Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Marek Wasielewski
‹Dzieje Tristana i Izoldy inaczej›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMarek Wasielewski
TytułDzieje Tristana i Izoldy inaczej
OpisAutor pisze o sobie (2005):
Pani od polskiego w podstawówce kładła nam do głów, jak ważne dla analizy jest podanie czasu i miejsca akcji. Postaram się zatem scharakteryzować siebie poprzez te dwie kategorie.
Wiek – trzydzieści trzy i jedna trzecia, a więc liczba okrągła i znamienna. Zdecydowanie za późno na młodzieńczy genialny debiut, o wiele za wcześnie na przesycone mądrością dzieło życia. Urodzony i wychowany w Poznaniu, mieście, które nie wydało żadnego literackiego giganta, mieście do bólu nudnym i pozbawionym fantazji. Bez złudzeń, że można to zmienić, co udowadnia fatalistyczne podejście do świata. Tristan ma pokazać, że mimo wszystko poznańskie pyry nie do końca pozbawione są poczucia humoru. A jeśli niczego nie pokaże? Cóż, zawsze można iść w ślady Cegielskiego, pracować organicznie i u podstaw, prawda?
Gatunekhumor / satyra

Dzieje Tristana i Izoldy inaczej – księgi VII-IX

« 1 16 17 18

Marek Wasielewski

Dzieje Tristana i Izoldy inaczej – księgi VII-IX

– Może tak byłoby lepiej – rzekł – Zanim to ona powie nam: do widzenia na swój własny sposób.
Spojrzeli na Urynę, stojącą jak zwykle na uboczu. Ryszard zacisnął pięści. Cholera, jesteśmy tak blisko. A i tak mamy sporo szczęścia, przeciwko nam stoi tylko jeden czarodziej, Merlin. Gdyby wciąż grasowała tu Morgana, od razu mógłbym zamawiać bilet powrotny do dwunastego stulecia, ratując głowę. Korzystnym dla nas zrządzeniem losu córuś naszego maga przeniosła się na bliżej nieokreślony czas do Tajemnej Krainy. I żywię nadzieję, że nieprędko powróci, choć na miejscu elfów wcale nie byłbym zadowolony z wizyty tej wściekłej wiedźmy. Pechowy ten Czarowny Lud, usunął się z naszego świata, by odzyskać spokój, a to, co z niego najgorsze, podążyło za nimi. Zamiast tego woleliby pewnie zamienić się w krasnoludy.
– Posłuchaj, Miłościwy Panie – odezwał się nagle profesor – Mam pomysł. Zrezygnujmy ze ścigania Graala, zajmijmy się łupieniem. Zbierzemy ogromną ilość złota, dogadamy się z Merlinem, który wyśle nas do dwudziestego wieku. Przeniesiemy to całe złoto, ono zniknie ze średniowiecza, a więc automatycznie w przyszłości będzie go mniej, co strasznie podkręci cenę. Za nasze zapasy będziemy mieli wszystko. Zamienimy je na dolary, nie ma problemu, mam przyjaciół w rządzie, i wykupimy zakłady Volvo, Ford nie dostanie ich w swoje łapy.
– Przykro mi, profesor – odparł Ryszard – Pomysł przedni, ale dobrze wiesz, że to byłoby nie fair. Z ciężkim sercem muszę odmówić. Volvo będzie należało do Forda. Przykro mi.

Coś zaniepokoiło Izoldę. Coś, co czaiło się za zakrętem drogi. Powoli, by nie uczynić najmniejszego hałasu, wysunęła miecz z pochwy. Zza drzew dochodziło coraz głośniejsze dudnienie, jakby gdyby gościńcem nadchodziła monstrualna wręcz bestia. Pobocza drogi porastały tak gęste krzaki, że nie miała szans szybko skryć się w lesie, czekała więc bez ruchu, przygotowana na najgorsze. Poprzez listowie spostrzegła ogromną sylwetkę i po chwili wprost na nią wytoczył się wielki i straszny zwierz. Koń zarżał przeraźliwie, niemal wyrwał lejce z dłoni Izoldy. Chciał uciec. Ona też.
Potwór miał korpus pokryty łuskami, raczej rybimi niż gadzimi, pięć nóg wyrastających z całkiem niespodziewanych miejsc, dwie pary skrzydeł, chwytny ogon i kilka par macek z przyssawkami. Głowa częściowo pokryta była futrem, częściowo szarymi i białymi piórami, kocie uszy niespokojnie łowiły dźwięki. A w wielkich, wyłupiastych, rybich oczach błyszczała inteligencja. Zwierz nie zaatakował, lecz podszedł do Izoldy i zatrzymał się dwa jardy przed nią, jakby na coś czekając.
– Czym jesteś? – zapytała Izolda ściskając kurczowo rękojeść miecza, próbując opanować drżenie ręki..
– Nie poznajesz mnie? – odpowiedziała pytaniem istota; słowa nie wydobywały się z jej ust; pojawiały się wprost w głowie Izoldy – Nie poznajesz mewy? Nieszczęsnego ptaka, trafionego kielichem z resztkami magicznego napoju? Nie poznajesz trzeciej części związku połączonego miłosną chemią? Ciebie, Tristana i mewy? Tak, widzę, że pamiętasz. Szukałam was, bo tak kazało mi świństwo z kielicha. Przyjrzyj się dobrze, zobacz, co stało się z moim ciałem, przystosowującym się do warunków, ewoluującym, by przebyć tę drogę. Kiedyś byłam mewą, a teraz?
– Teraz jesteś paskudztwem – odpowiedziała Izolda zgodnie z prawdą.
– Właśnie. Paskudztwem. I nie spotkałam na swym szlaku mędrca, mewiego Braciszka Tucka, który wyleczyłby mnie z tego nieszczęsnego popędu. Nie miałam Lasu Brok-on-ill, w którym mogłabym schronić się i odpocząć.
– Skąd tyle wiesz? Spotkałaś Tristana? Gdzie on jest?
Istota wbiła w nią ciężkie spojrzenie.
– Żadnego współczucia, Izoldo? Mój los nie obchodzi cię ani trochę? Tylko ty i Tristan, mewa się nie liczy.
Izolda roześmiała się.
– Nie rozczulaj się, zwierzaku. Czy ktoś uroni łezkę nade mną, jeśli padnę na gościńcu? Ty? Na pewno nie. Miałaś pecha i tyle. Współczuję ci, ale nie zawrócę historii. A pytam o Tristana, bo to mój los. I jeszcze żyję. Mogę spróbować go odzyskać.
– Nic nie wiesz, Izoldo – w słowach stwora słychać było smutek – Jesteś teraz twarda, może tylko starasz się taka być, ale nic ci to nie pomoże. Nie spotkałam Tristana, tak jak i ty go nie spotkasz. Cokolwiek by się stało, jesteście rozłączeni na zawsze. Twoja podróż w poszukiwaniu kochanka, którego utraciłaś, nie ma sensu, tak jak moja wędrówka. Nie możesz nic zrobić.
Pieprzysz, potworze – myślała Izolda – To niemożliwe. Znajdę go wbrew twym słowom, wbrew wszystkiemu. To nie może być prawdziwe. To senny koszmar. Tak, ja tylko śnię.
– Odszukałam cię, Izoldo, byś mi pomogła – mówiła dalej mewa – Nie tak, jak temu nieszczęsnemu najemnikowi, któremu kazałaś zdychać na gościńcu. Czy wiesz, jak długo się męczył? A co chciałabyś usłyszeć? Że krótko? Że sępy i wilki rozszarpały go w try miga? Czy może, że umierał cztery dni, aż skonał z pragnienia? Ja chcę, żebyś naprawdę mi pomogła. Proszę.
Kiedy mewa mówiła o tamtym człowieku, wszystko znów podeszło jej do gardła, ale było już znacznie lepiej niż wtedy, przy ognisku. W końcu to uczucie całkiem wyblaknie i odejdzie – pomyślała – I nie obchodzi mnie, czy to wciąż będę ja. Dobrze, paskudny stworze. Dostaniesz to, czego pragniesz.
– Już, teraz? – zapytała istotę.
– Jeśli potrafisz, Izoldo – ironia w słowach mewy miała ją chyba rozdrażnić, by łatwiej jej poszło. Zupełnie niepotrzebnie.
Podeszła do czegoś, co kiedyś było mewą i wzniosła miecz do pchnięcia.
– Gdzie?
– Tutaj, Izoldo. I zrób to dobrze.
koniec
« 1 16 17 18
14 września 2005

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.