Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Łukasz Orbitowski

ImięŁukasz
NazwiskoOrbitowski

Wszyscy jesteśmy dysfunkcyjni emocjonalnie

Esensja.pl
Esensja.pl
Łukasz Orbitowski
« 1 2 3 »

Łukasz Orbitowski

Wszyscy jesteśmy dysfunkcyjni emocjonalnie

JB: Ale próbujesz. W historii Karola, dla mnie najbardziej przejmującej, starasz się pokazać przerażającą, stopniową utratę kontroli nad własnym życiem.
ŁO: To historia faceta, który trzymał za dużo srok za ogon. Ale nie zdradzajmy za dużo. W jego historii posłużyłem się symboliką legendy, którą Karol spisuje, stopniowo odkrywając, że w rzeczywistości jest to legenda o nim samym i jego przyjaciołach z Rykusmyku. Domyśla się, że to co im się dzieje jest w pewnym sensie częścią jakiegoś dziejowego porządku świata, pewnej mitologicznej powtarzalności. Widzi aury, dar, który jest pochodną tego, co zrobili ostatniego dnia lata w Rykusmyku. To są elementy, w które próbuję ubierać tę czystą grozę życia. Dawniej usiłowałem używać krzykliwych ubrań, jaskrawych ciuchów – te moje książeczki przypominały trochę płyty rapowe. Teraz, a przynajmniej taką mam nadzieję, zmądrzałem na tyle, żeby zrozumieć, że czasem mniej znaczy więcej. Podobnie jak stonowany strój czyni kobietę piękniejszą, niż to jak się wymaluje jak kurwa i pójdzie na przyjęcie. Ale jest jeszcze coś – pewne przekonanie o magiczności naszego świata. Ludzie tego doświadczają. Babcia mojego przyjaciela widuje umarłych, i to nie na zasadzie jakiejś zjawy, tylko gościa; przychodzi do niej zmarły mąż, jakieś ciotki i kuzynki, i stoją w oknie, coś opowiadają. Ona mówi o tym jak o zwyczajnych spotkaniach. Inny kolega siedział struchlały w pokoju, wymalowawszy na ścianach ochronne pieczęci. Znam trochę takich historii wyrażających tęsknotę za nienazwanym. Być może to cień tego nienazwanego, czegoś, co sto, dwieście lat temu było o wiele silniej obecne w naszym życiu. To, że coś widzimy kątem oka nie oznacza, że tego nie widzimy.
JB: Myślisz, że takie magiczne postrzeganie świata łatwiej jest odnaleźć na prowincji, tak jak to przydarza się bohaterom „Szczęśliwej ziemi"?
ŁO: W najprostszym sensie na pewno. Jestem przekonany, że statystycznie większy procent ludzi wierzy w duchy w Rykusmyku niż w Warszawie. Być może trafniej byłoby powiedzieć, że magiczność prowincji jest bardziej tradycyjna, z powodu niecałkowitego rozpadu wierzeń ludowych. W mieście się raczej nie widuje duchów. Miejskość wytwarza swój własny kanon magii, najprostszym przykładem urban legends, które są często legendami efektownymi, ale pozbawionymi takiej archaicznej cudowności. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że magiczność miasta i magiczność prowincji mają ze sobą coraz mniej wspólnego.
JB: Dolny Śląsk to niesamowicie ciekawy historycznie i etnicznie rejon Polski. Czy miało to znaczenie przy komponowaniu fabuły „Szczęśliwej ziemi"?
ŁO: Nie sądzę, żeby to było w jakiś szczególny sposób ważne. Na pewną jakąś rolę odgrywała bliskość Niemiec, to przewija się w książce. Natomiast specyfiką tego regionu jest restart, jaki mu zafundowano. Z reguły kiedy piszesz o miejscu, szczególnie o swojej małej ojczyźnie, to dosyć łatwo możesz prześledzić korzenie tego regionu. Porozmawiasz z dziewięćdziesięciolatką, która opowie ci o tym, co usłyszała od innej dziewięćdziesięciolatki osiemdziesiąt lat temu. W ten sposób możesz uzyskać wrażenie względnej spójności, a Dolnemu Śląskowi zrobiono reset: jednych ludzi przegoniono, drugich przywieziono. Ten rejon w zasadzie zaczął uzyskiwać spójność dopiero gdzieś w latach sześćdziesiątych. Wszyscy repatrianci – których skądinąd kompletnie idiotycznie nazywano – przez pierwsze dwadzieścia lat byli przekonani, że coś się stanie, i albo zostaną wyrzuceni, albo wrócą do siebie. Przez lata nie obsiewano pól, nie remontowano domów. To buduje tę przestrzeń; gdyby taki zamek stał w Tarnowie czy Myślenicach, to zostałby dawno temu odnowiony. A to jest taka budowla, że jak ją Ruscy zajęli w 1945 roku, to tak stoi do dziś, ulegając powolnej erozji. Z kolei wiadomo, jak kończą się podejmowane próby renowacji i przywrócenia tych zameczków światu. To w jakiś sposób podsyca magiczność tego miejsca. Zamek w Rykusmyku pochodzi z innego porządku. To zamek niemieckich książąt przerobiony na piastowski, chociaż to, co zalęgło się w jego podziemiach jest pradawne, przedwieczne. Pierwszym znanym ludziom kultem animistycznym był kult byka, stąd jego obecność w podziemiach zamku. Skomplikowane dzieje dolnośląskiej ziemi na tę książkę jednak w pewien sposób oddziaływują. Następna moja powieść będzie mocniej nawiązywała do historii regionu.
JB: Zacytuję fragment twojego bloga. „Nigdy wcześniej żadna powieść nie pochłonęła tyle pracy i nie wygryzła tak wiele z mojego serca”. I dalej: „Odkryłem nowy świat, nowy język, zmagałem się z tym co najlepsze i najgorsze we mnie. Myślałem, że nigdy nie skończę Szczęśliwej ziemi. Ale wreszcie jest.”
ŁO: Wszystkie moje powieści były dla mnie ważne z jakiegoś powodu – i do wszystkich się teraz odnoszę z lekceważeniem. Po półtora roku roboty, gdzieś przy drugiej wersji „Szczęśliwej ziemi”, zorientowałem się, że to wcale nie jest taki znowu mały projekt (śmiech). To było pierwsze zaskoczenie. W którymś momencie myślałem, że w ogóle nie dam rady dokończyć tej książki. Pogubiłem się emocjonalnie zupełnie tak, jak gubią się moi bohaterowie. Nie miałem pojęcia, czy robię dokładnie to, co chciałem robić, czy coś kompletnie odwrotnego; czy to co trzymam w ręku to są piękne koraliki, czy sznurek, na którym przyjdzie mi się powiesić? Dostałem kompletnego pomieszania zmysłów, zwłaszcza że towarzyszyło mi poczucie, że tym razem nie dzielę się wyłącznie własnym doświadczeniem, ale w znacznym stopniu opisuję losy innych, że to są opowieści, które zdecydowanie przekraczają jednostkowe doświadczenie. Z tym wiąże się pewien rodzaj lęku. Powiedzmy sobie szczerze: pisarz jest jednostką odklejoną od świata. Mało tego, im bardziej wsiąkasz w bycie pisarzem, tym bardziej jesteś odklejony. Twój ostatni kontakt z prawdziwą rzeczywistością był wtedy, kiedy jeszcze nie pisałeś. Przypomina to trochę takie przeciąganie się z rzeczywistością, a im dalej tym trudniej. Przy pierwszej książce ta lina miała dwa metry, teraz to jest trzydzieści metrów – weź się wspinaj, palce bolą, a i tak możesz się spierdolić, roztrzaskać na dole.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
JB: „Szczęśliwa ziemia” to powieść ponura, przygnębiająca, ale też niezwykle silnie czerpiąca z doświadczenia inności, różnorodnie rozumianej. Główny bohater funkcjonuje trochę na uboczu życia, odstawiony na boczny tor, z którego przygląda się tej przedziwnej krainie.
ŁO: Pisałem też trochę o własnej obcości. To, że Szymek jest „wytrącony”, nie wzięło się znikąd. Sam jestem dziwadłem, chociażby ze względu na zawód, jaki uprawiam. Normalni ludzie nie zajmują się sztuką tylko tzw. prawdziwym życiem. Ten cały skrzek było próbą podzielenia się tym szczególnym doświadczeniem, jakim jest bycie freakiem. Z jednej strony nie oczekiwałem ani podziwu, ani współczucia – miałem tylko życzenie, żeby podzielić się tym doświadczeniem. To tego doszły kłopoty z właściwym zakomponowaniem tej książki, z doborem zakończenia. Czy rozpisanie tej powieści na głosy nie okaże się chybionym pomysłem? Trochę to problem idioty, który próbuje robić rzeczy nowe, przynajmniej dla siebie. Napisałem kiedyś taką powieść pod tytułem „Tracę ciepło”, i ludzie ją polubili. Na początku też nikt nie wiedział co z nią zrobić. Obecnie mógłbym co pół roku trzaskać takie „Tracę ciepło”, jak Pratchett zrobić z tego trzydzieści sequeli. Ale nie o to chodzi w sztuce. Szukamy jednak nowych treści i nowych sposobów mówienia o życiu, a ja bałem się, czy w przypadku „Szczęśliwej ziemi” mi się to uda. Dalej tego nie wiem.
JB: Sam określasz się jako outsider, jeśli chodzi o przynależność do różnych światków literackich czy grup. Czy masz poczucie, że zyskujesz dzięki temu inną perspektywę, patrząc na świat trochę z zewnątrz?
ŁO: Nawet na siebie patrzę z zewnątrz. To chyba prowadzi do wniosku, że literatura jest jedynym sposobem, w jaki mogę się komunikować ze światem, bo taką rolę pełni też mój blog czy różne pisane przeze mnie opowiadania, które nigdy nie znajdą się między okładkami. Wynika z tego, że cała moja praca twórcza to są rysunki autystyka, który nie powie ci, że boli go dupa, ale narysuje coś, co ten ból ma symbolizować. Może tak rzeczywiście jest. Czasem żałuję, że nie miałem nigdy żadnego konkretnego i łatwego do wyrażenia zawodu, np. że nie byłem przez dziesięć lat lekarzem albo najemnikiem. Gdybym był choćby tym najemnikiem, to w tym momencie kończyłbym powoli swoją karierę, i mógłbym do końca życia trzaskać powieści wojskowe.
JB: Trochę jak amerykańscy agenci CIA, którzy po przejściu na emeryturę zabierają się za pisanie thrillerów szpiegowskich.
ŁO: Dokładnie. Wtedy uzyskałbym jakąś bardziej trwałą perspektywę, a całe moje doświadczenie życiowe jest doświadczeniem człowieka, który lubi eksplorować życie. Doświadczenie zabawy, jakichś wałków, kobiet, walenia się po gębie, różnych historii… Tylko że na tym nie jesteś w stanie jechać całe życie. Przez długi czas dawałem w palnik, napisałem więc kilka książek o używkach, ale nie mógłbym już napisać o tym kolejnej powieści. Brak mi takiego epizodu, który dałby paliwo na dłużej, ale to właśnie skłania do poszukiwań.
JB: Wspomniałeś o „Tracę ciepło”. Zarówno w tamtej, jak i najnowszej powieści, ukazujesz dzieciństwo jako okres mroczny, a przynajmniej podszyty jakimś potencjałem grozy. Masz poczucie, że to, co przydarza nam się w dzieciństwie, w znacznym stopniu wpływa na nasze dalsze życie?
ŁO: Mam obsesje, które pojawiają się w moich książkach, i zapewne będą pojawiać się dalej. Aczkolwiek myślę, że kiedy będę pięćdziesięciolatkiem, to będę pisał o trzydziestolatkach (śmiech). Generalnie wydaje mi się, że jeśli mamy snuć opowieści, to możemy mówić tylko o tym, co już dobiegło końca. Pamiętam, że napisałem kiedyś powieść „Ludzie jak motyle”. Nie mogłeś o niej słyszeć, bo poszła do kosza. Miała być, niestety niezbyt udanym, zapisem finału mojego małżeństwa. Tyle tylko, że kiedy ją pisałem, ten finał nadal trwał. Dlatego książka była do dupy, nieprzepracowana. Jeżeli chcesz napisać książkę o piciu, to zabierz się za to pięć lat po odstawieniu butelki. Jeśli chcesz napisać o ojcostwie, to wstukaj pierwsze słowo w dniu, w którym twój dzieciak sam zostanie ojcem. To, że tak chętnie sięgam po ludzi młodych, nastoletnich, to po pierwsze dlatego, że ten okres został już w jakimś stopniu zamknięty, a z drugiej strony, nie zauważyłem po sobie, żeby mi się serce jakoś postarzało. Tej niezdrowej młodzieńczości nadal trochę we mnie zostało. A co ważne, to doświadczenie jest ciągle świeże, nadal wiele pamiętam z dzieciństwa. Myślę, że trochę jeszcze o tych nagrzanych i przegrzanych młodych popiszę.
JB: Ale to ciekawe, że właśnie w tym momencie życia lokalizujesz źródło zła.
ŁO: Bo wtedy wszystko się dzieje. To wtedy podejmujemy wybory, których właściwa ocena przychodzi później. Kiedy bohaterowie „Szczęśliwej ziemi” schodzili do podziemia, nie mieli przecież pojęcia, co robią. To jest właśnie wielka radość człowieka młodego, że dowiaduje się wielu rzeczy po raz pierwszy – dostaje pierwszy wpierdol, pierwszy raz coś mu nie wyjdzie. Mam mocne przekonanie, że rzeczy, którymi nasiąkamy w młodości, wraz z wiekiem w nas potwornieją i zmieniają się w najlepszym razie w swoją własną karykaturę. Co oczywiście nie jest regułą, ale często tak się dzieje. Kto radośnie balował w wieku lat dwudziestu, w wieku czterdziestu pięciu lat jest alkoholikiem. Prosty przykład. Studencki jebaka dwie dekady później objawi się jako żałosny człowieczyna o lepkich łapach, który wypije trzy piwka i klepie kelnerkę w tyłek. Potem to wraca jako widmo, upiór.
JB: Wątkiem, który pojawia się we wszystkich historiach opowiadanych w „Szczęśliwej ziemi”, jest trudna relacja z rodziną, a w szczególności z matką albo figurą matki. Prawie każdy z bohaterów próbuje, mniej lub bardziej udolnie, uwolnić się od swoich rodziców, od ciążącego na nich brzemienia dzieciństwa, o którym chcą przecież zapomnieć.
ŁO: Mam takie skażenie, że nie za bardzo przepadam za tradycyjnym modelem rodziny. Mało tego, znam wiele różnych sytuacji rodzinnych i właściwie nie zetknąłem się jeszcze z rodziną, która nie byłaby w jakiś sposób dysfunkcyjna. Mam na myśli niewdzięczność dzieci, despotyzm matek, nieczułość ojców. Być może te figury mają sens dwojaki: po pierwsze żaden z tych facetów nie stał się mężczyzną, nie dorósł. Gdyby dorośli, to pewnie poradziliby sobie ze swoimi problemami – Bartek zdołałby ocalić Maję, Karol wiedziałby, kiedy odpuścić, a Staszek potrafiłby dostrzec Doris i zrozumieć, że to przy niej powinien budować swoje życie, a nie gonić za swoim interesikiem. Dzięki temu potrafiliby również uwolnić się od tych wiedźmowatych figur kobiecych. Cechą chłopca jest to, że pozostaje w zależności od matki. Mężczyzna się od tego uwalnia, zachowując oczywiście serce, szacunek i czułość do matki. W tych naszych dziwnych czasach trochę przestaliśmy być sobie nawzajem potrzebni. Dorosłe dzieci nie potrzebują rodziców, tak jak my ich jeszcze potrzebowaliśmy, a już na pewno jak potrzebowały tego pokolenia wcześniejsze. Dzisiejsi tzw. „młodzi dorośli” często mają trudności z budowaniem normalnej, zdrowej relacji z rodzicami czy teściami. Właściwie jedyną relacją, na jaką są w stanie się zdobyć, jest relacja kumpelska. Dla odmiany starsze pokolenie czuje się odrzucone i niepotrzebne. W związku z tym reaguje na różne sposoby np. demonstracyjnym okazywaniem własnego cierpienia, nachalnością. Ten element życia nie działa, a ja w zasadzie cały czas piszę o świecie, który nie działa.
« 1 2 3 »

Komentarze

17 XI 2013   00:44:14

"bywam tam od jakiś dziesięciu lat." - chyba, mój Boże, "jakiCHś"!!! czy to jest dla którejś ze stron wywiadu nieistotne?

29 XI 2013   17:00:22

Co on z tą seksualnością?

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Wracać wciąż do domu
Ursula K. Le Guin, Michał Hernes

24 I 2018

Cztery lata temu opublikowaliśmy krótki wywiad z Ursulą K. Le Guin.

więcej »

Jak zrobić „Indianę Jonesa” lepszego od „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”?
Menno Meyjes

23 XI 2014

Usłyszałem od Spielberga, że nie powinienem kręcić, dopóki nie poznam emocjonalnego sedna sceny, dopóki nie spojrzę na nią z sercem- mówi Menno Meyjes, scenarzysta „Koloru purpury” i „Imperium słońca”, które wkrótce ponownie wejdą do polskich kin.

więcej »

Piszę o osobach zagubionych i poszukujących
Anna Kozak

17 XI 2014

Prezentujemy wywiad z Anną Kozak, autorką powieści „Okna” wydanej w październiku 2014 roku nakładem wydawnictwa Akurat.

więcej »

Polecamy

Pijane ślimaki prowadzą śledztwo

Stulecie Stanisława Lema:

Pijane ślimaki prowadzą śledztwo
— Mieszko B. Wandowicz

Pogrzeb pośród mgławic
— Mieszko B. Wandowicz

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Byk kształtuje świadomość
— Mieszko B. Wandowicz

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Październik 2016
— Miłosz Cybowski, Joanna Kapica-Curzytek, Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk, Joanna Słupek, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Ersatz duszy
— Iwona Michałowska

Ogień historii, ogień pop-u
— Paweł Micnas

Polska inna, a jednak ta sama
— Jędrzej Burszta

Esensja czyta: Listopad 2010
— Jędrzej Burszta, Miłosz Cybowski, Joanna Kapica-Curzytek , Marcin Mroziuk, Konrad Wągrowski

Gęsta proza historyczno-fantastyczna
— Konrad Wągrowski

Esensja czyta: Maj-czerwiec 2009
— Jakub Gałka, Anna Kańtoch, Michał Kubalski, Daniel Markiewicz, Joanna Słupek, Agnieszka Szady, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski

Wrocław w anegdocie
— Michał Foerster

Świetny Wrocław
— Jędrzej Burszta

Ostatni romantycy
— Michał Kubalski

Tegoż autora

Kanał
— Łukasz Orbitowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.