Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 26 maja 2022
w Esensji w Esensjopedii

Anna Jupowicz-Ginalska
‹Dobrymi intencjami to piekło brukują›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Jupowicz-Ginalska
TytułDobrymi intencjami to piekło brukują
OpisAutorka pisze o sobie:
Prywatnie: szczęśliwa mama małego Stasia i równie szczęśliwa żona Jacka. Miłośniczka popkultury, podróży, dobrej kuchni i muzyki (raczej metalowej). Fanka tatuaży i wschodnich sztuk walki.
Zawodowo: specjalista ds. PR z ponad dziesięcioletnim stażem, doktor nauk humanistycznych, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka pierwszego w Polsce podręcznika akademickiego na temat marketingu medialnego oraz wielu artykułów o środkach przekazu. Obecnie pełni funkcję Pełnomocnika Dziekana Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW ds. Promocji.
Gatunekfantasy

Dobrymi intencjami to piekło brukują – część 1

« 1 2 3 4 11 »

Anna Jupowicz-Ginalska

Dobrymi intencjami to piekło brukują – część 1

Morderczyni odchyliła głowę. A jednak to on: śniada cera, wąskie usta, skośne oczy, ciemne i podgolone po bokach włosy, związane w długi, sięgający pasa, ogon.
Lotr. Wysoki, smukły, niemal elfi w swych dystyngowanych, eleganckich ruchach… Stał przed nią i bezczelnie się uśmiechał, taksując ją od stóp do głowy.
– Nic się nie zmieniłaś – powiedział nie bez cienia podziwu. – Minęło tyle lat, a ty nadal jesteś tak samo pocią…
– Też się dobrze trzymasz – przerwała mu, czując dawno zapomnianą falę gorąca. Czyżby się zarumieniła???
– No cóż, to zrozumiałe – odparł, wzruszając ramionami. – JA jestem magiem. Ale ty…? Wzięłaś się za czary?
Nic nie odpowiedziała. Gładko włożyła sztylet do pochwy i rzuciła do pani kapitan:
– Bójek nie będzie. Znamy się.
– To o niczym nie świadczy… – zaszeleściła naga, w złośliwym grymasie odsłaniając długie kły. – Poza tym to nie wszystko. On zabił wija morskiego.
– No i co z tego? – spytał bez namysłu Lotr, nie spuszczając wzroku z Sh’elali. Odwzajemniała mu się tym samym, a po jej twarzy błądził delikatny uśmiech.
– Co z tego?! – Skorpena gniewnie zasyczała i z niewyobrażalną szybkością, grzechocząc i furkocząc, zsunęła się z mostku kapitańskiego.
W okamgnieniu znalazła się tuż obok morderczyni. Za nią podążyli jej podkomendni. Marynarze złowrogo łypali różnokolorowymi oczami, odsłaniali kły i kłapali paszczami.
– Ten wij był tresowany… – wyjaśniła niemiłym tonem. – Prowadził nas przez rafy. Teraz mam nawigację tylko po lewej burcie, wy cholerni ludzie.
Jednooka zerknęła przez ramię. Skłębione opary szarej mgły przecinało raz po raz ciemne, śliskie cielsko olbrzymiego stwora. Nad jego trójkątnym łbem falowała podłużna wypustka skóry, zwieńczona pulsującą nibydiodą. Wij z gracją wychylał się spomiędzy fal, wyskakiwał ponad wodę i wpadał z pluskiem w rozgarnianą toń.
Sh’elala słyszała, że stworzenia wykorzystywano w dalekich, morskich podróżach – szczególnie tam, gdzie kapryśna pogoda utrudniała nawigację lub tam, gdzie kończyła się mapa i rozpoczynało się nieznane. Podobno potwory widziały dźwięk, dzięki czemu omijały wszelakie niebezpieczne przeszkody, takie jak rafy, wodne wiry, dryfujące góry lodowe, a nawet groźne drapieżniki, przy których kraken wydawał się dziecięcą maskotką.
No i właśnie jeden z tych niezwykle pożytecznych wijów morskich został zabity. Niefart.
– Rozumiem, że dojście do Silva Rerum mamy utrudnione? – Sh’elala westchnęła z rezygnacją.
– Pieprzyć to – syknęła naga, a jej gadzie oczy złośliwie się zwęziły. – Znam tę drogę na pamięć.
– To chyba nic się jednak nie stało, co? – spytał zaczepnie mag, beztrosko opierając ręce na biodrach.
– Słuchaj. To, że płacisz za podróż, nie znaczy, że możesz tu się rządzić. Władzę nad statkiem sprawuję JA i jest ona niepodzielna – warknęła pani kapitan, dając znak załodze. Grupka marynarzy w ogólnym podnieceniu najeżyła się dziwnie wyglądającymi ostrzami. Jednooka przysięgłaby, że wśród nich rozpoznaje szczypce, kły i ostre płetwy. – Bez wijów żaden pasażer nie wsiądzie na pokład, choćbym miała mapę wymalowaną na dupie. Takie prawo.
Sh’elala krytycznie spojrzała na nagę i zastanowiła się, gdzie się podział jej tyłek.
– Wij to gwarancja zarobku – syczała kapitan. – A ty bierzesz się nie wiadomo skąd, wymagasz nie wiadomo czego, nadużywasz mojej gościnności i na dodatek zabijasz mi maskotkę. Człowiek. Cały człowiek.
– Czego chcesz? – zapytała Sh’elala, wchodząc Lotrowi w słowo. Nie miała ochoty na pogaduszki czy walkę. Miała ochotę na coś innego.
– Wiem, co się dzieje na zachodzie i południu lądu – prychnęła naga. – Wiem, co robicie z innymi rasami. Mogłabym postąpić tak samo, karmiąc wami dzikie kagonesti. Ale nie zrobię tego, bo muszę kupić drugiego wija.
– Rozumiem – mruknął w końcu Lotr i sięgnął po sakiewkę, przytroczoną do boku. – Dwa tysiące dukatów. Może być? Czy to odpowiednia cena za dotrzymanie umowy, pozostawienie nas w spokoju i brak waszego towarzystwa do końca podróży?
Sh’elala z zaskoczeniem patrzyła raz na złoto, raz na Lotra, raz na nie mniej zdziwioną nagę. Ta jednak szybko ocknęła się i, węsząc dobry interes, wyszczerzyła zęby:
– Kapitan Azzir puszcza w niepamięć nasze niesnaski. – Powiedziawszy to, pochwyciła sakiewkę, jakby ta miała zaraz uciec. Po chwili dorzuciła fałszywie miłym tonem: – I jednocześnie życzy udanego rejsu w kajucie pod naszym pokładem.
Gdy skorpena wróciła na mostek kapitański, Sh’elala spytała na jednym wdechu:
– Oddałeś dwa tysiące dukatów ot tak? Masz osobną kajutę? Zrobili ci pokój na tej łajbie?
– Oddałem. Mam. Zrobili – odparł, odpowiadając zdawkowo na każde pytanie.
– Dobrze ci się powodzi w tym Metakanie, co?
– Nie narzekam – przyznał, wskazując na jej zbroję. – Widzę, że ty także nie głodujesz.
Palce lepkiej mgły otoczyły ich ze wszystkich stron.
– Zimno tu, Sh’elala.
– To prawda. Zimno.
Patrzył jej długo w oko, a kąciki ust drgały mu we frywolnym półuśmiechu. Zgodzi się czy nie? Trzeba się przekonać, bo pomimo upływu lat, nadal rozpalała jego serce żywym ogniem.
– Moja kajuta… Nie ma wielkich wygód, ale jest w niej ciepło – chrząknął. – Chcesz się trochę ogrzać?
Nie namyślała się długo. Tak dawno nie czuła się potrzebna.
– Prowadź, Lotr. Mamy mnóstwo czasu do nadrobienia.
Usłuchał. Wziął ją za rękę i ruszył przed siebie. A ona…
Po prostu z nim poszła. Naprawdę, była zmęczona samotnością. Poza tym… nikt nie zrozumie płatnego mordercy lepiej niż inny płatny morderca.
• • •
Jednooka uwolniła się od poskręcanej pościeli i podeszła do biurka, po drodze odgarniając ubrania, jakie porozrzucali w pożądliwym pośpiechu. Musiała poczekać, by jej nogi przyzwyczaiły się do morskiego chybotania.
Nalała sobie wina, rozglądając się na boki. Pomieszczenie nie było wielkie, meble raczej stare i koślawe: widać stanowiły stałe wyposażenie statku Zimna Aurara. Za to bagaż Lotra… Ech. Magom zawsze się dobrze wiodło. Było jednak widać, że jej przyjaciel miał szczególną żyłkę do interesów i pomnażania majątku.
Niby od niechcenia otworzyła szufladę. Przerzuciła parę papierów, starając się nie obudzić czarodzieja. Nie szukała niczego konkretnego. Właściwie wtykała nos w nie swoje sprawy trochę z nudów, a trochę z zawodowej ostrożności.
Nic tu nie ma. Jakieś zwoje, receptury, pomniejsze kamienie szlachetne, rozpieczętowany list… List?? Hm. To może być interesujące…
Skupiła wzrok, podnosząc elegancki papier. Popiła wina. Pismo było nierówne, pochylone, wszystkie ogonki i daszki liter skręcały w fantazyjnych śrubach, wypełzając na rzędy powyższych i poniższych wyrazów.
Drogi Lotrze!
Nadszedł czas. Ten czas. I chociaż czas nie chodzi, to jednak mija. Jakież to wszystko względne, prawda? To teoria, którą… No nieważne, przecież nie o to tutaj idzie. Ha! Znowu! A może to kwestia doboru czasowników? Heh, to też nieważne. Właściwie wiele rzeczy wydaje się nieważnymi wobec potęgi uniwersum, prawda?
Ale o czym to ja…? Ach tak, o tym. Stary Dyfuzjusz zaczyna już tracić pamięć. No, ma się te swoje lata, oj ma… Jak pisałem wcześniej – przybywaj!! Pora ci się odwdzięczyć, bo widzisz… Czytasz… Rozumiesz… Znowu mi umknął wątek. Mam mały kłopot… Właściwie, to jest on średni, a nawet duży. Spory… No, nie taki jak w…
Wtedy o dziób Zimnej Aurary rozbiła się potężna fala. Mocno zahuśtało, a Sh’elala upuściła dokument na podłogę. Schyliła się, by go podnieść, ale usłyszała:
– Zostaw to.
Obróciła się. Tuż przed nią stał Lotr z nietęgą miną.
– Czy ja czytam twoją korespondencję? – spytał wielce urażony.
– Nie – przyznała, szybko dodając: – Ale tylko dlatego, że żadnej nie mam.
– No tak, zapomniałem. Nikt do ciebie nie pisze – odparował złośliwie, zabierając list. Szepnął zaklęcie, a papier uniósł się i stanął w płomieniach. – To żeby cię nie kusiło – wyjaśnił.
– Nie musiałeś – wzruszyła ramionami. – I tak nie wiadomo, o co tam chodziło. Miałam wrażenie, że autor to wariat. A w ogóle: co to za facet, ten Dyfuzjusz?
« 1 2 3 4 11 »

Komentarze

« 1 2 3 4
12 X 2011   12:14:29

Ja bym chętnie poczytała (artykuł o walkach znaczy), bo to rzecz ciekawa.

A racja - z tym wzorowaniem na filmach. Miałam kiedyś okazję mieć w rękach kawałek "materiału" na kolczugę - zaledwie fragment na część rękawa, a ile to ważyło. Pozwala mi to tylko domyślać się, ile może ważyć cała kolczuga. Miecz też na pewno swoje waży. I tarcza. Tak uzbrojony wojownik raczej nie będzie skakał i wykonywał efektownych manewrów. Itd.
W książkach mnóstwo jest efekciarstwa a - jak mniemam - wszelkie ruchy nadmiarowe w rodzaju piruetów i kopniaków z półobrotu raczej byłyby stratą czasu, energii i wystawianiem się na cios.

« 1 2 3 4

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.