapobiegać nawrotom choroby. Wychwytywać momenty przejścia i w ten sposób blokować alternatywną jaźń.
Oczywiście! Teraz pamiętam. Nacisnęła jakąś zapadkę u mnie w mózgu. Teraz tym wyraźniej przypominam sobie doktora Wagnera, szpital, kurację, dyskusję na temat nowatorskiego rozwiązania. Tylko kiedy to było, chyba dawno temu?
– Tak, teraz już wiem – przytakuję.
– Wiem, że teraz wiesz – mówi smutnym głosem.
– Co dalej? – dopytuję.
Wreszcie wyławiam jej wzrok. Jest w nim tyle żalu. Mój żal jakby traci na znaczeniu wobec jej żalu. Może zaproszę ją jeszcze kiedyś na herbatę? Już bez szmaty, bez zapominania.
– Dalej… dalej jest to, że implant miewa tendencje do rozsynchronizowania. Zaczyna nie dopuszczać prawidłowych sygnałów, zacierać je, skutkiem czego…
– Niech zgadnę, zapominam co jadłem na śniadanie.
– Właśnie.
– I to jest odwracalne? – pytam z nutą nadziei.
– Tak – przytakuje, ale odwraca głowę.
– Nie? – rzucam z desperacją.
– Tak, tak! – zarzeka się, zmieszana. – Tylko potrzebna jest defragmentacja właśnie. – Wskazuje urządzenie na stole.
Teraz jej wierzę, teraz mam zaufanie. Mój los w ślicznych dłoniach Agaty. To o niebo lepiej niż w rękach przypadku.
– Co mam robić?
– Odpręż się – nasze dłonie znów razem. – Musisz być wyluzowany, musisz mi ufać.
Następnie opowiada coś, aby mi było miło. Coś o tym, że jestem fajnym facetem, inteligentnym, ciekawym, oraz że ze schizofrenią zaimplantowaną z całą pewnością można żyć. Robi ze mnie bohatera, pioniera nowej terapii, która siłą rzeczy musi mieć trudne początki. Dzięki mnie dokona się postęp. Dlatego właśnie należy mi się szacunek. Ona szanuje mnie bardzo.
Czy ja widzę łzę?
– Zgódź się – instruuje Agata, jakby rozchwiana.
A ja czuję, jak coś ciśnie mi się do głowy. Intruz, tak jakby. Siłą rzeczy walczę z nim.
– Zgódź się – naciska Agata.
Z trudem przełamuję opór. Wizualizuję to sobie, jakbym otwierał drzwi. Jakby następowało parowanie bluetootha.
– Dobrze, jestem – mówi ona.
Jest, wiem to. Ktoś wszedł na dni otwarte mojej podświadomości, a teraz buszuje, dotykając eksponatów. Tu przyłoży rękę, tam spojrzy. To przeczyta, tamto odkurzy. Tu wsadzi palec, tam wyrzuci papierek. Tu przysiądzie, tam przeskoczy.
Transparentność boli. Patrzę na nią cielęcym wzrokiem. Ona obdarza mnie matczynym uśmiechem, głaszcząc po włosach.
« 1 2 3 4 5 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Opowieści starego nawigatora: Miasto Słońca
Paweł Wolski

15 I 2022

Tym razem jednak, kiedy na dany mi przez cicerone znak jednym ruchem ściągnąłem z Niespodzianki osłaniające ją płótno, pośród z górą dwóch tysięcy skupionych wokół rezydentów zapanowała absolutna cisza.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Wędrowny Teatr Lalek Jeremium Patajasz
Anna Robak-Reczek

18 XII 2021

Wystarczyło kilka nieznacznych ruchów, i snuła się historia. Młody chwilę patrzył na to, co robi mój towarzysz, a potem, nie odrywając od niego wzroku, wyjął z kangurzej kieszeni bluzy niedużą lalkę. Biedne to stworzenie po przejściach dołączyło nieśmiało do tej, którą trzymał stary. Nie wiem, kto kogo prowadził, ono chłopca, czy on je.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Części zamienne
Bohdan Waszkiewicz

30 X 2021

Na wybiegu dla lwów przebywał mój ulubiony kolega z pracy. Karmił z ręki ufnie podchodzące zwierzęta, coś cichutko do nich mówiąc i szczerząc w uśmiechu nienagannie białe zęby. Nawet pogłaskał po grzywie ogromnego samca, po czym z radością wręczył mu solidny kawał mięsa.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Suicide Blonde
— Jarosław Księżyk

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.