Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 5 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Paweł Wolski
‹Opowieści starego nawigatora: Tylko nie z robotami!›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPaweł Wolski
TytułOpowieści starego nawigatora: Tylko nie z robotami!
OpisPaweł Wolski (pseudonim literacki) – gdynianin urodzony w zamierzchłych latach 60. ubiegłego wieku. Absolwent Dziennikarstwa na UW, dziennikarz ekonomiczny, obecnie analityk. Ulubiony uprawiany rodzaj fantastyki – alterhistoria, dzięki czemu jego „Plan Basior” ukazał się w numerze 9/2019 „Nowej Fantastyki”, zaś „Tańczące w słońcu sosny” zdobyły jedną z nagród w konkursie „Trójkąt sudecki”. Pierwsze z cyklu kilkunastu odrębnych, a gotowych już opowiadań o nawigatorze Snuffie zdobyło wyróżnienie specjalne w konkursie na portalu NF i opublikowane zostało w Antologii NF „Fantastyczne Pióra 2018”. Drugie w kolejności – ukazuje się tu i teraz. Poza pracą, hobbystycznie, historyk pierwszej połowy XX wieku, tłumacz rosyjskiej poezji, wodniak, wędkarz, turysta górski.
Gatunekhumor / satyra, SF

Opowieści starego nawigatora: Tylko nie z robotami!

Paweł Wolski
1 2 3 »
Na potrzeby zwiększonej grawitacji na HD 85512b naukowcy i farmerzy wypracowali miliardową populację nowych, trawożernych ras, muskularnych i niemal bezmózgich pięciotonowców na krótkich, silnych nogach. Poza rozlicznymi zaletami, miały jedną podstawową wadę: bez opamiętania żarły i rosły więc, no cóż… sami rozumiecie. Produkty ich przemiany materii trzeba było nieustannie z tej przemiłej planetki wywozić.

Paweł Wolski

Opowieści starego nawigatora: Tylko nie z robotami!

Na potrzeby zwiększonej grawitacji na HD 85512b naukowcy i farmerzy wypracowali miliardową populację nowych, trawożernych ras, muskularnych i niemal bezmózgich pięciotonowców na krótkich, silnych nogach. Poza rozlicznymi zaletami, miały jedną podstawową wadę: bez opamiętania żarły i rosły więc, no cóż… sami rozumiecie. Produkty ich przemiany materii trzeba było nieustannie z tej przemiłej planetki wywozić.

Paweł Wolski
‹Opowieści starego nawigatora: Tylko nie z robotami!›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPaweł Wolski
TytułOpowieści starego nawigatora: Tylko nie z robotami!
OpisPaweł Wolski (pseudonim literacki) – gdynianin urodzony w zamierzchłych latach 60. ubiegłego wieku. Absolwent Dziennikarstwa na UW, dziennikarz ekonomiczny, obecnie analityk. Ulubiony uprawiany rodzaj fantastyki – alterhistoria, dzięki czemu jego „Plan Basior” ukazał się w numerze 9/2019 „Nowej Fantastyki”, zaś „Tańczące w słońcu sosny” zdobyły jedną z nagród w konkursie „Trójkąt sudecki”. Pierwsze z cyklu kilkunastu odrębnych, a gotowych już opowiadań o nawigatorze Snuffie zdobyło wyróżnienie specjalne w konkursie na portalu NF i opublikowane zostało w Antologii NF „Fantastyczne Pióra 2018”. Drugie w kolejności – ukazuje się tu i teraz. Poza pracą, hobbystycznie, historyk pierwszej połowy XX wieku, tłumacz rosyjskiej poezji, wodniak, wędkarz, turysta górski.
Gatunekhumor / satyra, SF
Długo trwał pionierski okres żeglugi międzygwiezdnej, ale i na nas, kosmicznych starych wilków galaktycznych szlaków, też w końcu przyszła kryska. Wezwany przez zarząd spółki załatwiałem właśnie na Dejmosie jakieś papierowe zaległości, nie pamiętam już – odnowienie licencji, badania okresowe czy aktualizację polisy emerytalnej, kiedy na korytarzu wiodącym przez Dział Kadr Trzeciej Kompanii Transportowej dopadł mnie sam wiceprezes Smithy. Złapał mnie, jak to on tylko potrafi, żelaznym chwytem mocarnego łapska za łokieć i bezceremonialnie wciągnął do swego gabinetu. Takie przaśne nawyki zostały mu z przeszłości, gdy robił na Fobosie za dokera i szefa lokalnego związku zawodowego, dopóki z grupką kumpli nie zainwestował oszczędności życia, wspartych uciułanymi przez lata łapówkami od armatorów, w pierwszy kompanijny drobnicowiec międzygwiezdny, używany trzymilionowiec o wdzięcznym mianie „Chyża Surykatka”.
– Snuff, stary kumplu, świetnie cię widzieć, właź, mamy do pogadania – powiedział, gdy już wrzucił mnie do środka i zamknął drzwi. Rozejrzałem się: w głębokich skórzanych fotelach, dzierżąc w dłoniach szklanice z czymś najwyraźniej wysokoprocentowym, siedzieli główny informatyk spółki, dyrektor HR oraz sam prezes Vranec. Patrzyli na mnie, jak to oni: zimnym taksującym wzrokiem. I wcale mi się to nie podobało. Tym bardziej, że Smithy nawet nie zaproponował mi drinka.
– Co, podwyżka? – spytałem, nie licząc, rzecz jasna, na pozytywną odpowiedź. Na rynku bowiem źle się działo: wchodziły do użytku coraz większe statki, a załogi malały. Dziś nawet drudzy nawigatorzy nie mieli żadnej pewności zatrudnienia, a trzeci od dawna wracali na swoje planety. Na bezterminowe bezpłatne urlopy.
– A do tego awans – ku memu najwyższemu zaskoczeniu odpalił radośnie Smithy – obejmujesz za miesiąc „Susła C”, pierwszego w Kompanii stumilionowca. Nowiuśki, wprost ze stoczni na Io. Cieszysz się, komandorze? – I, jak pozostali szefowie, wbił we mnie te swoje chciwe cwane, korporacyjne oczka.
Taaa, chyba nie muszę wam mówić, jak ja się wtedy uradowałem. Jak purchawka pod obcasem. Jak szprotka w pysku dorsza. Mówię wam, noż po prostu mało nie pękłem z radości! Sęk w tym, że Susły C jeszcze nie zeszły z holoekranów projektantów, a już doprowadziły do generalnego, nieudanego niestety, strajku międzygwiezdnej żeglugi. Dlaczego? Prosta sprawa: zaplanowano je jako pierwsze w Galaktyce bezzałogowce. Ściślej – masowce z ludzkim kapitanem. Wyłącznie. Zamiast żywej załogi, złożonej standardowo z nawigatorów, mechaników, pokładowego sztauera, oficera od kalibrowania Ajki, na Suśle C żywy miał być jedynie dowódca, a i tak przez większość trasy uśpiony w anabiozerze. Sprawujący tym samym niemal czysto nominalny nadzór nad człekokształtnymi robotami, kierowanymi przez swe własne wyspecjalizowane AI. Skutecznie, efektywnie lecz przede wszystkim – TANIO! Dla armatorów wielokrotnie taniej, niż w przypadku w pełni ludzkich załóg. Nazwano to, oczywiście, wielce poprawnie i neutralnie – optymalizacją kosztów osobowych. Jak to w korporacjach. Człowiek w roli dowódcy musiał na razie pozostać, przynajmniej do czasu zmiany przepisów. Inaczej poważny międzygwiezdny fracht zdechłby szybko pod ciężarem wyśrubowanych dodatkowych stawek asekuracyjnych, międzyukładowa wymiana handlowa skurczyłaby się do poziomu sprzed rewolucji energetycznej i wynalezienia taniego napędu nadświetlnego, a Galaktykę ogarnęłyby mroki gospodarczego kryzysu.
Wiem, co sobie o mnie teraz pomyślicie – cholerny łamistrajk! Ale, zrozumcie, choć wcale nie uśmiechało mi się paskudne, przyznaję, bo wbrew interesowi własnego środowiska, torowanie nowych dróg dla w pełni automatycznej żeglugi międzygwiezdnej, bo zdawałem sobie sprawę, że jeśli technologia się sprawdzi, to i na żywych kapitanów popyt spadnie wkrótce do zera, przynajmniej na Wielkim Transgalaktycznym, to jednak… Jednak nie miałem wtedy innego wyjścia. Naprawdę, uwierzcie. Drugi rozwód puścił mnie z torbami, a świeżo spłacony dom na zielonym terraformowanym Marsie przepadł, zagarnięty przez pazerną harpię, udającą przez siedem lat wierną i czułą partnerkę.
Na żonę kosmomarynarza to ona się nie nadawała. Nie dość, że na pokłady kolejnych jednostek musiałem wchodzić bokiem, żeby porożem włazów nie porysować, to oszczędności dwudziestu lat służby poszły się bujać, jej adwokaci zostawili mnie w skarpetkach i z gigantycznymi długami, a kapsułowe hotele w bazach przeładunkowych na Szlaku, podczas coraz dłuższych przerw w zaokrętowaniu, wysysały ze mnie każdego wolnego kredyta.
Zgadliście: zgodziłem się. Cóż miałem robić? Kompanijna wierchuszka doskonale wiedziała, którzy z ich nawigatorów i komandorów są aktualnie szczególnie podatni na propozycje nie do odrzucenia. Doskonale rozumiałem, że faceci w głębokich fotelach tylko czekali na odmowę, żeby wywalić mnie na pysk, jak każdego ze strajkujących, a za drzwiami z niecierpliwością czekali kolejni kandydaci, bardziej podatni na zachęty Smithy’ego. Mnie zaś, po ostatecznym przyziemieniu, pozostawałaby dożywotnia rola pariasa. Z papierami drugiego nawigatora w najlepszym przypadku załapałbym się na dochodzącego instruktora w jakiejś peryferyjnej dziecięcej szkółce pilotażu. Za grosze i w nadgodzinach. Z komornikiem wysysającym ze mnie wszystkie soki. A tak, egzekucja ulegała odroczeniu o parę lat standardowych. Może nawet i o dekadę? Trochę to przecież potrwa, zanim nowe Susły się upowszechnią, w międzyczasie pospłacam długi – tak sobie wtedy myślałem. Wyszczerzyłem więc zęby w udawanym entuzjazmie i powiedziałem to, na co oni wszyscy leniwie czekali. Słowo zmieniające dziewczynę w niewolnicę, młodzieńca w zatyranego płatnika, a niegdyś pełnego marzeń nawigatora galaktycznej Żeglugi Wielkiej w pokornego wykonawcę poleceń wielkich tego świata. Czyli łobuzów i jeszcze większych łobuzów. Nad którymi władzę dzierżą już wyłącznie coraz młodsze kochanki, modni trenerzy oraz najsprawniejsi w galaktyce chirurdzy plastyczni.
• • •
Przez kolejne trzy miesiące uczyłem się nowej „załogi”. Ona zaś – mnie. Z grubsza człekokształtne pałuby odznaczały się grubo ciosanym antropomorfizmem. Zaopatrzone w precyzyjne i silne manipulatory, między sobą różniły się kolorami węgloplastowych powłok: dwaj nawigatorzy byli granatowi, trzej mechanicy jasnoczerwoni, sztauer zielony, a cyberoficer żółty. Obiektywnie oceniając, byli nieludzko sprawni, hiperinteligentni (sztuczną inteligencją, rzecz jasna), szybcy, wydajni i trwali. Po serii testów na symulatorach, kiedy wycisnąłem z nich, ile tylko fabryka im dała, a mnie podpowiedziały wiedza, doświadczenie i wyobraźnia, zacząłem się z żalem przekonywać, że chyba rzeczywiście są nieuniknioną przyszłością mego nieszczęsnego fachu. Owszem, moi podopieczni mieli i słabe strony. Zwłaszcza ich, doprawdy, bezbronna naiwność chwytała za serce. Moje jednak, przyznam wam ze skruchą, zdążyło chyba stwardnieć, bo było na nią odporne. Dlatego tym staranniej szkoliłem indywidualnie wybranych członków zespołu, zwłaszcza cyberoficera. Oraz sztauera. Mieli doprawdy niesamowity potencjał. Spece z Kompanii nie przypuszczali nawet, jak wielki. I wiecie co? Bardzo dobrze!
Kompanijny informatyk powiedział mi, że te roboty, choć mało atrakcyjne wizualnie, ba! – wręcz toporne, są całkowicie nowatorskie. Ich AI, po raz pierwszy w historii tak zaawansowana w autonomicznie poruszających się mechanizmach, zapewniła im nawet samoświadomość, co sprawdzono już przy mnie w teście lustra, przed którym ułożono komplet kosmetyków, wyrobów jubilerskich i tym podobnych fidrygałek. Roboty z Susła C co do jednego najpierw oglądały się w zwierciadle z wyraźnym zaciekawieniem, i to z różnych stron, ewidentnie przy tym pozując, a następnie, jak jeden mąż, zaczęły się indywidualizować i upiększać. Przy czym makijaż za pomocą lakierów w sprayu stanowił zaledwie początek. Na przykład sztauer z miejsca nałożył sobie na „szyję” solidny pozłacany łańcuch, a na „przeguby” gustowne tytanowe bransolety. Cyberoficer – po dość długim przyglądaniu się swej jajowatej łysinie, przykleił na nią na stałe, bo klejem molekularnym, perukę z cienkich miedzianych drucików, dodatkowo włożył, wiszący na podparciu lustra, zielony kabacik, a do kompletu pomalował sobie na czerwono nogi. Od stóp po nabite siłownikami „łydki”, przez co wyglądał trochę jak XIX-wieczny dziedzic w butach do konnej jazdy. Dodatkowo ozdobił opatulone gustownym wdziankiem „ramiona” wyciętymi z aluminium pagonami. Zastanawiające, że poprzestał na stopniu majora.
Cyfrowi nawigatorzy popatrzyli na to z wyraźną zawiścią i poszli na całość: przynitowali sobie do tułowi po kilkanaście zegarków podłożonych pod lustrem przez badaczy – pierwszy z owej parki z przodu, a drugi, nie wiadomo dlaczego, na „plecach”. Natomiast cybermechanicy najpierw coś między sobą zerojedynkowo pomigotali, a następnie ubrali się w robocze ogrodniczki i poowijali nawzajem pasami oraz uchwytami podtrzymującymi podręczne narzędzia. Że niby jednakowo? Ależ skąd – pierwszy wybrał ogrodniczki czarne, drugi zielone, a trzeci tęczowe z dodatkowym wzmocnieniem z tyłu i gustownym serduszkiem na kieszonce zaanektowanej przy okazji damskiej torebki. Podobno zaprogramowano go tak w ramach zachowania urzędowego parytetu zatrudnienia, przeniesionego mechanicznie z ludzi na automaty.
1 2 3 »

Komentarze

11 VII 2021   18:42:02

Świetny styl pisania i te lemowskie klimaty! Muszę pamiętać, żeby za rok nominować do Zajdla.

19 VII 2021   15:50:01

Zajdel murowany.
PS-







Któż w końcu jest odpowiedzialny za załogę i jej doczynania, jak nie pierwszy po … CEO?

26 VII 2021   17:44:42

Dobre!!!

30 VIII 2021   18:50:36

Początek nastawił mnie jakoś nieufnie, ale niepotrzebnie, bo całość jest wyborna.

31 VIII 2021   10:42:13

Bardzo dziękuję Wam za lekturę i przychylny odbiór opowiadania. W pełni gotowych jest już 10 "Nawigatorów". Docelowo ma być 13.
Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Części zamienne
Bohdan Waszkiewicz

30 X 2021

Na wybiegu dla lwów przebywał mój ulubiony kolega z pracy. Karmił z ręki ufnie podchodzące zwierzęta, coś cichutko do nich mówiąc i szczerząc w uśmiechu nienagannie białe zęby. Nawet pogłaskał po grzywie ogromnego samca, po czym z radością wręczył mu solidny kawał mięsa.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:edward.strun@gmail.com'>Edward Strun</a>

Sześć oktaw
Edward Strun

2 X 2021

Nerwowo zerkał na zegarek. Za chwilę Baron zadzwoni zaniepokojony brakiem wieści. Do obowiązków dilera należało zameldowanie szefowi o przebiegu każdej większej transakcji. A zlecenie opiewające na dwie bańki z pewnością do takich należało.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Nawet magia
Tomasz Grysztar

4 IX 2021

Po drugiej stronie tunelu zobaczyła Czarka oplątującego stworzenie całym pękiem korzeni. A potem w magicznym lesie zaczęło dziać się więcej, niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy tam była. Drzewa kołysały się, jakby tańczyły. Z ziemi poderwało się mnóstwo liści i wszystkie zalśniły. Wzleciały setkami, może nawet tysiącami, ale i tak prawie ich nie ubyło na dole.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.