Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 2 marca 2024
w Esensji w Esensjopedii

Paweł Wącławski
‹Ono ci wszystko wybaczy›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPaweł Wącławski
TytułOno ci wszystko wybaczy
OpisPaweł Wącławski – rocznik 82. Na papierze można go znaleźć w antologiach fantastycznych. Kinoman i miłośnik szeroko pojętej muzyki rockowej i filmowej. Mieszka i pracuje w Warszawie.
Gatunekrealizm magiczny

Ono ci wszystko wybaczy

Paweł Wącławski
1 2 3 6 »
Jeżdżę wzdłuż miejsca, gdzie Justyna rzekomo kogoś potrąciła. Szukam śladów i dowodów, dzięki którym będę mógł przekonać ją, że nic takiego nie zaszło. Ale robię to bez wielkiego zaangażowania, bo sam mam mocne przekonanie o tym, że to się jednak stało.

Paweł Wącławski

Ono ci wszystko wybaczy

Jeżdżę wzdłuż miejsca, gdzie Justyna rzekomo kogoś potrąciła. Szukam śladów i dowodów, dzięki którym będę mógł przekonać ją, że nic takiego nie zaszło. Ale robię to bez wielkiego zaangażowania, bo sam mam mocne przekonanie o tym, że to się jednak stało.

Paweł Wącławski
‹Ono ci wszystko wybaczy›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorPaweł Wącławski
TytułOno ci wszystko wybaczy
OpisPaweł Wącławski – rocznik 82. Na papierze można go znaleźć w antologiach fantastycznych. Kinoman i miłośnik szeroko pojętej muzyki rockowej i filmowej. Mieszka i pracuje w Warszawie.
Gatunekrealizm magiczny
Jest wczesny ranek, całe miasto jeszcze śpi. Moją zmianę zaczynam o szóstej, więc mam jeszcze pół godziny, by dotrzeć na miejsce. Na razie siedzę i piję czarną, gorzką kawę. Przez chwilę jest spokój.
Do kuchni wchodzi Justyna. Rozespana, nieprzytomna, tak że prawie jej nie ma. A jednak wnosi ze sobą światło i w pomieszczeniu robi się jaśniej i przyjemniej. Sięga od razu po kawę, nalewa i pije łapczywie, najpewniej parząc przy tym wargi.
– Kolejny wspaniały dzień – mówi, uśmiechając się.
– Co zrobić, że nasze życie to nieustanne pasmo sukcesów.
Wzrusza ramionami, patrząc na mnie. Pokazuje palcem przepaloną żarówkę w sufitowej lampie.
– Tak wiem, pamiętam. Mam ją wymienić. I ogarnąć światła w twoim samochodzie. Pamiętam i wcale nie trzeba mi o tym przypominać co miesiąc od pół roku.
Justyna parska na mój czerstwy żart. Puszcza oko, mierzwi mi włosy i idzie do łazienki.
Patrzę na zegarek i widzę, że nie mam już czasu. Biegnę po schodach i ruszam w tę samą, co zawsze, trasę. Mijam dziesiątki kamperów stojące na parkingach, zapełnione pola namiotowe i mnóstwo ludzi błąkających się po ulicach. Chyba, tak samo jak ja, mają problem ze snem.
W końcu dojeżdżam. Parkuję na swoim miejscu, przed wielkim murem, który zbudowano wokół jeziora. Idę do stanowiska i salutuję zmiennikowi. Pyta wzrokiem, czy może skończyć wcześniej, a ja wzruszam ramionami, co on odczytuje jako potwierdzenie. Wychodzi z budki kierowniczej, klepie mnie po ramieniu i macha dłonią na pożegnanie. Daję mu bonusowe dziesięć minut życia i nawet poprawia mi to humor.
Przebieram się szybko w mundur i patrzę na dziesiątki monitorów. Pokazują obrazy z kamer wycelowanych w jezioro i kilkanaście innych strategicznych miejsc. Widzę strażników patrolujących okolice. Jak zwykle cisza i spokój. Przenoszę wzrok na plakat ze zdjęciem jeziora i ślizgam się po tekście promocyjnym.
„Karmazynowe Jezioro wita strudzonych wędrowców!” – czytam i jak zwykle zastanawiam się, po co w mojej budce wisi ta reklama. Jestem kierownikiem zmiany, mam tylko obserwować, czy nie dzieje się nic złego i nadzorować okolicę. Wejście, którym wpuszczani są goście, jest sto metrów dalej.
Ale mimo to ktoś powiesił tu plakat, a mnie nie chciało się go zdjąć. I jak co dzień, machinalnie czytam ten sam tekst, jakbym nie miał wyboru, jakby to była dziwna modlitwa, odmawiana w imię niezrozumiałej wiary.
Napisano, że jest dwadzieścia osiem jezior, że są rozrzucone po całym świecie, że każde z nich ma jakiś konkretny atrybut. Że pojawiły się na świecie nie wiadomo skąd i nikt nie wie, jaka jest ich geneza. Że niektóre powodują melancholię, inne umiłowanie świata, jeszcze inne przywracają pamięć i leczą drobne schorzenia. Jest też jedno bardzo niebezpieczne, powodujące agresję, a nawet takie, które wyzwala popęd tak wielki, że aż obsceniczny, ale o nich akurat nie piszą na plakacie.
Na ulotce wymieniają prawie wszystkie jeziora, by wreszcie wspomnieć o naszym. Zostawili je na koniec, bo nasze jest inne, chyba najdziwniejsze ze wszystkich.
Nasze wybacza.
Dzwoni telefon. To Jarek, mój przyszywany kuzyn. Jest wcześnie, ale z niego zawsze był ranny ptaszek. Może budzą go dawno popełnione grzechy albo te, które dopiero ma w planach.
– Cześć – witam się.
– Słuchaj, jest sprawa – zaczyna od konkretu i to mnie cieszy. Przynajmniej nie udaje, że dzwoni sprawdzić, co słychać.
– Jaka sprawa?
– Ta sama, co zawsze – mówi. – Ale nie przez telefon. Możesz być wieczorem w wiadomym miejscu?
Potwierdzam, on rzuca jeszcze krótkie „No to nara” i się rozłącza. Ma obsesję na punkcie inwigilacji i podsłuchu, jakby był najważniejszą osobą na świecie. Wszystko stara się załatwiać w cztery oczy.
Od razu czuję się gorzej, jakby ta rozmowa zatruła mi błyskawicznie mózg. Cmokam, ale wiem, że nie zdążę się nad tym zastanowić, bo widzę, że w oddali, przy wejściu do budynku, ktoś mocno gestykuluje rękami i coś chyba rośnie w niewidzialnej tkance powietrza.
Przedwiośnie awantury.
Wychodzę, zamykam budkę, idę w tamtym kierunku. Jest siódma rano i już wpuszczamy ludzi, więc do kasy ustawiła się kolejka na sto, może dwieście osób. Podchodzę do mężczyzny, który wykłóca się w obcym języku. Jest już przy nim Jerzy, strażnik z porannej zmiany.
– Co się dzieje? – pytam.
– On nic nie rozumie – komentuje Jerzy.
Zwracam się teraz do człowieka, który robi zamieszanie. Zagaduję do niego po polsku, potem po angielsku i wreszcie kalecząc niemiecki i francuski. Odpowiada coś po swojemu, ale nie mam pojęcia, jaki to język. Ma na sobie zniszczone ubranie, pachnie mydłem i płynem do prania. Jego twarz szpeci blizna ciągnąca się od skroni do podbródka.
Kiwnięciem głowy każę Jerzemu obserwować okolicę i podchodzę do punktu, w którym sprzedajemy bilety.
– Chyba nie ma pieniędzy, ale nie daje się ruszyć – mówi Marta, dziewczyna obsługująca kasę.
– I hamuje setkę ludzi, którzy te pieniądze mają? – dopytuję, ona robi dziwny gest rękami. Patrzę na to wszystko i czuję, że nie mam siły się tym zajmować.
– Dobra, daj mi bilet ze zniżką pracowniczą – szepczę do niej, ona otwiera szeroko oczy, ale w końcu bierze moją kartę i nabija kwotę. – To ma być miejsce oczyszczenia, nie awantur.
Marta kiwa głową. Podchodzę do mężczyzny i zapraszająco wskazuję bramę. Przekazuję mu bilet, on chyba mi dziękuje po swojemu, choć dalej nie mam pojęcia, co to za język.
Gość wchodzi na teren rezerwatu i jest bardzo szczęśliwy. Patrzę na niego, potem na resztę ludzi, oczekujących i marzących tylko o tym, żeby wreszcie ktoś ściągnął z nich jakieś wielkie brzemię, żeby coś połknęło ich winę, pozwoliło im wreszcie odetchnąć pełną piersią.
Wracam do budki. Gdy oddalam się wystarczająco, by ludzie mnie nie słyszeli, powiadamiam chłopaków ze środka, że właśnie wchodzi facet, który zrobił trochę zamieszania i żeby mieli na niego oko.
Na monitorach widzę pierwsze osoby wychodzące z jeziora. Idą przed siebie, wpatrując się w coś, co chyba tylko oni widzą. Na twarzach mają błogie uśmiechy, zagryzają wargi, płaczą albo krzyczą z radości. Wszystkiemu znudzonym wzrokiem przypatrują się strażnicy i ratownicy, którzy tak jak ja, widzieli to już tysiąc razy.
• • •
Gdy wracam, Justyny jak zwykle nie ma w domu. Jest pewnie w schronisku dla zwierząt albo w domu dziecka. Sam się już pogubiłem w jej dobrych uczynkach. Ciągle kogoś musi ratować, komuś pomagać.
Kocham ją za to i nienawidzę, bo nic tak nie wkurwia, jak nieskazitelnie dobry człowiek.
Poznaliśmy się cztery lata temu. Ja wychodziłem z alkoholizmu, ona z klinicznej depresji. Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością. To my, to o nas. Lubiłem myśleć, że się wtedy odnaleźliśmy i uratowaliśmy. Że ratujemy się cały czas. Może tak jest i może całkiem nieźle nam to idzie.
Dwa niepasujące do niczego elementy układanki czasem całkiem nieźle radzą sobie razem.
Do spotkania z Jarkiem mam pół godziny, więc przebieram się i wychodzę. Jadę samochodem w wiadome miejsce. Dojeżdżam tam po kwadransie. Spalona chata na skraju lasu, w której nikt od dawna nie był.
– Cześć – wita się Jarek, wychodząc z mroku. Ma fryzurę postawioną na żel i czarną, skórzaną kurtkę.
Odpowiadam mu gestem dłoni.
– Słuchaj, jest tak – zaczyna od razu – trzeba po cichu przepchnąć kilka osób. To jakieś grube ryby, nie chcą być tutaj widziane, bo wiadomo, nie powinni mieć żadnych grzechów do wybaczenia.
Kiwam głową. Nielegalne nocne wprowadzanie ludzi na teren rezerwatu wokół jeziora było niemal od początku nagminną praktyką. Kiedyś chciano wprowadzić wyższe ceny biletów za elitarne, indywidualne wejścia, ale były protesty, presja publiczna i w końcu się z tego wycofano. To miało być miejsce oczyszczenia, z dostępem równym dla wszystkich.
Ale biznes nie znosi próżni.
Jeśli jakaś oferta jest niezgodna z prawem, ale kusząca, to po prostu pojawia się nielegalna alternatywa. I tutaj wkraczał Jarek, lokalny król przekrętów, który słusznie zauważył, że to znakomita okazja, by zarobić niezłe pieniądze.
Nie znoszę w tym uczestniczyć, ale nie mam wyboru. Jarek załatwił mi tę robotę, choć nie miałem do niej żadnych kwalifikacji ani papierów. Załatwił szkolenia i pomógł się wyprostować, gdy byłem w alkoholowym dołku, a teraz do końca świata będę to spłacał. Nigdy nie dowiem się, czy zrobił to, bo we mnie uwierzył i miał odruch dobrego serca, czy może po to, by zyskać kolejnego dłużnika.
1 2 3 6 »

Komentarze

15 II 2023   08:59:15

Fajne opowiadanie,a to jezioro to jak "czyściec", gdzie dusze oczyszczają się z "brudu" ludzkich czynów, myśli i słów nagromadzonych przez wiele lat.
Pozdarawiam!

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: Małgorzata Myśliborska

Pająki
Jan Myśliborski

14 I 2024

Było już prawie zupełnie ciemno. Kiedy zatrzaskiwał ciężkie skrzydło bramy, wydało mu się, że po drugiej stronie drogi dostrzegł zarys sylwetki stojącego pod drzewem człowieka. Mimo wszystko poczuł coś w rodzaju ulgi, gdy już przekręcił klucz.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:tatsusachiko@gmail.com'>Tatsu</a>, wygenerowane przy pomocy AI

Kształt duszy
Tomasz Jarząb

16 XII 2023

Upubliczniasz dostęp do swoich myśli i ludzie odnajdują w tobie własne odbicie. Nie możesz kłamać, oszukiwać. Jesteś tylko tym, czym jesteś, obrany z pozorów i kurtuazyjnych zasłon, które jedynie przysłaniają twoją zwyczajność. Rzeka to widzi i podziwia. A ty podziwiasz siebie za to, że odważyłeś się pokazać komuś prawdziwe ja. Że stałeś się przez to kimś niezwykłym.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:tatsusachiko@gmail.com'>Tatsu</a>, wygenerowane przy pomocy AI

Moja anima
Marcel Baron

11 XI 2023

Poszliśmy do muzeum. Annie ubrała się w sukienkę, którą uznała za najpiękniejszą. Nie zamierzałem jej mówić, co ma założyć, choć ona pragnęła wybrać właśnie to, w czym ja chciałbym ją zobaczyć. Mój stanowczy nakaz, by zdała się na własny gust, przyjęła z nieszczęśliwą miną.

więcej »

Polecamy

...ze szkicownika, cz. 9

...ze szkicownika:

...ze szkicownika, cz. 9
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 8
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 7
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 6
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 5
— Jacek Rosiak

Za kulisami autoportretu, cz. 3
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 4
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 3
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 2
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 1
— Jacek Rosiak

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.