Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 26 lutego 2024
w Esensji w Esensjopedii

Anna Jupowicz-Ginalska
‹Dobrymi intencjami to piekło brukują›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Jupowicz-Ginalska
TytułDobrymi intencjami to piekło brukują
OpisAutorka pisze o sobie:
Prywatnie: szczęśliwa mama małego Stasia i równie szczęśliwa żona Jacka. Miłośniczka popkultury, podróży, dobrej kuchni i muzyki (raczej metalowej). Fanka tatuaży i wschodnich sztuk walki.
Zawodowo: specjalista ds. PR z ponad dziesięcioletnim stażem, doktor nauk humanistycznych, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka pierwszego w Polsce podręcznika akademickiego na temat marketingu medialnego oraz wielu artykułów o środkach przekazu. Obecnie pełni funkcję Pełnomocnika Dziekana Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW ds. Promocji.
Gatunekfantasy

Dobrymi intencjami to piekło brukują – część 1

« 1 3 4 5 6 7 11 »

Anna Jupowicz-Ginalska

Dobrymi intencjami to piekło brukują – część 1

Nikłe światło rozjaśniło gęsty mrok. Mężczyźni równocześnie odwrócili wzrok, próbując przyzwyczaić oczy do migotliwej jasności. Ich kolczyki lekko błysnęły, łapiąc rachityczne płomienie świecy. Zgromadzili się nad przybyszem, wlepiając w niego oczy.
– O. Kolejny.
– No. To jest nas już… Yyy? Ilu?
– Jak to?
– Co ty, liczyć nie umiesz? No w takim stanie to trudno rachować, przyznaję. Więc ja, to raz. Ty, to dwa. Nasz miłosierny, niedoszły wybawca, to trzy. A ten tutaj… – mówca wskazał na wciąż nieprzytomnego nieznajomego – to cztery.
– Wspaniałe towarzystwo – kwaśno skomentował inny z pojmanych. – Ponury lichwiarz, co dał się złapać na oszukiwaniu miejscowych notabli. Niby-mnich, co zamiast uciekać, uniósł się honorem i ruszył nam w sukurs… I jeszcze pijak. Tego to nie ma co opisywać, wystarczy powąchać.
– Zapomniałeś o sobie, żartownisiu z bożej łaski.
– Nie tylko o sobie – rzekł „mnich”. – Było nas pięciu.
– Aż się boję pomyśleć, co robi nasza zguba – odparł „błazen”.
– Szczęśliwie jesteśmy tu bezpieczni – mruknął „oszust” i zgasił ogień. – Dajmy mu wytrzeźwieć. I sobie też, psiakrew. Może „nowy” coś wie…? Trzeba poczekać. Ja tam idę w jego ślady.
– Chcesz się mocniej upić? Ale czym?
– Tobie to już chyba rozum odjęło, albo nie rozumiesz, że twoje żarty śmieszą tylko ciebie. Spać idę, matole.
– Idźcie wszyscy – powiedział „mnich”. – Ja zaś będę modlił się i czuwał, by nasz brat godnie przeżył najbliższą noc.
Pozostali więźniowie obojętnie wzruszyli ramionami.
– Jak tam sobie chcesz. Jeśli o mnie chodzi, to nie poświęciłbym mu ani minuty.
– Ech, bracie. Nie niosąc pomocy to tak, jakbyś nie dbał o siebie – odpalił kaznodzieja.
„Błazen” zaśmiał się w kącie, naciągając koc. Ależ tu było zimno! Podróżny strój kompletnie nie nadawał się do życia w lochach. Przydałoby się coś bardziej stosownego. Kaftan… Rękawice… Futro… Albo czapka niewidka i siedmiomilowe buty.
– A ciebie co tak śmieszy, co? – groźnie warknął „oszust”.
– Nic. Tylko trafność uwagi domorosłego akolity. – Zaczepiony ziewnął głośno. – W kilku słowach uchwycił sedno sprawy. Nawet mi się ta sztuka nie udała, choć w tej sytuacji podział na „ja” i „ty” nie ma żadnego sensu…
– Och, zamknijcie się wreszcie i dajcie mi spać, bo inaczej zemdleję przez ten smród.
– Tego byśmy nie chcieli, prawda? – „Błazen” podłożył ręce pod głowę i rzucił niedbale: – To dobranoc, Soara.
– Dobranoc, Soara – pożegnał się „oszust”. – I tobie też miłych snów, Soara.
– Tak, Soarowie. Dobranoc – szepnął „mnich”.
– Żybrzyb… ble… O…ara… – stęknął pijak i czknął, zapowiadając dalsze reperkusje żołądkowe. „Mnich” na wszelki wypadek nieco się odsunął. Jak się okazało, postąpił całkiem słusznie. „Pijak” przez całą noc dręczył więźniów, zgromadzonych w celi szóstego poziomu podziemnych kazamatów Silva Rerum.
• • •
Burmistrz Henrietta była niewysoka, przysadzista i korpulentna. W trakcie chodzenia kolebała się na boki niczym kaczka. Miała wiecznie zmierzwione czarne włosy i gęste, krzaczaste brwi. Urody nie dodawał jej perkaty nos i opadające w kącikach oczy. Nie dało się też nie zauważyć mocnego, golonego codziennie rano, zarostu.
– Psiajuchy, wypodleńce i parchy zawszone!! – ryknęła, wychyliła kufel miodu i trzasnęła nim o podłogę obszernego tarasu, po którym maszerowała wte i wewte.
Doradcy rozstąpili się na boki i ukryli w cieniu arkad Pałacu Magistratu. Woleli zejść szefowej z drogi. Nieobliczalna burmistrz – wypisz wymaluj krasnoludzica z wyglądu i pochodzenia – nagle zatrzymała się, wlepiając wzrok w bezkresne wody Oceanu Mgielnego.
– Nie naczekamy się długo na flotę Calty, mości panowie. Najpierw padnie Valtana, potem my. A chociaż upuścimy magowi krwi, to i tak w końcu przegramy. Wiecie o tym od samego początku. Lecz zamiast zająć się jak najlepszym przygotowaniem miasta do obrony, wy dopuszczacie do czegoś takiego. By was czerwie w dupy pogryzły.
– Pani burmistrz… – zaczął niepewnie jasnowłosy, niezwykle kobiecy elf. – Sugerowałbym…
– Co mi chcesz poradzić, Tumbalionie, hm? Nakażesz mi spokój i opanowanie, jakie przystoją twej rasie? Oj, do kroćset, zejdź mi lepiej z oczu, bo jak cię pieprznę tym gąsiorkiem…
Napiła się wprost z karafki i ruszyła przed siebie. Za nią, drobnym truchcikiem, posłusznie podreptała szanowna Rada. Henrietta przeszła na drugą stronę tarasu, z którego rozpościerał się widok na starówkę Silva Rerum.
Miasto było olbrzymie. Piękne. Bogate. Słońce ślizgało się po różnokolorowych dachach i przeciskało między licznymi kopułami. Gubiło się w gąszczu murowanych wież i zlodowaciałych piramid. Igrało na ażurowych mostach, krużgankach i balkonach. Sięgało chmur, jednocześnie coraz głębiej wgryzając się w ziemię.
– Ile mamy ofiar? – spytała, wchodząc na stopień, dzięki któremu mogła sięgnąć balustrady tarasu. Oparła brodę o poręcz i zamieniła się w słuch.
– Dwadzieścia jeden na powierzchni, pani burmistrz – śpiesznie wyjaśnił gnom Skolvitz, suchy i poskręcany jak umierająca akacja.
– Kurwa – mruknęła Henrietta. – I jak to możliwe, że dowiaduję się o tym dopiero teraz?!
Odpowiedziała jej cisza, którą znowu przerwał Tumbalion:
– Masz tyle spraw, pani, że nie chcieliśmy…
– Uznaliście zatem, że dwadzieścia jeden ofiar to nic takiego?
– Eee… – zmieszała się Rada.
– A groźba zamieszek? Eksodus mieszkańców? Odpływ taniej siły roboczej? O konsekwencjach waszej opieszałości to już nie pomyśleliście?
– Nasze straże prowadzą śledztwo, w wyniku którego… – wtrącił krasnolud Szepner Bitewny Ryk.
– …ustalono, że wiadomo gówno. Czyli nic, panowie – dokończyła Henrietta, patrząc spode łba na jedną z masywniejszych, niższych wież Silva Rerum. – Niech no zbiorę myśli. Wszystkie morderstwa popełniono na powierzchni?
– Co do jednego, pani. W dodatku wśród zacniejszych mieszkańców… Zrabowano im…
– To mnie już nie obchodzi, Skolvitz – przerwała mu obcesowo. – Mam gdzieś, że jednemu zginął mithril, a innemu kolekcja piaskowych robali. Liczy się tylko jedno. Trzeba złapać sprawcę, zanim zacznie zabijać pod ziemią. Musimy przeciwdziałać histerii, psiamać. Mówiliście jeszcze o więźniach, których wygląd zgadza się z rysopisem zabójcy, tak? Jak to możliwe? Czy to jakaś rodzina? Bracia, kuzyni? Kto to jest, do cholery?!
Obróciła się i litościwie popatrzyła na płaszczących się przed nią doradców.
– Nie odpowiadacie – fuknęła. – Bo nie macie bladego pojęcia, co się dzieje. A tu trzeba działać. Coś robić, podjąć decyzję.
Zatarła potężne, twarde dłonie i w końcu rzekła:
– Skolvitz, zapisz to sobie. Po pierwsze: poproszę o spis gości, którzy przybyli do Silva Rerum w ciągu ostatniego miesiąca. I zrób to raz, dwa, trzy, czyli szybciutko, tak? Po drugie – zawołaj Gestleitera, jest w końcu szefem straży, do kaduka!! I po trzecie: znajdź mi jakiś wolny termin, muszę się z kimś szybko spotkać.
– Pani burmistrz – zaskrzeczał gnom, przeglądając notes. – Do końca tygodnia nie ma ani godzinki…
– To wyciepnij kogoś, na sto tysięcy morskich bałwanów! – ryknęła.
– Tak, tak… – wymamrotał, gryzmoląc coś pośpiesznie na kartce. – A z kim mam zapisać to nowe spotkanie?
Henrietta uśmiechnęła się i mimowolnie skubnęła odrastające wąsy. Nadal spoglądała na ponurą wieżę, której ciemna dachówka szkliła się w południowym słońcu.
– Z Dyfuzjuszem – odparła, a strachliwe westchnienie członków rady kazało jej uwierzyć w to, że podjęła bardzo, ale to bardzo odważną decyzję.
• • •
Siedziała do późna, wczytując się w akta, które dostarczył jej Gestleiter. Szef straży, mieszaniec o elfio-ogrzych korzeniach, wiedzą na temat maga nie wybiegał poza informacje zgromadzone w dokumentach. Zresztą, nie miała mu tego za złe: Dyfuzjusz był tajemniczą personą. Obcowanie z nim zawsze budziło niepokój – czy to przez jego dziwaczny wygląd, czy ekscentryczny sposób bycia, czy nie do końca wyjaśnione okoliczności pojawienia się na wyspie.
Westchnęła i napiła się grogu.
« 1 3 4 5 6 7 11 »

Komentarze

« 1 2 3 4
12 X 2011   12:14:29

Ja bym chętnie poczytała (artykuł o walkach znaczy), bo to rzecz ciekawa.

A racja - z tym wzorowaniem na filmach. Miałam kiedyś okazję mieć w rękach kawałek "materiału" na kolczugę - zaledwie fragment na część rękawa, a ile to ważyło. Pozwala mi to tylko domyślać się, ile może ważyć cała kolczuga. Miecz też na pewno swoje waży. I tarcza. Tak uzbrojony wojownik raczej nie będzie skakał i wykonywał efektownych manewrów. Itd.
W książkach mnóstwo jest efekciarstwa a - jak mniemam - wszelkie ruchy nadmiarowe w rodzaju piruetów i kopniaków z półobrotu raczej byłyby stratą czasu, energii i wystawianiem się na cios.

« 1 2 3 4

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

...ze szkicownika, cz. 9

...ze szkicownika:

...ze szkicownika, cz. 9
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 8
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 7
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 6
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 5
— Jacek Rosiak

Za kulisami autoportretu, cz. 3
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 4
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 3
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 2
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 1
— Jacek Rosiak

Zobacz też

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.