Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 lutego 2024
w Esensji w Esensjopedii

Krzysztof Bartnicki
‹Morbus Sacer›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKrzysztof Bartnicki
TytułMorbus Sacer
OpisKrzysztof Bartnicki, rocznik ’71. Humanoid, anglista. Aerobiont, czekoladożerca, whiskyfil. Pracuje w Katowicach, ale sterem (marzeń) orientuje się na Wrocław. Rodzinnie zdyscyplinowany: jednokroć żonaty, dwakroć dzieciaty, po trzykroć szczęśliwy. Z utęsknieniem czeka krzyżówki Joyce’a z Dukajem. Póki co, sam goni własny ogon w zwodliwych kazamatach Logorei.
GatunekSF

Morbus Sacer, cz. 3

« 1 2 3 4 5 10 »

Krzysztof Bartnicki

Morbus Sacer, cz. 3

(„Zabiję cię!”, myślę z taką siłą, że Gość cofa się za Szarego Fraktala, bo brzmię bardzo prawdziwie, do brata diabła.)
– Nie, nie zabijesz mojej siostry - mówi sucho Szary Fraktal a ja nieruchomieję, ruchomieję, przepuszczam bokiem.
– Nie baw się tak ze mną - myślę cicho, oddycham głośno. - Dobrze wiemy, że to nie może być prawda. Nigdy, nigdy nie wspomniałeś, że…Nie, nie. Lepiej zajmijmy się moimi sprawami. No wiesz, Beata stoi na drodze. Musisz mi pomóc.
– Nie zabijesz mojej kochanki - dodaje Szary Fraktal kolumbarium, lodowato, późną szkocką jesienią wedle Loch Awe.
Między nami zapada ścisza, jakiej nie zaznał żaden z grobów, żadna z głuchoniemych armii, żaden pień Yggdrasila. Szary zmienił się w muszlę, tak mi się zdało. Bywało dość, ham, ciemno. Chcąc, może nie chcąc, przystawiam do niego ucho.
– Siostry i kochanki - powtarza, aby upewnić mnie, że tym razem niczego nie śniłem. - Rozumiesz wyraz pierwszy, drugi znasz. Cóż mam ci pomyśleć?…Jeśli ją przegonisz precz, nie odejdę, bo przysięgałem tkwić przy tobie, ale nie licz wtedy na szczególny mój zapał we współpracy. A, co słusznie podjąłeś, Beata stoi na drodze. Od ciebie teraz zależy czy stoi nam czy wyłącznie tobie.
(Do pokoju wchodzi mama, rozgląda się, poprawia siwe włosy; taka moda: wszystkie starsze matki farbują włosy na siwo.
– Ciemno tu a ty z jakąś muszlą przy uchu… - mówi, nie reaguję, pyta: - Chcesz wiedzieć, co ostatnio czytałam?
– Chcę. - Trzymam Szarego mocno, żeby nie przeistoczył się w coś nienamiejscowego, a drży cały, bo wyczuwa książkę, zapalam boczne światło, przy fotelu. Mama siada, unosi okładkę przed sobą jak Mojżesz kamienną tablicę, tak, bym mógł odczytać tytuł: „List Jen-Tsy do księcia King w sprawie poezji i snu”. Jen-Tsy nigdy tego nie napisał. Mama napisała ten list. Nieświadomie. Wierzy, że jej książki same pojawiają się w mieszkaniu. Po wylewie poczuła imperatyw, aby tworzyć fikcyjne dzieła innych autorów. Ponad połowa pozycji w naszej bibliotece domowej jest autorstwa mamy. Uzbrojonej w te dzisiejsze nowoczesne mikro makro beta fiki miki, wydanie czegoś nie sprawia problemu. Zaczynam już gubić się między fałszywkami i autentykami. Apokryfy, adaptacje, reedycje. Po skończeniu utworu przychodzi, bym dokonał sprawiedliwej oceny Platona czy Lautréamonta. - Czytaj, proszę.
– Szacowny książę - zaczyna mama, - odpowiem na pytanie, jakie mi zadałeś, który przywiał mi przeszłej nocy północny wiatr. Pytasz, książę, dlaczego głoszę publicznie, że dobremu rzemieślnikowi czoło objaśnia płomień losu lepszy niźli ten, który wieńczy skroń geniusza? Zważ więc to, książę, co przyjdzie ci tym łatwiej, że sam jesteś poetą, dlaczego moje słowa są słuszne. Co potrzeba geniuszowi, aby stworzył dzieło wielkie, które potomni zachowują w swoich skarbcach i pierwsze z nich wynoszą, wskroś popłochu, przed groźbą ognia czy pożogą najeźdźcy szturmującego zamek? Muszą błogosławić mu Najwyższe Istoty, które zgodzą się podzielić z nim natchnieniem. Dzieło piękne, nieśmiertelne geniusz stworzy w trudzie, przygryzając wargi nad każdym jego znakiem, każdym machnięciem pędzla i wachlarza, a dzieło ukończąc jest szczęśliwy lecz zmęczony tak, że nieprędko po czemu innemu się pokwapi. O książę, bez błogosławieństwa, o którym ci piszę, na nic zdałyby się najlepsze przybory i najżarliwsze chęci. A teraz rzemieślnik: ten, który po modelu pagody zbuduje identyczną; widząc czarę herbacianą, równie piękną w piecu umie wypalić. A jeżeli mu do poezji przyjdzie, starczy trudu wyuczonego przez lata, i weźmie owy cudowne dzieło geniusza i przełoży je na dialekt innej prowincji (uwaga, książę) a nie trzeba mu będzie przyzwolenia Najwyższych Istot, bo czym innym jest rozdawana przez nich sztuka, czym innym to rzemiosło, które zależy wyłącznie od cierpliwości i wieku tego, kto zechciał stać się mistrzem. Bo czy łatwiej było ci, książę, wymyślić styl szponu tygrysa czy też pojąć wyśmienicie taniec stylu modliszki, który już wcześniej ułożono? I znowu rzemieślnik: jeżeli dobry jest w swej umiejętności i przetłumaczy wielkie dzieło, to i tłumaczenie stanie się wielkim dziełem innego języka, i je pieścić będą ostrożne ręce, opisywać słowa posiadacza pełne dumy i obejmować chron przed wrogiem. Tu rozstrzygnij, książę, czy lepiej jest tworzyć temu, kto musi kłaniać się bogom, wypalać trociczki, stawać w świątyniach, aby stworzyć wielkość - czy temu, kto wielkość stworzy ale zdany tylko na własne siły i pogodę ducha?
– Ładne, mamo - mówię gdy kończy. - Ale nic nie usłyszałem o śnie wymienionym w tytule.
– Bo tego jeszcze nie przeczytałam - mówi mama. - Teraz ty opowiedz mi coś w zamian.
– Dobrze. - Kiwam głową, przymykam oczy, raz czy dwa potrząsam muszlą: „Słuchaj, Szary! I każ siostrze słuchać!” - To będzie krótka legenda Indian Nawaho. „Dawno, przed wiekami jeszcze i listami do książąt Orientu, żył bóg Begodichi. A był on dwupłciowy, więc wiodąc wyznawców, których zwano Ludem Motyli, dawał im dzieci jakie chcieli. Lecz nadszedł czas, że musiał ów bóg opuścić ich dla chmur, rzeczek i drzew, skoro zbliżały się czasy, co nie znały litości dla starszych wierzeń. Przed odejściem Begodichi zebrał swój lud i tak mu powiedział: „Zwą was Motylami, bo piękni jesteście i lotni jesteście. Ten dar wam zostawię lecz nie odpowiedź co z nim uczynić.” A wśród żałosnych jęków i pobić w bębny bóg ich odszedł. Lud Motyli znalazł miejsce spoczynku w pobliżu innych ludów od innych bóstw przywiedzionych, lecz wydawały im się tamte ludy nieokrzesane i brzydkie. A że zabrakło nasienia boga, tak powiadali między sobą: „Musimy małżonków szukać za plemieniem albo w klanie piękno nasze zatrzymać i nie strwonić go na obcych.” I tak zdecydowali, że pojmował brat siostrę i miał z nią potomstwo. A dzieci, które się rodziły wyrastały na szaleńców i padały w konwulsjach i mękach a pianę toczyły z ust. Zabito znowu w żałobne bębny i Begodichi przybył na ich wezwanie, by rzec: „Wybraliście więc tak a nie inaczej, i wybór sam się okupuje waszym potomstwem. Będą te dzieci latać, bo też są z Motyli, ale nie znajdą znaku o czasie, kiedy upadną bez czucia a z drżeniem ciała wielkim. Dlatego od teraz zwać się powinniście Ćmami, bo jak ćmy w ogień padać wam przyjdzie.” A sąsiednie plemiona miały odtąd w pogardzie Ćmy i ich szaleństwo.
„Czy to znaczy, że mnie akceptujesz?”, pyta Gość Szarego Fraktala. Objawia się jako światło przy fotelu, poznaję.
„To znaczy, że potrzebuję pomocy twojego brata męża”, myślę jej, „choć bardzo sobą za nią gardzę.”
– Dziękuję - mówi mama i odchodzi powoli a muszla powtarza niczym echo: „Dziękuję. - Teraz chętnie ci pomożemy.”)
Przymykam oczy. Mój ojciec pojawia się za skórką powiek i przemawia, odziany w liturgiczne szaty wtórej Thelemy:
– Nie wyciągaj fałszywych wniosków. Czyż miały Motyle dzielić się z innymi klanami czy kroczyć samotnie? Zwątpiłeś w nie, ponieważ wybrały Szatana? A tak, a tak, Szatan ze swej natury kroczy samotnie, nie zdając do siebie przystępu.
– Mylisz się. To Bóg kroczy samotnie. Jego trzy współ-istotności nie zwiodą mnie.
– Mylisz się. Oto jest i Ojciec, który jest umysłem, i Duch, który jest z umysłu myślą, i Syn, który jest z myśli słowem: to odmienne byty. A kto obok nich jest Lustrem, czyli jakie jest ze słowa znaczenie, to powinno cię interesować.
– Mylisz się - powiadam do dozownika z płynnym stakka bo, który przedostaje mi się w żyły słodkim nieporozumieniem. Zasypiam we śnie i śni mi się, że nie zasypiam; źle się z tym czuję. Dodaję więcej stakka bo do paleniska, ham, do krwi.
• • •
Szymon zgodził się z moją oceną sytuacji. Czas na duet przeciw Beacie. Nie ma sensu zwracać się o pomoc do Promotora: jest pod urokiem wiedźmy. A Grzegorza pomijamy, bo on nigdy z nikim nie wejdzie w sojusze.
– Niedługo suka zacznie odkrywać nasze zamiary nim zdołamy je określić! - gorączkuje się Szymon. - A wiesz, że uśpiła mnie niedawno i grzebała w aparaturze. Niby zero odcisków, autozapis skasowany, ale wiem, że to była ona!
– Co powiesz o zesłaniu ducha? - Zastukam palcem w prawe ucho; znak zadumania. - To wówczas języki na krótko stały się wymienialne. Może znajdziemy tam język tego Irlandczyka i skrzywimy go? Wiedźma zgubiłaby rezon?
– Dobry pomysł - mówi Szymek i łapie mnie za ramię. - Ale pamiętasz, coś za coś: ja udostępniam sprzęt, ty przebierasz się za kogo trzeba. Znasz sukę lepiej, później cię odkryje, wiesz w co ją grzmocić. O ile tam jest.
– Czego nie dowiemy się bez próby - chrząkam. - Odpalaj symulator, czas wchodzić do komory.
« 1 2 3 4 5 10 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

...ze szkicownika, cz. 9

...ze szkicownika:

...ze szkicownika, cz. 9
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 8
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 7
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 6
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 5
— Jacek Rosiak

Za kulisami autoportretu, cz. 3
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 4
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 3
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 2
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 1
— Jacek Rosiak

Zobacz też

Z tego cyklu

Morbus Sacer, cz. 5
— Krzysztof Bartnicki

Morbus Sacer, cz. 4
— Krzysztof Bartnicki

Morbus Sacer, cz. 2
— Krzysztof Bartnicki

Morbus Sacer, cz. 1
— Krzysztof Bartnicki

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.