Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 maja 2021
w Esensji w Esensjopedii

Marianna Szygoń
‹Negatywy›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorMarianna Szygoń
TytułNegatywy
OpisPisze dla przyjemności. Urodziła się w roku, w którym pilot Hermaszewski ruszył na podbój kosmosu, a pilot Pirx na podbój srebrnego ekranu. Być może właśnie dlatego najlepiej czuje się w mocno niemodnym już kręgu klasycznego sci-fi. Uparcie płodzi też mroczne kryminały, rozgrywające się na pograniczu rzeczywistości. Związana z portalami Nowa Fantastyka i Herbatka u Heleny, gdzie można znaleźć większość jej opowiadań. Autorka domowej roboty e-booka pt. „Metastaza” — minipowieści fantastyczno-naukowej, dostępnej za darmo w sieci.
Gatunekkryminał, sensacja

Negatywy

« 1 2 3 4 5 11 »
– Co się z tobą dzieje, Anka? – Tym razem w głosie Pawła zabrzmiał szczery ból.
Podniosła wzrok; w oczach mężczyzny zobaczyła nieudawaną troskę.
– Muszę ci coś opowiedzieć – szepnęła.
Bez słowa wziął ją za rękę i wyprowadził z mieszkania.
Pojechali nad zalew, ten sam, nad którym spędzali niegdyś wagary. Słońce niedawno zaszło i zamiast złotych refleksów w burej wodzie odbijały się tylko światła pobliskiej elektrowni. Zimno ciągnące od bajora i tonące w półmroku nadbrzeżne chaszcze zniechęcały do spacerów. Zostali w samochodzie; Ance ciężko przychodziła szczerość, jak tylko umiała, odwlekała opowieść o Cichoniu, więc Paweł wyciągnął z kieszeni dwa „szczeniaczki”.
– Teraz naprawdę poczujemy się jak na waksach. – Choć spięty, poczęstował narzeczoną wymuszonym żartem.
Uśmiechnęła się słabo i bez zastanowienia otworzyła butelkę. Piła, krztusiła się, łzy ciekły z oczu, bo palący płyn drażnił gardło, ale chciała mieć to wreszcie za sobą. Inaczej niż wtedy, gdy zamiast męczyć się w szkole, rozkoszowali się zakazanym smakiem alkoholu, wolnością, słońcem i gdy czekała, aż Paweł będzie się z nią kochać na kurtce rozpostartej na trawie.
W końcu zaczęła mówić. Z każdym słowem Kurczych bladł i pochmurniał coraz bardziej. Gdy skończyła, spytał jeszcze raz o nazwisko detektywa.
– Cichoń, Cichoń… Nie znam. Nie pracuje u nas taki – powiedział, bębniąc palcami w kierownicę.
– To źle – domyśliła się od razu.
– Źle – potwierdził i jednym haustem dopił pozostałą w butelce zawartość. – To może być jakiś kutas od wewnętrznych – orzekł, otwierając drzwi samochodu. – Idę się odlać – odpowiedział na niezadane przez Ankę pytanie.
Odprowadziła go mętnym wzrokiem pomiędzy ciemniejące z minuty na minutę drzewa. Czekała długo, z wysiłkiem przezwyciężając senność. Z żalem przyglądała się prawie pustej butelce, raz i dwa podniosła ją do ust, po czym zlizała z szyjki ostatnie krople wódki. Dawno nie piła i miała ochotę na więcej, zwłaszcza po tym co przeżyła ostatnio. Dlaczego wcześniej nie sięgnęła po alkohol? Może i nie rozwiązywał problemów, ale odsuwał je na bok, czyniąc mało istotnymi. Ziewnęła, coś zaswędziało ją w plecy, butelka ześlizgnęła się z kolan na podłogę auta. Dziewczyna schyliła się, już miała po nią sięgnąć, gdy kątem oka zobaczyła stojącą przy drzwiach postać.
Cichoń?
– Uciekaj – szeptał.
Dziwne, że słyszała go przez zamkniętą szybę. Dziwne, że rozpoznała go pomimo gęstego mroku.
– Uciekaj, bo gdy on wróci, będzie za późno.
Wpatrywała się w detektywa jak urzeczona.
– Już jest za późno – miała odpowiedzieć, ale mimo iż poruszała ustami, nie słyszała własnego głosu. Jakby to ona znajdowała się za szybą…
Ocknęła się, gdy trzasnęły drzwi po stronie kierowcy. Wraz z Pawłem wtargnęła do samochodu fala zimna i Anka zaczęła drżeć jak w gorączce. Z wdzięcznością przyjęła z rąk narzeczonego kolejnego „szczeniaczka” i od razu chciwie podniosła go do ust. Nie zastanawiała się, czemu plomba zabezpieczająca była zerwana; najwyraźniej butelka została otwarta już wcześniej. Nie obchodziło jej to, wypiła do dna. Od razu zrobiło się cieplej, senność powróciła ze zdwojoną siłą. Dziewczyna nie oponowała, gdy narzeczony posadził jej bezwładne ciało na miejscu kierowcy. Zarejestrowała jeszcze szczęknięcie blokady drzwi po stronie pasażera i dźwięk otwieranego bagażnika.
Chwilę później przestała słyszeć i czuć cokolwiek.
• • •
Obudziła się w szpitalu. Nieudana próba samobójcza, zatrucie alkoholem i benzodiazepinami, mówili lekarze. Podobno znaleźli puste pudełko po farmaceutyku w jej kieszeni. Czasem brała go na sen, ale nie przypominała sobie, by tamtego wieczora zażywała lek ani żeby próbowała się zabić. Miałaś szczęście, dodali. Ktoś w porę zadzwonił i szybko cię znaleźli. Nie wiadomo kto. Przypadkowy przechodzień.
Domyślała się kto. Na pewno nie Paweł.
Potem pojawiła się policja. Chcieli rozmawiać o znalezionym w samochodzie pistolecie z jej odciskami palców. Instynktownie zaprzeczyła i na czas leczenia zostawili ją w spokoju, ale prosto ze szpitala trafiła na komendę. Na korytarzu dzielnie wytrzymywała lodowate spojrzenia kolegów narzeczonego, ludzi, których znała od dawna, a którzy traktowali ją teraz jak obcą. Pozostawiona w pokoju przesłuchań rozpłakała się ze strachu i bezsilności.
Gdy pojawił się Cichoń, przez moment czuła ulgę i nawet zamierzała wyrazić wdzięczność, ale szybko dopadło ją zwątpienie. Skoro wiedział, co planuje Paweł, czemu go nie powstrzymał? Przyglądał się tylko z boku. Podziękowania uwięzły jej w gardle, wbiła wzrok w blat stołu i mechanicznie odpowiadała na pytania. Przywołanie wydarzeń sprzed kilku dni sprawiało ból większy niż sądziła; w tej chwili szczerze żałowała, że przypadkowy przechodzień zadzwonił w porę i że ratownicy dotarli na czas. Ocalili jej życie, głupio i niepotrzebnie.
Cichoń skrzywił się nieznacznie, gdy zauważyła, że powinna zginąć już tam, na torowisku. Pawła nie miało tam być, zakazała mu przecież przyjeżdżać. Kurwiarz, drań… Nie posłuchał. Nie zaparkował pod szpitalem, śledził ją z oddali. Bał się o Ankę, zgoda, ale czemu za nią jechał, zamiast zatrzymać się, zawołać?
Przecież by wsiadła.
Gdy tamci wlekli ją po torach, pojawił się nagle, jakby znikąd, mierząc ze służbowego pistoletu. Zaskoczeni dresiarze pozwolili roztrzęsionej ofierze odpełznąć o kilka kroków, Paweł kazał im rzucić broń i właśnie zamierzał wezwać wsparcie.
Wszystko skończyłoby się inaczej, gdyby dziewczyna nie otworzyła wreszcie oczu. Gdyby narzeczony nie zabierał jej czasem na strzelnicę, gdyby tamci nie zaczęli rzucać groźbami: „Zajebię cię, pizdo, innym razem. Wiem gdzie, kurwa, robisz. Już, kurwa, nie żyjesz!” Gdyby, ładnych parę lat wcześniej, tuż po maturze, Anki nie zgwałcił jakiś pierdolony bydlak, którego do tej pory nie złapano…
Nie zrobiła tego świadomie, to było jak instynkt; dopadła leżącego na żwirze pistoletu, przeładowała, strzeliła. Prosto w pierś jednego, potem drugiego mężczyzny. Żaden nie zdążył zareagować, Paweł nie zdołał jej powstrzymać. Przytomności umysłu starczyło mu tylko na to, by wciągnąć Ankę do auta i zabrać feralną broń. Użył jej potem przeciwko kloszardowi, który odwiedził dziewczynę w pracy.
– To znaczy – poprawiła się i podniosła wzrok na Cichonia – miał użyć…
Detektyw wyglądał na zmieszanego; otworzył usta, ale nie zdążył o nic spytać.
Ktoś z rozmachem otworzył drzwi i do pokoju przesłuchań weszła ciemnowłosa kobieta, niewiele starsza od Anki. Marczyńska, Markowska?
– Marecka – przedstawiła się, energicznie odsuwając krzesło.
Usiadła, uruchomiła dyktafon i rozłożyła na stole trzy zdjęcia. Wzrok aresztantki od razu powędrował ku twarzom denatów. Nie znała ich nazwisk, a jednak żaden z nich nie był obcy. Na dłużej zatrzymała się nad zdjęciem kloszarda; naprawdę był do Cichonia uderzająco podobny. Jak bliźniak.
– Nogaj, Tomecki, Cichoń – wyrecytowała śledcza, wskazując palcem na kolejne fotografie. – Sprawa jest oczywista, interesuje mnie tylko motyw i pochodzenie broni. Skąd miałaś pistolet?
Anka jakby nie usłyszała pytania. Podniosła oczy na spochmurniałego mężczyznę.
– To pana krewny – domyśliła się i spytała zdławionym głosem: – Brat?
– Co? – Zdziwiona Marecka uniosła brwi.
– To nie takie proste – odparł wymijająco starszy detektyw. – Ma ze mną… dużo wspólnego. Nie czas, by to tłumaczyć.
Zszokowana Anka otworzyła usta, bełkocząc:
– Ale nosi to samo nazwisko, co pan. Wygląda podobnie. To nic nie znaczy?
– Podobnie do kogo? – Śledcza przechyliła się do przodu, by przyjrzeć się zatrzymanej jeszcze uważniej.
Niedowierzanie w jej spojrzeniu mieszało się z konsternacją. Przesłuchiwana wskazała na detektywa ruchem głowy.
– Do pana Cichonia – wyjaśniła.
Marecka skrzywiła się, jakby kazano jej zjeść plaster cytryny.
– Cichoń jest podobny do pana Cichonia? Jakiego pana Cichonia, do kurwy nędzy?
Anka szeroko otworzyła oczy, spoglądając to na śledczego, to na Marecką. Czy policjantka jest aż tak tępa? Kpi? Udaje? Przecież…
Zachowuje się tak, jakby nie widziała człowieka, który siedział obok.
Zatrzymała w końcu wzrok na detektywie, patrząc na niego prosząco, bezradnie.
« 1 2 3 4 5 11 »

Komentarze

09 IV 2016   12:21:07

Zauważyłem, że kobietom znacznie łatwiej przychodzi odnajdywanie się w gąszczu postaci. Czy to w telenoweli czy w swojej własnej twórczości. One doskonale wiedzą kto jest kto oraz kto z kim i kiedy. Faceci gubią się po trzecim nazwisku. Ale generalnie opowiadanie fajne.

10 IV 2016   22:47:52

Nie wiem tak do końca, jak jest w telenowelach, bo nie lubię i nie oglądam, ale generalnie możesz mieć rację. Wielkie dzięki za przeczytanie i pozostawienie śladu :)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Ilustracja: <a href='mailto:rafal.wokacz@gmail.com'>Rafał Wokacz</a>

Kości dla trupokupca
Magdalena Świerczek-Gryboś

15 V 2021

Chłopak zachwycony motorem wzdrygnął się i zwrócił uważne spojrzenie na mnie. Nawet przez szkła maski zwykły człowiek dostrzegłby, jak zaszlamione ma oczy. Wróżka podeszła jeszcze dwa kroki. Odsłoniła twarz. Zalane krwią gałki w zapadniętej twarzy. Sczerniałe usta. Była całkiem śliczna, taka wyjedzona.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Umowa
Elżbieta Leszczyńska

10 IV 2021

Bóg podrapał się w głowę. Targały nim sprzeczne uczucia. Kusiła go gra z diabłem, a równocześnie pragnął jak najszybciej usunąć popełnione przy tworzeniu ludzkich istot błędy.

więcej »
Ilustracja: <a href='mailto:aszady@uw.lublin.pl'>Agnieszka ‘Achika’ Szady</a>

Za górami, w tym samym lesie
Ewa Kajtoch

27 III 2021

Idę po zakupy wspomagając się balkonikiem. Udaje mi się dojść, a wrócić do domu pozwalają mi jakieś dziewczynki z osiedla. Całej portmonetki nie zabrały, ale pięćdziesiąt złotych musiałam oddać.

więcej »

Polecamy

Zobacz też

Tegoż twórcy

Luka w pamięci
— Marianna Szygoń

Dobry glina
— Marianna Szygoń

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.