Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 27 października 2020
w Esensji w Esensjopedii

Adrianna Filimonowicz
‹W oczach gwiazd›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAdrianna Filimonowicz
TytułW oczach gwiazd
OpisRocznik 1990, miłośniczka fantastyki i gier RPG, rzadko przebywająca myślami w normalnej rzeczywistości. Zakochana w Tatrach i tańcu (od towarzyskiego po flamenco). Publikowała na łamach Esensji, Fahrenheita, Mega*Zine Lost&Found oraz SFFiH. Jej powieść pt. „Taniec gór żywych” – słowiańskie fantasy osadzone w Tatrach – nagrodzona została w konkursie wydawnictwa Genius Creations (planowane wydanie w 2021 r.). W wolnych chwilach czyta i prowadzi literacko-górski blog Piszę o górach.
Gatunekfantasy

W oczach gwiazd

1 2 3 6 »
Czy miałem prawo stawać między nią a losem, który wskazały jej duchy? Czy byłoby to w istocie dobre? Tyyine dają nam wiele, lecz nie ma w tym szczodrości. Za każdy dar płacimy. Zmęczeniem, krwią, czasem życiem czy szaleństwem. Isirre miała dokonać czegoś wielkiego. Dla swego ludu i dla siebie. Za cenę jednak czegoś więcej niż życie, czego nawet nie umiałem nazwać. I na co się nie godziła…

Adrianna Filimonowicz

W oczach gwiazd

Czy miałem prawo stawać między nią a losem, który wskazały jej duchy? Czy byłoby to w istocie dobre? Tyyine dają nam wiele, lecz nie ma w tym szczodrości. Za każdy dar płacimy. Zmęczeniem, krwią, czasem życiem czy szaleństwem. Isirre miała dokonać czegoś wielkiego. Dla swego ludu i dla siebie. Za cenę jednak czegoś więcej niż życie, czego nawet nie umiałem nazwać. I na co się nie godziła…

Adrianna Filimonowicz
‹W oczach gwiazd›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorAdrianna Filimonowicz
TytułW oczach gwiazd
OpisRocznik 1990, miłośniczka fantastyki i gier RPG, rzadko przebywająca myślami w normalnej rzeczywistości. Zakochana w Tatrach i tańcu (od towarzyskiego po flamenco). Publikowała na łamach Esensji, Fahrenheita, Mega*Zine Lost&Found oraz SFFiH. Jej powieść pt. „Taniec gór żywych” – słowiańskie fantasy osadzone w Tatrach – nagrodzona została w konkursie wydawnictwa Genius Creations (planowane wydanie w 2021 r.). W wolnych chwilach czyta i prowadzi literacko-górski blog Piszę o górach.
Gatunekfantasy
Łagodna, rozświetlona chłodem gwiazd noc prowadziła nas na szczyty. Po ciężkim dniu znaleźliśmy w niej wytchnienie, choć nie pozwoliliśmy, by uśpiła naszą czujność. Żleb prowadzący na Khandar znałem na pamięć – w nocy i za dnia, zimą i tak jak teraz – skąpany w wiosennej rosie. Towarzyszący mi Cersen podobnie. Lecz góry Tyyine częściej karały tych, którzy znali ich ścieżki niż niedoświadczone szczeniaki czy juhasów z równin. Na tej wyprawie przypomniały nam o tym boleśnie. Odbicie śmierci w spojrzeniu Cersena, pod którym strome piarżysko ruszyło w przepaść, wwierciło mi się głęboko w trzewia. Widziałem je zresztą jeszcze długo – i gdy odnalazłem go, poobijanego, ale całego, i gdy teraz odwracałem spojrzenie od muskanych światłem gwiazd kamieni, by popatrzeć mu w twarz.
Kiedy wreszcie stanęliśmy na szerokiej, skalistej grani, wśród jurt i ognisk, byliśmy zmęczeni i obolali. Ale taką cenę miało życie wśród turni, które wybrały dla nas góry. Gdy inne ludy zeszły karleć i słabnąć w dolinach, my dostaliśmy siłę, by wciąż trwać wśród wiatrów i deszczy, mierzyć się ze skałami i patrzeć w skierowane na nas oczy gwiazd. Ktoś mi kiedyś rzekł, że ci na dole mają nas za dzikich zbójców, którzy boją się zejść między ludzi. Wpierw się oburzyłem, ale przecież nie mogłem ich winić za niezrozumienie Tyyine. Tyle razy pomagałem im podczas śnieżyc, które potrafiły zatrzymać całe karawany na z pozoru łagodnych przełęczach… Jeśli nie potrafili czytać chmur i poznawać, że wiatr niesie tchnienie burzy, jak mogli usłyszeć głosy duchów, które i przed nami miały niezliczone tajemnice?
Ledwo usiedliśmy przy ogniu, wyrósł przy nas okryty niedźwiedzią skórą łowca – strażnik jaskini widzącej naszego plemienia.
– Rahyt! Echo Lawiny chce z tobą mówić.
Zaniepokoiłem się, gdyż w tamtym czasie nie spodziewałem się po jej słowach niczego dobrego. Wstałem jednak i zostawiwszy Cersena, szykującego sobie wywar z maku, poszedłem w stronę przewieszonej kazalnicy. Widząca czekała przy lichym ogniu rozpalonym na szczycie skały. Okryta skórami i futrami, zgarbiona, sama przypominała bezkształtny głaz. Gdy podszedłem, skłoniłem się zgodnie z obyczajem i usiadłem, kazała stojącemu obok mężczyźnie zgasić ogień i odesłała go. Zostaliśmy pod zimnym spojrzeniem gwiazd.
– Kolejni idą po twoją pomoc – zaczęła ospale. – Lud Tyyine, ciągnący za sobą ciemność jaskiń.
– A ty chcesz, bym nie uległ ich prośbom… – odparłem.
Serce łomotało mi w piersi, bo choć już raz złamałem zakaz Echo Lawiny, wciąż lękałem się jej sprzeciwiać. Nie miałem jeszcze dwudziestu lat, przy niej byłem ledwie młodzikiem. Każdego z nas uczyły Tyyine, ale tylko przed jej wzrokiem odsłaniały wszystkie ścieżki naszych pobratymców, pozwalały rozumieć więcej, dawać nam rady, chronić… Jeśli nawet chwilami traciłem w nią wiarę, to nigdy nie zapominałem, jaka potęga za nią stoi.
– Słucham lawin, które ich gonią i czuję gniew gór. Przyjdą prosić, byś kogoś odnalazł.
– Znasz mnie. Jeśli ten ktoś jest w niebezpieczeństwie, pójdę go szukać. To nie jest tak naprawdę ani mój, ani twój wybór.
Poruszyła się. W mroku wydało mi się, że radzi się gwiazd, próbuje odczytać z ich spojrzeń nastroje duchów.
– Znam cię – odparła wreszcie. – I rzeknę ci, że tym razem masz wybór. Czy chcesz ją ścigać z nimi, czy znaleźć sam.
– Kiedy przyjdą?
– Spieszą się. Będą o świtaniu.
Zamilkła i znieruchomiała, przycisnąłem więc pięści do ziemi, pochyliłem głowę, po czym wstałem i odszedłem ku ognisku, przy którym zostawiłem przyjaciela. Obok niego stał parujący wywar. Nie tknął go, świadom, że ceną za ukojenie bólu byłoby otumanienie niepozwalające działać.
– Coś się stało? Ruszamy? – spytał.
Ton miał pogodny, a w oczach zagościł mu blask radości, jaką czuje człowiek, który w ostatniej chwili wymknął się z rąk duchów, twarz miał jednak naznaczoną straszliwym zmęczeniem.
– Ja wyruszam teraz. Jutro przyjdą tu obcy po pomoc. Jeśli uznasz za stosowne, weź Wehenira i idźcie. Mnie nie będzie. Teraz odpocznij.
Spierał się, ale ostatecznie jeszcze przed świtem znalazłem się sam w usłanej spękanymi głazami dolinie Imeh, niepewny, gdzie iść dalej. Wpierw pomyślałem o kompleksie jaskiń zwanych Kaskadą, które mogły być zarówno kryjówką, jak i pułapką nawet dla kogoś dobrze znającego podziemne drogi Tyyine. Ledwo jednak ruszyłem w tamtą stronę, nad szczytami skłębiły się chmury, stoczyły po zboczach w dolinę i plunęły deszczem. Patrzyłem na olbrzymie krople, świadom, że z każdą chwilą mój cel i dla mnie staje się zbyt niebezpieczny. Kaskada nazwę swą wzięła od potężnych strumieni, które biły w dół jej kominami przy każdej ulewie. Komory wówczas błyskawicznie wypełniały się wodą, a jej pęd mógł strącić najsprawniejszego nawet łowcę. Szedłem z coraz mniejszym zapałem, gdy o świcie nietypowe widowisko wytrąciło mnie z równowagi. Daleko, nad garbatym Opuszczonym Szczytem, kołowały dwa orły. Nurkowały wzdłuż ścian i podrywały się znowu. Zataczały szerokie kręgi, mijając się o włos i pokrzykując głośno. Bezwiednie przystanąłem.
Przed laty w rejonie tamtejszej grani żyli ludzie. Resztki potężnego niegdyś gniazda widoczne były czasem z okolicznych gór. Co się z tym plemieniem stało – nie wiedziałem. Wierzchołek we władanie wzięły orły i od tego czasu z rzadka ktoś naruszał ich spokój. Dlatego ten przesycony niepokojem i podnieceniem podniebny taniec zahipnotyzował mnie. Nim się spostrzegłem, zapatrzony zawędrowałem do stóp masywu. Gdy tylko począłem piąć się w górę, deszcz zelżał i wiosenne słońce spojrzało mi w twarz. Więcej potwierdzeń nie potrzebowałem.
Jeśli kiedyś do gniazda prowadziła dogodna droga, wiatry i deszcze zatarły ją. Ściana upstrzona była śladami obrywów i podciętymi żlebami, u stóp których szczerzyły zęby piarżyska. Przez jakiś czas szedłem wąską grzędą, która, choć śliska, dawała pewne oparcie. Gdy zmieniła się w ledwie widoczną rysę na szarej płycie, pozostała mi już tylko wspinaczka. Zważając na każdy ruch, piąłem się w górę, gdzieniegdzie klinując nadziak w szczelinach czy roztrzaskując wiosenny lód wciąż porastający ocienione półki. Zdałem się na intuicję, gdyż zza licznych przewieszek i skalnych występów trudno było rozeznać dalszą drogę. Co jakiś czas dostrzegałem orły krążące wokół masywu i odruchowo skręcałem ku nim. Wstyd przyznać, że raz taki bezmyślny ruch prawie kosztował mnie życie. Szczęściem duchy Tyyine postanowiły wybaczyć mi ten błąd.
Tak dotarłem do skalnego kotła. Stała w nim mętna woda, a na ścianach pleniły się mchy i grzyby. Z nawisu, który go osłaniał, zwieszały się kamienne zęby, tworząc w głębi mozaikę wypełnionych cieniami nisz i liźniętych blaskiem skał. Ostrożnie, nie chcąc zburzyć spokoju wody, która prędzej dla duchów niż dla ludzi mogła być napitkiem, zacząłem posuwać się skrajem czaszy ku ukośnej rozpadlinie. Nią zamierzałem się wydostać w rejon grani. Nagle, niepokojąco blisko rozległ się łopot potężnych skrzydeł. Zamarłem, widząc ptaka wielkiego jak trzy albo i cztery orły, zbliżającego się do kotła. Rozgniewany mógłby z łatwością strącić mnie z kamiennej krawędzi. Wylądował jednak po przeciwnej stronie i tylko wbił we mnie wyczekujące spojrzenie. Szponiastą łapą dociskał do kamieni dorodnego pstrąga – zbyt małego, by mógł być wartym uwagi pożywieniem dla takiego drapieżnika. Chwilę czekał, potem krzyknął ostrzegawczo i nastroszył pióra. Ruszyłem powoli, czując jego zniecierpliwienie. Wszystko zdawało się wprawdzie iść na opak, ale czułem, że gdzieś tkwi w tym dobra wola, którą obojętne Tyyine rzadko okazywały.
Wsunąłem się w rozpadlinę i spojrzałem w tył. Z głębi jednej z nisz wychynął podłużny cień i ostrożnie posunął się w stronę orła. Ptaszysko wrzasnęło ostrzegawczo i zamachało skrzydłami. Postać zamarła, a ja przyspieszyłem. Czy na nią polował, czy jej strzegł, nie był to dobry moment na konfrontację.
Strzegł. A więcej nawet… Karmił. Ledwo oddaliłem się na bezpieczną odległość, orzeł poderwał się do lotu, pozostawiając zdobycz na kamieniach. Postać zaś przebrnęła pospiesznie przez oczko wodne. Twarz jej ginęła w cieniu kaptura, a dłonie w grubych, czarnych rękawiczkach. Ubiór stworzony był rękami ludzi gór, ale z materiałów wziętych raczej od ludzi równin. Po ruchach zgadywałem, że to kobieta. Odsunęła rybę na bok i usiadła na skraju kotła, zwieszając nogi nad przepaścią. Palcami jednej ręki wybijała na udzie jakiś rytm, a gdy spuściła głowę, spod kaptura wymknęły się długie, kręcone włosy, dopełniające głęboką czernią dziwnego obrazu. Postąpiłem kilka kroków w stronę kobiety, ale zatrzymał mnie widok orła przecinającego powietrze ponad naszymi głowami. Wyjąłem więc linę, zablokowałem o skalny występ i zabezpieczywszy się przed upadkiem, postanowiłem czekać. Było w tych długich godzinach obserwacji coś tak niepoważnego… Szybko spostrzegłem, że kobieta wie o mojej obecności, ale poza dyskretnym spojrzeniem rzuconym raz czy drugi, zachowywała się, jakby mnie nie było.
1 2 3 6 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: Katarzyna Szymonik

Luka w pamięci
Marianna Szygoń

12 IX 2020

Przecież batyskaf ma dwa miejsca, dla bezpieczeństwa człowiek zabierał robota. Zwłaszcza wybierając się w miejsce na granicy zasięgu łodzi. Wtedy tak naprawdę do niej dotarło, że szuka nie jednego, a dwóch naukowców. Kim był android, który zaginął wraz z nim? Dlaczego nikt o nim nie wspomniał?

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Tuaranga
Piotr Zawada, Magdalena „Majik Czar” Czarnecka

4 VII 2020

Ostrzeżenie: opowiadanie tylko dla czytelników dorosłych!

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Zerwany kwiat
Marcin Pindel

21 VI 2020

Zostawiwszy za sobą bacówkę, przy której wygrzewał się na słońcu piękny owczarek, minąłem kierdel owiec, a pięć minut później dotarłem na szczyt. Kapliczka stała niedaleko charakterystycznego pasa drzew porastającego niemal łysy wierzchołek. Już na miejscu odwróciłem się w kierunku, z którego przyszedłem. Szczyty Tatr wciąż pobłyskiwały bielą, ale Babia Góra zdążyła się już pozbyć swojej śnieżnej czapy.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Demony Witkacego
— Adrianna Filimonowicz

Opar absurdu
— Adrianna Filimonowicz

Strach przed deszczem
— Adrianna Filimonowicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.