Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 czerwca 2024
w Esensji w Esensjopedii

Krzysztof Bartnicki
‹Morbus Sacer›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKrzysztof Bartnicki
TytułMorbus Sacer
OpisKrzysztof Bartnicki, rocznik ’71. Humanoid, anglista. Aerobiont, czekoladożerca, whiskyfil. Pracuje w Katowicach, ale sterem (marzeń) orientuje się na Wrocław. Rodzinnie zdyscyplinowany: jednokroć żonaty, dwakroć dzieciaty, po trzykroć szczęśliwy. Z utęsknieniem czeka krzyżówki Joyce’a z Dukajem. Póki co, sam goni własny ogon w zwodliwych kazamatach Logorei.
GatunekSF

Morbus Sacer, cz. 5

1 2 3 10 »
Cieknę potasem. Byłbym milion razy wolniejszy aniż zwykły sygnał elektryczny, akson nie przewodzi za dobrze. Ładunek myśli zanikłby na odcinku jednego, dwóch milimetrów. By szybko pokonać sześć centymetrów ham musiałbym tak często powtarzać mój potencjał czynnościowy, ham, że raport zastrajkowałby, przeciążony przeliczeniami.

Krzysztof Bartnicki

Morbus Sacer, cz. 5

Cieknę potasem. Byłbym milion razy wolniejszy aniż zwykły sygnał elektryczny, akson nie przewodzi za dobrze. Ładunek myśli zanikłby na odcinku jednego, dwóch milimetrów. By szybko pokonać sześć centymetrów ham musiałbym tak często powtarzać mój potencjał czynnościowy, ham, że raport zastrajkowałby, przeciążony przeliczeniami.

Krzysztof Bartnicki
‹Morbus Sacer›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKrzysztof Bartnicki
TytułMorbus Sacer
OpisKrzysztof Bartnicki, rocznik ’71. Humanoid, anglista. Aerobiont, czekoladożerca, whiskyfil. Pracuje w Katowicach, ale sterem (marzeń) orientuje się na Wrocław. Rodzinnie zdyscyplinowany: jednokroć żonaty, dwakroć dzieciaty, po trzykroć szczęśliwy. Z utęsknieniem czeka krzyżówki Joyce’a z Dukajem. Póki co, sam goni własny ogon w zwodliwych kazamatach Logorei.
GatunekSF
• • •
Od dłuższego czasu hołduję pękatej butli whisky z piorunami na etykiecie. „SS” Sobieski Stuart, osiemdziesięciowoltowe, słodowe dziecko złączonych fuzją gorzelni, których menedżerowie odszukali w prahistorii wspólnotę królewskich familii. Raczej gorzki mezalians, ale tani i błyskawicznie rozgrzewa serce czy co kto tam ma. Kochanka, która słucha i jest cicho. Prócz kochanki obok mnie na pewno matka i może bóg, skoro mówią że bóg jest obecny w kościele. No właśnie siedzimy w kościele. Pustym, ham, bokiem do ołtarza.
– Od tak dawna nie było cię w domu… – skarży się szeptem mama. W kościele ludzie szepczą, jak gdyby dźwięczny głos mógł przyciągnąć uwagę niewidomych demonów pokrytych przy spowiednicach. – Somma niczego nie pokazuje wyraźnie ale wydaje mi się, że ona tęskni za tobą.
A przecież jestem w pokoju obok, zabarykadowany witryną NCM, przecież nie opuszczam holo, o, nawet teraz w realnym świecie od siostry dzieli mnie ścianka działowa. Ham. Lecz nie znajduję się w rzeczywistym świecie. Jestem w VR-Halli. Ten kościół to tylko doskonała ułuda, butelka lichej aqua vitae ułuda. I ta matka to ułuda? Głowa boli bólem parszywym tak, że nie może być ułudnym. No, a przynajmniej nie powinien. Dla przyzwoitości, ham.
Wzrok mam już zdrowo przymglony, zapach wrzosów zakręca czubem, matka rozmywa się poza kontuar, poza kontur.
Nie chcę słuchać jej narzekań. Przyszedłem tu raczej rozmówić się z tamtym. Czy, ham, dotrzyma złożonej obietnicy.
– Jesteś szalony – mówi mama, przedziera się przez kontur, łodzią podpływa, z mieczem twardego słowa.
Nie jestem szalony, spijam SS, nie mogę być szalony, bo piję whisky a ta nie truje mnie, Celtowie nie oszczędzali chorych umysłowo, składali z nich ofiary bogom. No tak, jestem w kościele, ale akurat nie tych bogów, chyba rozumiesz, mamo.
– Wiesz, wkrótce może zostaniesz babcią.
– Nieprawda – odzywa się Ben Abba skrzyżowany w nawie bocznej a więc potrafi odcyfrować moje zakryte podświadome sensy. – Przyznaj wreszcie, że nie robisz tego dla Sommy.
– A czy ty przyznasz, że nie wisisz tam dla ludzkości?
Gul, gul, gul, wyciągam z flachy, gul, gul, gulgotanie zagłusza Jego odpowiedź. Haam. Ależ ta matka się postarzała. Stara jest i nudna z tym całym przestrzeganiem, przeżegnaniem, niebuntowaniem. Spyta zaraz czy wiem, że ktoś zaszlachtował Promotora, wyjął mu płuca, nerki, i serek topiony z lodokłamacza, ham, trele morele, zbrodni musiał dokonać potwór, nie człowiek, to pasuje do kanalii z Firmy; niczego nie bądź pewna, mamo, cóż, ja też nie jestem pewien, może to właśnie ja, różności się robi pod wpływem, sam sobie dupek zawinił, nie cenił człowieka, bruździł. – A później będzie ględzić, że się staczam, ale ciągle jest szansa, niech tylko wrócę do tego cuchnącego świata, który wychrzciła domem, akurat, stara babo, szansa to najwyżej wyłożyć pasjansa jest, czy wybić Sanczę w Pansa, czy chędożyć szympansa, ham.
– Czcij matkę swoją – podnosi głos Ben Abba.
– Bujaj się – syczę ale to mną zabuja. Wścibskim, nieprzekupnym, wydrwiłzawym bólem, pląsem głowy oczu płuc mózgu czaszki uszu wszy, bólem wszystkiego, bólem bólów, najlepszym dowodem na istnienie Stwórcy.
– Zostaw syna w spokoju – mówi ojciec. W szkarłatnym płaszczu Szperacza wygląda jak Piłat z pokrewnej domeny.
– To nie ja – mówi Ben Abba i kona na krzyżu, ikona. Ham. No tak, domyślam się kto ham, agens agentis.
Rozglądam się za głównym staruchem i tymi jego zwiastunami skrzydlatymi, pancernymi podobłocznymi husarzami, ham. Nigdzie ich nie widać. Tylko Ben Abba, dawny przyjaciel na całkiem świeżym krzyżu. No i witraże. Setki tysięcy witraży, miriady kolorowych szkiełek przewracających się przed oczami, opalizujące jak barwne okruchy w kalejdoskopie.
(Rekord Pacjenta:…kredki woskowe i blok, wtedy na pewien czas pacjent uspokaja się. Najczęstsze motywy rysunków…)
– Ja z nim porozmawiam – odzywa się witraż ojca. Stapia się w jedno z witrażem boga ojca. – Zostań przy matce.
– Mamo, jesteś już stara – mówię. Spoglądam uważnie na traconą gwałtownie płynność w butelce. – Gdybym cię zabił, to pewni ludzie bardzo pomogliby Sommie. To tylko taki żart? Co, chciałabyś umrzeć? Dla córki? To byłoby zaszczytne.
Witraże. Lustereczka Crowleya. W jednym z nich żywe odbicie zasuszonej piety w łachmanach, madonny zaśniedziałej.
– Doktor Jasnorzewicz… – To znowu starka nudziarka. – Nie pij tyle. Proszę.
Starka nudziarka. Spycharka pitarka. Tarka pierdziarka.
Zamknij się, starucho, zamknij, stul i zamknij się, matka, co cię to obchodzi, matka, piję, bo tobie z cyca nie leci, whisky jest dobra, okowita, krew boga, nektar, ambrozja, fluid filozoficzny, wonny towarzysz cywilizacji, zamknij się wreszcie, woda życia, mniam, to święta jucha przenajświętsza. Jest dobra jest dobra ham i tyle i dość i starczy, chwytasz, nadążasz?
– Doktor Jasnorzewicz zdiagnozował u ciebie schizofrenię. Już nie ma wątpliwości. Nie kontrolujesz swoich alter ego. No i te wszystkie historie, które wykrzykiwałeś przez sen, o Szarym kompanie, jego siostrze, o Bennu…to wszystko urojenia, synku. Rozszczepienia. Drzazgi z drzewa ciebie. Musisz się leczyć, synku. Jak Somma. Drzewo jeszcze wyrośnie zdrowe, musisz dać sobie szansę. Doktor Jasnorzewicz zaleca jak najszybszą izolację. Uważam, że ma rację. Znam taki ośrodek za miastem, bez wejść do Sieci, tam byłbyś bezpieczny, synku, ham.
Zmierzam cios łokciem. Witraż matki pęka w kilku miejscach i z jękiem bardziej rozpaczy i niedowierzania niż bólu ham opada na wypastowaną, lodowatą posadzkę kościoła. Jej kończyny w drobnych okruszkach, zbite jak najszczerszy kryształ rozsypują się na wszystkie strony, za balaski i ławy i przed ołtarz. Ludzie może znajdą szkło w eucharystii, ham. Sprzątnę po sobie. Ham. (Boli.) Muszę to jakoś posklejać. Nie jestem za dobry z anatomii, może ham coś pomieszałem. Ale matula gada, nie jest źle. Nie mogę tylko znaleźć szklanego drobiazgu z jej kolanami. Ham trudno, nie będzie klękać. Nie będzie kwękać, ham. Nie. Koniec.
– Jak mogłeś to zrobić… – szlocha szklanymi łzami: bursztynami, cekinami żywicą. Zamieniają się w martwicę. – Synku, jak mogłeś… – A, starka nudziarka. Chyba prosi o repetę. Witraż z SS przenika do witrażu ust. Coś mi nie smakuje, ham. Zapytam ją o to.
– Jak myślisz, ropucho, dlaczego Somma wybrała mój los? Dlaczego nie pozwoliła mnie być autykiem autentykiem, skoro tak było pierwotnie postanowione? Dlaczego się wtrąciła? Dlaczego skazała mnie na swój los? Przecie to ona powinna tu i teraz pić i zadawać te głupie pytania. Wszystko mi się miesza, matka, co powiesz?…Ty lepiej nic nie mów. Z niemotą ci nawet do głupiej, staruchowatej gęby.
Otóż i wraca papcio. Jest i ten drugi, od Abby. Potrząsają głowami, pewnie ubili interes. Podsłucham, co mówią.
– Mój żałosny syn wciąż w ciebie wierzy. Ma za skończonego oszusta, wykoślawia tę wiarę: ale wierzy. A pamiętaj, że to wiara takich jak on daje ci życie. Bez wyznawców żaden bóg nie może istnieć. Oto życie człowiecze jest Kuźnią Bogów a jego zwłoki ich zmierzchem. Mógłbym nauczyć syna niewiary i zapomnienia. Będziesz o tym pamiętał?
– Nie gróź mi, Szperaczu. Wyjdź stąd i nie męcz ponownymi wizytami. Ja dotrzymuję swoich obietnic. Twój synalek chce poznawać przyszłość? Dam mu ten dar. Chce poznawać prawdę? Pozna. Ale na wszystko ustanowiona jest cena.
Jestem pijany. Znalazł swój swego. Bóg, który dał się rozpiąć na belce też musiał być pijany. Bóg mniam. Matka umilkła, przeżegnała się, zatopiła ruch szczęk w paciorki, popatrz tylko, nie musisz się tyle modlić, ty kobieto tak zwana, starczą ci dwie, trzy piersiówki i anioły się objawią na wyrywki.
– Poznałem cię na wylot – mówi ojciec, – więc wiem, że coś knujesz. Znam ten twój uśmieszek. Ze mną nie wygrasz! Ja w ciebie nie wierzę! Oto stoję teraz w pustym kościele i rozmawiam z nieistotnym wiatrem. I tylko tyle. Wiedz wszak, że jeśli go skrzywdzisz, wietrze, wrócę, nauczę go Szlagwortów, tamtych – najgroźniejszych. Zapomni o tobie. Ucieknie ci.
– Co mnie nurtuje – mówi Ojciec, ten drugi. – Szperacze wyzbywają się uczuć. Nie możesz kochać swego syna. Dlaczego tyle dla niego robisz?
Witraż z odpowiedzią zaciera się. Przychodzi jakiś człowiek, może zabłąkany społecznik organista i maże po nim szmatką i płynem do czyszczenia. Gul, gul, gul. Bo nad czym tu się zastanawiać? Ham. Na dnie butelki skręca się tłusta, czarowna ścierwica mięsówka, królowa much, mniam. Ben Abba odżywa i od nowa męczy się na krzyżu. Ha! znam jego przyszłość. Uśmiecham się koso ham. Kolejny witraż przedstawia policjanta przegrzebującego stertę błękitnych j-dysków z pożółkłą wanadową żyłką bezpiecznika. Bzdury ścisłego zarachowania.
1 2 3 10 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

...ze szkicownika, cz. 9

...ze szkicownika:

...ze szkicownika, cz. 9
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 8
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 7
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 6
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 5
— Jacek Rosiak

Za kulisami autoportretu, cz. 3
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 4
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 3
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 2
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 1
— Jacek Rosiak

Zobacz też

Z tego cyklu

Morbus Sacer, cz. 4
— Krzysztof Bartnicki

Morbus Sacer, cz. 3
— Krzysztof Bartnicki

Morbus Sacer, cz. 2
— Krzysztof Bartnicki

Morbus Sacer, cz. 1
— Krzysztof Bartnicki

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.