Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Anna Jupowicz-Ginalska
‹Dobrymi intencjami to piekło brukują›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Jupowicz-Ginalska
TytułDobrymi intencjami to piekło brukują
OpisAutorka pisze o sobie:
Prywatnie: szczęśliwa mama małego Stasia i równie szczęśliwa żona Jacka. Miłośniczka popkultury, podróży, dobrej kuchni i muzyki (raczej metalowej). Fanka tatuaży i wschodnich sztuk walki.
Zawodowo: specjalista ds. PR z ponad dziesięcioletnim stażem, doktor nauk humanistycznych, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka pierwszego w Polsce podręcznika akademickiego na temat marketingu medialnego oraz wielu artykułów o środkach przekazu. Obecnie pełni funkcję Pełnomocnika Dziekana Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW ds. Promocji.
Gatunekfantasy

Dobrymi intencjami to piekło brukują – część 1

1 2 3 11 »
Burmistrz Silva Rerum wstała, przeciągnęła się i zeszła z podwyższenia, dzięki któremu mogła zasiadać na swoim ulubionym krześle. Tak jak się spodziewała, noc przyniosła parę odpowiedzi. Odwagi jej nie brakowało. Wszak nie od dziś było wiadomo, że ze wszystkich mężczyzn we władzach Silva Rerum, tylko Henrietta tak naprawdę miała jaja.

Anna Jupowicz-Ginalska

Dobrymi intencjami to piekło brukują – część 1

Burmistrz Silva Rerum wstała, przeciągnęła się i zeszła z podwyższenia, dzięki któremu mogła zasiadać na swoim ulubionym krześle. Tak jak się spodziewała, noc przyniosła parę odpowiedzi. Odwagi jej nie brakowało. Wszak nie od dziś było wiadomo, że ze wszystkich mężczyzn we władzach Silva Rerum, tylko Henrietta tak naprawdę miała jaja.

Anna Jupowicz-Ginalska
‹Dobrymi intencjami to piekło brukują›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAnna Jupowicz-Ginalska
TytułDobrymi intencjami to piekło brukują
OpisAutorka pisze o sobie:
Prywatnie: szczęśliwa mama małego Stasia i równie szczęśliwa żona Jacka. Miłośniczka popkultury, podróży, dobrej kuchni i muzyki (raczej metalowej). Fanka tatuaży i wschodnich sztuk walki.
Zawodowo: specjalista ds. PR z ponad dziesięcioletnim stażem, doktor nauk humanistycznych, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka pierwszego w Polsce podręcznika akademickiego na temat marketingu medialnego oraz wielu artykułów o środkach przekazu. Obecnie pełni funkcję Pełnomocnika Dziekana Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW ds. Promocji.
Gatunekfantasy
Dla Stasia i Jacka – za to, że są.
„Była noc. Nic dziwnego, że kapitan klął jak szewc, gdy płynął przez koralowy las. Zdradzieckie rafy piętrzyły się różnobarwnymi szpicami, sięgając wysoko ponad powierzchnię Oceanu Mgielnego. Z widokiem tym nie równały się ani łagodne, winne wzgórza Volggy, ani pustynie Metakanu, ani Czerwone Pazury w Conanie. Jednak jeżeli obraz koralowcowych labiryntów przyprawił mnie o zawrót głowy, to jak mam opisać wygląd Silva Rerum?
Zadanie to karkołomne i wydawać by się mogło – niewykonalne. Przeto, szanowni Koledzy i szanowne Koleżanki, wybaczcie, że moje słowa nie oddadzą w pełni piękna, jakie wonczas ujrzałem.
Miasto-wyspa dumnie górowało nad zmąconą taflą Oceanu. Kształtem przypominało ogromne jajo, do połowy zanurzone w kipiącej wodzie. Jednak im bliżej ku niemu podpływaliśmy, tym lepiej dało się zauważyć, że wysokie ściany nie są gładkie, a złociste punkciki to nie gwiazdy, a setki migotliwych latarni, świec i lampionów.
Wielokrotnie wzdychałem z zachwytu patrząc na to dzieło (bo tylko tak jestem w stanie nazwać ów gród). Budynki, świątynie, uliczki, skwery – jednym słowem WSZYSTKO – wykuto w litej skale. Przez lata pieczołowicie je kształtowano, żłobiono, polerowano i zdobiono po to, by sprostały gustom wielu ras. Tak więc, drodzy Uczeni, nigdzie indziej nie znajdziecie krasnoludzkich form świątynnych, przemieszanych z elfią sztuką użytkową. Tylko tu gnomie wynalazki udanie sąsiadują z ogrzymi plecionkami z Czasów Przedcaltańskch. Nawet orcze szałasy świetnie komponują się z lodowymi piramidami nag.
Nie mogłem uwierzyć, że eklektyzm wydaje tak znamienite owoce. Dość powiedzieć, że i architektura, i moda, i język są żywymi przykładami na to, że niekiedy wielorasowość pobudza postęp.
Wielu z was nie dawało wiary, że Silva Rerum nadal się rozwija. Otóż, Panie i Panowie, teorię o jego zastoju ekonomicznym możemy uznać za obaloną. Wyspa kwitnie. Niemała w tym zasługa innorasowców, którzy uczynili z niej swój bank. Każda większa ulica ma kantor i komis. Składowane są tam depozyty i oszczędności o wartości dla nas, uczonych, niewyobrażalnej. Nic dziwnego, że do miasta ściągają tłumy, zwabione bogactwem i nadzieją na szybki zysk. Dodam mimochodem, iż hazard i życie nocne są tak samo rozpowszechnione, jak odczyty i konferencje na naszym uniwersytecie.
„Gdzie w takim razie mieszczą się masy przyjezdnych?” – zapytacie. I ja wam odpowiem! Inżynierowie silvarerscy zagarnęli dla mieszkańców nie tylko wnętrze skały, ale także i dno oceanu. Zwiedzałem niekończące się place budowy i powiem jedno – to, co widziałem na powierzchni, można uznać za starówkę miasta, zamieszkiwaną przez turystów i najznamienitszych mieszkańców metropolii. Prawdziwa niespodzianka kryje się kilka kilometrów głębiej. Korytarze, przejścia, uliczki, a nawet kanalizacja zostały wydłubane pod wodą, szanowni zgromadzeni. A chociaż znajdują się tam tylko domy dla biedoty, kazamaty i siedziba straży, to przyznam jedno. Będąc w Silva Rerum, nie sposób nie odwiedzić tego dystryktu.
Podróż do miasta może być oczywiście utrudniona ze względu na izolację wyspy, zarządzoną przez miłościwie nam panującego Evalda II. Niemniej warto podjąć wysiłek i spróbować choć trochę poznać ów niezwykły gród. Przyznam szczerze, że mieszkałem w nim dwa lata, a jednak zdarzało się, że błądziłem pośród nowych, przypadkiem odnalezionych uliczek i dzielnic.
Jak zwykle, zboczyłem nieco z tematu… Przejdźmy więc szybko do szczegółów technicznych, tłumaczących niezwykłą metodę drążenia dna oceanu (…)”
Fragment odczytu Asfodelija Łobozowa,
Przewodniczącego Cesarskiego Towarzystwa Geograficznego.
Konferencja naukowa
„Technologiczna myśl innorasowa: szansa czy zagrożenie? Studium przypadku”,
Uniwersytet w Carnie.
I
Chciał wtedy pomóc, naprawdę. Może miał taki kaprys, a może kierowały nim dobre intencje…?
Obmyślił wszystko dokładnie, niejednokrotnie przeanalizował wyniki badań i ekspertyz. Przez wieki przeprowadził setki eksperymentów, zanim zdecydował się na kolejny i zarazem ostateczny krok. Był pewien sukcesu, inaczej w ogóle by nie zaczynał.
Nie brałby się za ludzi.
Noooo… Na początku wszystko szło zgodnie z planem. Maszyna działała bez zarzutu: mieszała mikstury, dawkowała składniki, obliczała czas, wstrzykiwała ciecze i opary gazowe. Jednym zdaniem: trzymała się ustalonych wytycznych. A potem… Cóż. Coś się popsuło.
Nie wiedział tylko co.
Nie miał możliwości, żeby to sprawdzić, bo – odrzucony wybuchem – walnął plecami o ścianę, zsunął się na zimną, kamienną podłogę i zaczął tracić przytomność.
Zanim zemdlał, pomyślał o trzech rzeczach.
Po pierwsze: „Dzięki bogom, mam pracownię w piwnicy. To znaczy, dzięki mnie, nie bogom, bo ja tu się urządziłem, a nie bogowie urządzili mnie. Cha, cha. Homonimy, w takiej sytuacji, no coś podobnego, serio. Tak czy siak, jestem bezpieczny”.
Po drugie: „Ależ tu bałagan, o ja cię kręcę.”
I po trzecie: „Widzę podwójnie. Nie. Potrójnie. Nie. Poczwórnie. Nie… Ojojoj. Jednak mnie urządzili… Ci, no. Bogowie, psia ich mać”.
Pomyślawszy to, ostatecznie padł bez czucia i znieruchomiał. Kłęby dymu buchały z rozszalałej maszyny i szarymi chmurami napełniały piwnicę. Chwilę potem nachylała się nad nim grupa mężczyzn. Zakaszleli jednocześnie i popatrzyli na siebie z niemałą ciekawością.
– I co z nim zrobimy? – zapytał jeden z nich.
– Zostawmy go – rzekł drugi.
– Uratujmy – powiedział trzeci.
– Zabijmy. I obrabujmy – zaproponował czwarty, schylając się po ostry metalowy fragment, który odleciał ze skomplikowanej maszynerii.
– A ja powiem tak: niech zdecyduje przeznaczenie – odparł piąty, wyciągając z kieszeni monetę. – Orzeł to życie, a reszka: śmierć.
– Rzucaj – szepnął pierwszy.
– Tak, rzucaj – zgodzili się pozostali.
Piąty cisnął pieniądzem w górę. Talar poszybował wysoko, wzbił się pod samo sklepienie i opadł wprost do otwartej dłoni mężczyzny. Ten uśmiechnął się, przełożył go na wierzch dłoni i pokazał wynik towarzyszom.
– Taki los – kiwnął głową czwarty, wyszczerzając nierówne zęby.
II
– Sh’elala? – spytał ktoś niespodziewanie.
– Nie – odparła mrukliwie i natychmiast się uchyliła.
Syczący pocisk fioletowych iskier przemknął tuż obok jej ucha, zostawiając po sobie smrodliwą łunę. Potem poszybował nad burtą i wbił się w gęstą czapę pary, która nakrywała Ocean Mgielny. Dało się jeszcze słyszeć krótki gwizd oraz pełne bólu, syczące jęknięcie.
Tyle.
Znowu zapanowała melancholijna cisza. Przerywały ją miarowe chlupnięcia wody, rozgarnianej przez statek Zimna Aurara.
W odpowiedzi na zaczepkę kobieta wyciągnęła sztylet, skoczyła do tyłu, i – po błyskawicznym obrocie – przystawiła nieznajomemu ostrze do gardła. Mężczyzna zaśmiał się… To znaczy – miała wrażenie, że się zaśmiał. Nosił przecież skórzany hełm, dokładnie zasłaniający twarz. Zresztą, całe jego ciało zakrywała bordowa zbroja, wykonana z surowców najwyższej jakości: skór bazyliszkowych, barwionego mithrilu i turmalinów. To musiało kosztować majątek.
Piwne, bystre oczy mrugnęły z rozbawieniem.
– Masz specyficzne poczucie humoru – rzekła i mocniej przycisnęła mu nóż do krtani.
– A jednak Sh’elala – odparł. – Nikt tak wylewnie nie wita starych znajomych.
Jednooka zmarszczyła brwi. Znajomi…? Chociaż… chwileczkę… ten aksamitny głos… Pamiętała go, choć minęło już tyle lat. Czyżby to był…?
– Pozwolisz? – spytał mężczyzna, unosząc ręce i wskazując za hełm.
W tym samym momencie pani kapitan, nieprzeciętnie rosła skorpena, zerwała się z wygodnego siedziska i ostrzegawczo zagrzechotała ogonem, grożąc wszystkimi sześcioma rękami.
– Żadnych bójek… – wysyczała z silnym valtańskim akcentem, wydłużającym spółgłoski. – Bo wrzucę was do wody.
Na mostku kapitańskim zakotłowało się. Kilku marynarzy o zdecydowanie wodnej proweniencji chwyciło za wymyślne bronie. Czekali na rozkazy skorpeny, a ta najwyraźniej czekała na rozwój wypadków. Zastygła na chwilę, patrząc na dziwaczne przywitanie podróżnych.
– Zgoda – szepnęła Sh’elala i ostrzegła: – Pamiętaj, bez żadnych numerów.
– Jasne. Będę cichy i potulny jak baranek – odpowiedział i wolno rozpiął wiązania hełmu. Potem ściągnął go i spytał: – No i jak?
1 2 3 11 »

Komentarze

« 1 2 3 4 »
05 X 2011   20:38:46

Jeśli i polska, i angielska Wikipedia podaje, że sztylet jest rodzajem noża, to ciekawe, skąd to wzięli... A że w języku potocznym każde z tych słów budzi inne skojarzenia, to insza inszość. Przykład z człowiekiem i istotą jest przerysowany, IMO to bardziej tak, jakby nazwać drożdża grzybem. Większości osób słowo grzyb kojarzy się zupełnie inaczej, co nie zmienia faktu, że drożdże są grzybami :)

Co do walki w zaułku - dwie rany. Najpierw dźgnął w plecy, potem się uchyliła i rozorał ramię. Dalej jest powiedziane, że Sh'elala ma zabandażowany bark i ramię - zakładam, że pierwszy cios był nie do końca celny i się ześliznął po łopatce.

W opisanym uniwersum skorpena jest, jak mniemam, rodzajem nagi, choć to akurat faktycznie jest dość mylące.

06 X 2011   09:26:42

Witajcie, z tej strony autorka.
Dziekuję Wam wszystkim za opinie, za te "na minus" także. Zamieszczony fragment wzbudził sporą dyskusję, to chyba dobrze... Znaczy, że jest czytany, za co również dziękuję.
Czuję się troszkę wywołana do tablicy, więc wyjaśniam:
- tekst był redagowany pieczołowicie i bardzo wnikliwie przez Redakcję. Jedna z uwag Redakcji dotyczyła właśnie słów "morderca/zabójca". Ta wątpliwość pojawia się w Waszych komentarzach. No to tak: Sh'elala jest jednym i drugim. Zazwyczaj zabija za pieniądze, a niekiedy dla własnej, ogromnej zresztą, przyjemności. Kwestia ta zostaje wyjaśniona w innych opowieściach o Sh'elali, ale mam wrażenie, że z tekstu (szczególnie dalszej, jeszcze nieopublikowanej części) to wynika.
- sprawa noża/sztyletu/ostrza, etc. Przyjmuję uwagi, sama miałam zagwozdkę (chociaż twierdzenie o nieudolnych synonimach uważam za nieco krzywdzące). Pomijając Wikipedię, Kopalińskiego etc, zamienne użycie słów służyło uniknięciu błędów stylistycznych. Oczywiście, mogłabym pisać zamiast sztyletu: stiletto, albo wrzucać całe fachowe objaśnienie terminu, ale byłoby to co najmniej pretensjonalne. Będę więc broniła tego fragmentu przed wszelakimi purystami.
- naga/skorpena - tak, faktycznie: skorpena jest rodzajem nagi (takim, hm... bardziej "uzbrojonym"), ale być może powinnam pozostać przy samej nadze. Rzeczywiście byłoby wtedy jaśniej.
- walka w zaułku - w samym zamierzeniu nie miała być ani rozbudowana, ani szczególnie ekwilibrystyczna. Chodziło o brutalność, nerwowość, brak obopólnej litości. Mam nadzieję, że pojedynek w ostatniej części tekstu bardziej przypadnie Wam do gustu. :) I, jak pisze Ignite, Sh'elala otrzymała dwie rany, z czego jedna była właśnie takim "śliźnięciem".
Byłabym także wdzięczna za komentarze dotyczące nie tylko przysłowiowego noża :), ale także pomysłu jako takiego. Stronę językową zawsze można dopracowywać, cyzelować, dopieszczać, a z pomysłami jest, jak jest: albo się je ma, albo i nie.
Pozdrawiam wszystkich i dziękuję za czas, poświęcony na "Dobre intencje".
PS. I taka malutka uwaga: absolutnie nie jestem dziennikarzem (a raczej: dziennikarką). :)

06 X 2011   17:38:41

Skoro prosisz. To co zostało tu zaprezentowane to nie jest wstęp ani pierwszy rozdział. To nawet nie jest spójna całość to jest szkielet czegoś co po włożeniu pracy może być czytelne. Problem konstrukcji postaci, gubienie się w osobie narratora. Słowa, które dobierasz do opisania poszczególnych scen powodują zagmatwanie i rozmazanie sytuacji. Dobrym przykładem jest właśnie skorpena. Założyłaś, że czytelnik zna źródło pochodzenia tego słowa czyli jak na mój gust polska wersję gry HoM&M. Niestety ta nazwa nie jest tak spopularyzowana, żeby można jej było używać bez wyjaśnienia. Często w twoich opisach jest przerost formy nad treścią co powoduje, że sceny które mają być dynamiczne zostają bardzo "zwolnione".

Opisując bohaterkę dajesz do jej monologu wewnętrznego określenie "morderczyni" tłumacząc, że oprócz bycia płatnym zabójcą zabijanie sprawia jej radość. Po pierwsze odnosisz się do czegoś co może lecz niekoniecznie będzie opisane w przyszłości lub do opowiadań, których czytelnik wcale nie musi znać. Po drugie jeżeli zabijanie sprawia jej ogromną przyjemność to taką osoba nie nazwie się morderczynią ponieważ dla niej nie jest to popełnienie morderstwa, a jedynie zaspokojenie jej wewnętrznej potrzeby.

Sztywne trzymanie się utartego schematu, że nazw nie należy powtarzać doprowadzą do wymyślania coraz to większych udziwnień. Zamiast na siłę szukać synonimów należałoby przeredagować scenę tak aby konieczność użycia danej nazwy nie było konieczne.

Co do samej walki tu nie chodzi o ilość dziwnych ruchów jakie umieścisz w opisie, a właśnie o emocję. Tutaj ich po prostu brak. Co więcej opisujesz napastnika jako osobę która potrafi dobrze (a nawet bardzo dobrze ) walczyć sztyletem po czym gdy tego potrzebujesz gość popełnia szkolne błędy. To znikające trafienie w plecy należało opisać jeżeli nie trafiło. W tej formie wygląda to tak trafił i poprawił. Co więcej skoro jest dobry w tym co robi dlaczego czytelnik ma zakładać, że celował w górną część pleców, a nie w dolną (np okolice nerek) znacznie lepszy cel. Dalej trafiona bohaterka zachowuje się jak postać z rpg-a krzyknęła, straciła kilka hp-ów ale właściwie nie miało to większego znaczenia na dalszą walkę. Wprawdzie na zakończenie walki mdleje, ale nawet tutaj nie wiemy czy przez wycieczenie walką, upływ krwi czy niedotlenienie spowodowane duszeniem.

Ten fragment natomiast jest całkowicie nieczytelny. Czegoś jest tutaj za dużo i powstaje potworek.
"W końcu postanowiła postawić wszystko na jedną kartę. Wykonała kolejny unik, a potem nagle zmieniła kierunek, wyprowadzając bandytę w pole. Zmyliła go co do kierunku swojej obrony."

Dodatkowo w momencie pokonania przeciwnika bohaterka (morderczyni/zabójczyni) zaczyna się zastanawiać czy ma zabić napastnika. Co w takim momencie podpowiada jej wyszkolenie ?

O pomyśle można porozmawiać w chwili gdy da się go zobaczyć. Na razie pomysł (nawet jeżeli najlepszy na świecie) ginie przykryty przez opisane powyżej niezręczności.

Całość jest tylko i wyłącznie moją opinią i nikogo nie mam zamiaru na siłę przekonywać co do jej racji.

06 X 2011   21:24:24

moim zdaniem zwyczajnie się czepiasz i tyle. próbujesz zjadliwie i totalnie skrytykować tekst, który czyta się dobrze i płynnie. ale anonimowo to tak kazdy potrafi. myślę, ze większość ludzi nawet nie zwraca uwagi na te "wielkie błędy", bo dla nich po prostu wielkie nie są (i czy naprawde tak biją po oczach? nie sądzę). tak, bronię fragmentu, bo mi się podoba. to tez moja opinia i tez nie zamierzam jej zmieniac. kto wie, może w jakimś wydawnictwie czeka na ciebie posada redaktora..?

06 X 2011   22:04:23

witam.
jako typowy czytelnik fantasy (a przeczytałem w życiu kilka książek) zastanawiam się nad intencjami ww. wypowiedzi. Ja czytam dla przyjemności i frajdy jaką daje tem gatunek. A przyznać muszę, że oppwiadanie jest ciekawe i pozwala rozruszać wyobraźnię. W dodatku (jako że, jak wspominałem kilka książek mam za sobą) nie budzą mojej frustracji nowe nazwy (a raczej nie nowe ale rzadko używane) ani też nie muszę sięgać do warstwy słowotwórczej aby cieszyć się opowiadaniem.
Podsumowując- dziękuję autorce, czekam na kolejne części i niech się Pani nie przejmuje wypowiedziami "znawców" - oni zawsze mają największą frajdę gdy po napisaniu epistoł mogą obetrzeć sobie jad z kącików ust :-))

11 X 2011   10:54:36

A ja akurat uwagi rozumiem.
Nie sa jadowite (w moim mniemaniu) a dosc konkretnie punktują co nie pasuje czytelnikowi. Nie sadzę też żeby obrażały autorkę (nie zauważyłem ani obraźliwych słów, ani takiegoż kierunku). Nie sądzę zresztą, zeby jakikolwiek autor był urażony, że ktoś ma uwagi bo to pomaga w rozwoju.

Natomiast widzę tutaj charakterystyczną postawę "Jeśli ktoś ma inne zdanie ode mnie to znaczy, że jest jadowitym malkontentem/kumplem autora (zaleznie czy "inne" oznacza lepsze czy gorsze)".

Jak rozumiem Asd nie nakazał nikomu nie czytac tekstu i nie uzył swojej rozległej sieci kontaktów sieciowych/wydawniczych/politycznych w kraju i za granica, żeby załatwić autorce wilczy bilet do serc czytelników.

Sam mam książki, które dobrze mi się czyta mimo tego, że pewne ich elementy mogłyby być napisane lepiej. Co jednak nie znaczy, ze nie byłoby fajnie gdyby faktycznie napisano je lepiej. Tymczasem, jak rozumiem, uwagi na plus - jak najbardziej, uwagi na minus - no proszę, co za łotr.

I nie mówię tu o autorce, która najwyraźniej intencje Asd (a - tuszę - także moje) zrozumiała.

Piszę to jako typowy czytelnik fantasy, który również pewną liczbę książek ma przeczytane.

11 X 2011   13:33:51

a mnie się tam podoba :D

11 X 2011   15:35:07

Co do uwag Asd uważam, że są z gatunku konstruktywnych, na pewno zaś nie niegrzecznie.

Będę miała więcej czasu to przeczytam samo opowiadanie (poza tym moja niechęć do czytania z komputera nadal wygrywa z ciekawością)

A opisywanie walk rzecz trudna. Nieraz zastanawiałam się nad tym tematem tj. na ile niezbędne jest tutaj doświadczenie własne (w rodzaju uczestnictwa choćby w jakimś pokazie, nie każdy ma czas i możliwości należeć do bractwa rycerskiego). W bardzo wielu książkach te kwestie kuleją.

11 X 2011   18:29:37

Opis dobrej walki oczywiście jest trudny i nikt nie wymaga od autorów cudów. Jednakże największym błędem jaki popełniają jest chęć odwzorowania walki z jakim stykają się w filmie lub grach komputerowych. Niestety nie tędy droga. W kinie walka ma wyglądać efektownie. W książkach taki zabieg jest karkołomny i prowadzi często do wsadzania w opisy walk mnóstwa dziwnych wyrazów często bez znajomości ich znaczenia. Z drugiej strony rozumiem, że opisanie prawdziwej walki, która trwa mniej więcej 10 sekund może nie być atrakcyjne dla czytelników. Wymagany jest złoty środek. Z czym warto się zapoznać to przede wszystkim słownictwo używane w szermierce. Poznać parametry broni która, będzie bohater walczył. Niekoniecznie zapisywać się do bractw ale pogadać z nimi a na pewno pozwolą zaznajomić się i poczuć w ręce daną broń.
O walce, pojedynkach i broni można by napisać ciekawy artykuł, który byłby pomocny autorom w kreacji tych scen. Nie wiem tylko czy np. ten portal byłby zainteresowany takim tekstem.

11 X 2011   19:09:12

Raczej się nie dowiesz, dopóki nie napiszesz i nie prześlesz ;-)

« 1 2 3 4 »

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.