Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 stycznia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Monika Szwaja
‹Dziewice, do boju!›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDziewice, do boju!
Data wydania7 lutego 2008
Autor
Wydawca SOL
CyklKlub Mało Używanych Dziewic
ISBN978-83-925879-8-9
Format362s. 144×207mm
Cena29,90
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Bajka dla dorosłych z tortoleniem w tle
[Monika Szwaja „Dziewice, do boju!”, Monika Szwaja „Zatoka Trujących Jabłuszek” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
„Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”, mawiają w naszym kraju mądrzy ludzie. W taki sposób można by streścić historie bohaterów powieści Moniki Szwai „Dziewice, do boju” i „Zatoka Trujących Jabłuszek”. Amerykańscy psychologowie piszący podręczniki dla handlowców są jednak optymistami, twierdząc, że nie ma rzeczy niemożliwych. I to też w odniesieniu do mało używanych dziewic jest prawdą.

Magda Jurowicz

Bajka dla dorosłych z tortoleniem w tle
[Monika Szwaja „Dziewice, do boju!”, Monika Szwaja „Zatoka Trujących Jabłuszek” - recenzja]

„Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”, mawiają w naszym kraju mądrzy ludzie. W taki sposób można by streścić historie bohaterów powieści Moniki Szwai „Dziewice, do boju” i „Zatoka Trujących Jabłuszek”. Amerykańscy psychologowie piszący podręczniki dla handlowców są jednak optymistami, twierdząc, że nie ma rzeczy niemożliwych. I to też w odniesieniu do mało używanych dziewic jest prawdą.

Monika Szwaja
‹Dziewice, do boju!›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDziewice, do boju!
Data wydania7 lutego 2008
Autor
Wydawca SOL
CyklKlub Mało Używanych Dziewic
ISBN978-83-925879-8-9
Format362s. 144×207mm
Cena29,90
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Pierwsza część historii o sympatycznych szczeciniankach opowiadała o okolicznościach powstania Klubu Mało Używanych Dziewic i życiu ich członkiń. W drugiej części cyklu – „Dziewice, do boju!” – okazuje się, że to życie nie jest tak poukładane, jakby się wydawało, ba, w niektórych wypadkach wszystko wywraca się do góry nogami. Żeby nie zdradzić za dużo, powiem tylko, że te „wywrotki” dotyczą i miłości, i pracy, i relacji ogólnoludzkich. Niekiedy są naprawdę zaskakujące, niekiedy cokolwiek niewiarygodne.
Akcja „Dziewic, do boju!” rozgrywa się w doprawdy romantycznych sceneriach. Mamy trochę zielonej Irlandii z jej malowniczymi klifami i urokliwymi miasteczkami, mamy Stolec, wieś, w której można spotkać rzadkiego ptaka bąka, no i już tradycyjnie Szczecin – tym razem podczas odbywającego się tu międzynarodowego zlotu żaglowców Tall Ships’ Races.
Jak zauważyła Agnieszka, jedna z „dziewic”, ta „romantyczność unosząca się w powietrzu” sprawiła, że wszyscy zaczęli zachowywać się nieracjonalnie. Najbardziej widać to było na przykładzie Aliny i pięknego poruczniko-kapitana samego Daru Młodzieży. Może dlatego, że mieszkam na południu Polski, bez morza i żaglowców pod ręką, a może dlatego, że twardo stoję na ziemi, ten fragment książki do mnie nie trafił. Choć, trzeba przyznać, był sympatyczny.
Konstrukcja powieści nie odbiega zasadniczo od poprzedniej w serii. Znów na pierwszym planie znalazły się mało używane dziewice, choć tym razem ich relacje się zmieniają – Michalina, Agnieszka i Alina trzymają się razem, a depresyjna Marcelina coraz bardziej się od nich odsuwa. Jak podsumowała to trafnie panna Hart: „(…) my jak prawdziwi muszkieterowie, a Marcela jak jakiś kompletnie wybrakowany d’Artagnan”. W „Dziewicach, do boju!” więcej miejsca dostali też bohaterowie drugoplanowi, jak na przykład sympatyczny Dawid Niepiera czy stylowy notariusz Jerzy Brański. Pojawiają się też nowe postacie – świetnie sportretowany szalony ornitolog maminsynek Bronik, antypatyczna pani Kaczmarkowa oraz jej była i obecna rodzina.
Nieco inaczej wygląda sprawa z „Zatoką Trujących Jabłuszek”, trzecią częścią cyklu. Tu zmienia się w zasadzie wszystko: od miejsca akcji po sposób opisywania bohaterów. Odświeżyło to powieść i przesunęło jej środek ciężkości z historii raczej obyczajowo-romansowej w kierunku bardziej realistycznej, niestroniącej od poruszania niewygodnych tematów. A że autorka zachowała humor i lekkość pióra, „Zatoka…” okazała się wspaniałą lekturą. Ale po kolei.
Do największych zmian, jakie poczyniła Monika Szwaja na kartach „Zatoki…”, należy miejsce akcji – ni mniej, ni więcej, tylko egzotyczne Karaiby, a dokładniej Wyspy Dziewicze. W końcu, jak śmiał się psychiatra Grzegorz Wroński, gdzie indziej mogłyby się wybrać rasowe polskie „dziewice”. Jeśli dodam, że autorka, jak pisze na swojej stronie internetowej, „namówiona przez nieodpowiedzialnych przyjaciół”, sama wybrała się w podobny rejs, zmiana Szczecina na bardziej słoneczne miejsce już nie dziwi.

Monika Szwaja
‹Zatoka Trujących Jabłuszek›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułZatoka Trujących Jabłuszek
Data wydania17 listopada 2008
Autor
Wydawca SOL
CyklKlub Mało Używanych Dziewic
ISBN978-83-925879-9-6
Format352s. 144×207mm
Cena29,90
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Rejs Klubu Mało Używanych Dziewic, ich amantów i przyjaciół, a nawet przyjaciół przyjaciół, okazał się zdecydowanie wypasiony dzięki niespodziewanej hojności losu. Były dwa luksusowe katamarany, piaszczyste plaże i szmaragdowa woda, drinki z palemkami i mnóstwo innych atrakcji. Brakowało tylko, zdaniem pani Lilianny Bronikowskiej (mamusi Edusia ornitologa), Murzyna z liściem, który by ją wachlował, a w razie potrzeby również bujał hamakiem rozpiętym między dwoma palmami. Wprowadzenie do akcji powieści pani Lilianny, emerytowanej fryzjerki operowej, to jeden z lepszych pomysłów autorki i przykład na to, że są w przyrodzie babcie, które stojąc prawie nad grobem, potrafią korzystać z życia. A już duetu pań: Bronikowskiej i Róży Chrzanowskiej nie przebije nic. Ich odwetowa akcja pod szkołą Rozbickich i rzewne opowieści, które snuły do mikrofonu dziennikarzy telewizyjnych, powodują niekontrolowany chichot i wzbudzają uznanie dla mołojeckiej fantazji babć. Ten tandem nasuwa zresztą skojarzenie z bohaterkami innej książki Szwai: leciwą niemiecką baronową i polską rotmistrzową ze „Statecznej i postrzelonej”. Przeciwieństwem rozrywkowych staruszek jest wiecznie skwaszona mama Konik-Hart, unieszczęśliwiająca się na własne życzenie i zatruwająca wakacje wszystkim. Pani Bożena jest typowym przykładem słuszności powiedzenia: „jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz” i niestety nie zmienią tego nawet bajeczne Karaiby. Na szczęście Michalinie udał się tatuś Noel, mistrz przyrządzania drinków, a w odpowiednim nastroju – amator rzewnych ballad. To kolejna z postaci, które możemy poznać bliżej w „Zatoce…”. W tej książce najbardziej zresztą zaciera się granica między bohaterami drugo- i pierwszoplanowymi.
Kolejną sprawą jest tematyka powieści. Choć we wcześniejszych częściach również pojawiały się poważne problemy (samotność starszych osób, niepełne rodziny, depresje i inne choroby), stanowiły one tło, tutaj często są motorem akcji. Pisarka pełnymi garściami czerpie choćby z informacji pojawiających się w mediach – porusza sprawę ciąży nieletniej uczennicy, przejścia z obrońcami życia, problemy dzieci wychowywanych przez dziadków, bo rodzice kelnerują czy zmywają za granicą, albo nawet jeśli są w domu, to na tyle pochłonięci pracą, że dzieci wychowuje pomoc domowa. Monika Szwaja uświadamia nam, że ważniejsze od pogoni za forsą są dobre relacje rodziców z dziećmi, okazane im serce i zainteresowanie. Niby oczywistość, ale większość dorosłych przywykła uważać, że problemy to są w rodzinach patologicznych, a urządzenie córce ślicznego pokoju załatwia wszystko.
Warto również zwrócić uwagę na kwestię depresji. Już w pierwszej powieści dowiadujemy się, że trzy czwarte klubu lata do psychiatry, czego by nikt nie podejrzewał. W końcu utarło się w Polsce, że psychiatra jest lekarzem od wariatów, więc wiele osób albo uważa, że takiej pomocy nie potrzebuje, albo nie chce przy pomocy fachowca uczciwie nad sobą popracować i wybiera łatwiejsze wyjście, ulegając różnym cwaniakom i naciągaczom. Taką sytuację opisano w książce – klinikę, którą założyła para oszustów bez przygotowania lekarskiego, by za pomocą kwiatów, medytacji i soków z passiflory „leczyć” ludzi – a faktycznie wyciągnąć od nich kasę, a potem zostawiać na lodzie. Podobnych „cudotwórców” spotykamy w naszym codziennym życiu i zdarza się, że wierzymy im bardziej niż fachowcom. Może jednak przypadek opisany na kartach „Zatoki…” sprawi, że inaczej spojrzymy na specjalistów od zdrowia psychicznego i w razie potrzeby nie zawahamy się skorzystać z ich pomocy.
Zaryzykuje stwierdzenie, że książki Moniki Szwai przypominają nieco Sienkiewiczowską „Trylogię” – też służą „pokrzepieniu serc” (w sam raz na obecną porę roku). Może tematyka nieco inna, mniej krwi, przemocy i zero Kmicica, ale za to są: humor, fantazja, prawość i szlachetność. A źli ludzie też kończą źle, choć nie tak spektakularnie jak Azja Tuhaj-bejowicz.
Na zakończenie wyjaśnię jeszcze, skąd się wziął tytuł powieści. Otóż na Karaibach faktycznie istnieją trujące małe zielone jabłuszka, zwane machioneel, z którymi lepiej nie mieć styczności, zaś „Zatokę Trujących Jabłuszek” wymyśliła pani Lilianna, stosownie zresztą do pewnej sytuacji. Natomiast jeżeli jesteście ciekawi, skąd się wzięło „tortolenie” w tytule niniejszej recenzji, musicie zajrzeć do powieści, bo tego już nie zdradzę. A gdy zajrzycie, nie pożałujecie.
koniec
20 grudnia 2008

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Zbrodnie w stylu retro: Wejść, ukraść, wyjść i… przeżyć
Sebastian Chosiński

27 I 2022

To nie jest najbardziej udana powieść Adama Nasielskiego, który w połowie lat 30. XX wieku stał się pisarzem rozchwytywanym do tego stopnia, że stać go było na to, aby zamieszkać w naddniestrzańskim kurorcie Zaleszczyki. Chcąc jednak osiągnąć mistrzostwo, trzeba najpierw być zdolnym czeladnikiem. „Fort grozy” – druga powieść przyszłego twórcy postaci Bernarda Żbika – jest właśnie dziełem prozaika, który dopiero poznaje arkana zawodu.

więcej »

Dwadzieścia jeden ról
Joanna Kapica-Curzytek

26 I 2022

Czy „Rewolucja niebieska. Powieść o Mikołaju Koperniku” jest rzeczywiście powieścią? Ten bez wątpienia pięknie napisany utwór sprawdziłby się o wiele lepiej jako esej biograficzny lub historyczny.

więcej »

Perły ze skazą: Sąd – sądem, ale sprawiedliwość…
Sebastian Chosiński

25 I 2022

Gdy odchodzi stary świat i rodzi się nowy, zawsze dochodzi do konfliktów – niekiedy politycznych, niekiedy etycznych. W „Sądzie” Władimira Tiendriakowa – niewielkiej powieści, którą można uznać za majstersztyk prozy psychologicznej – oba te aspekty wzajemnie się przenikają. I z tego powodu ze zdwojoną siłą uderzają w kręgosłup moralny starego myśliwego Siemiona Tietierina.

więcej »

Polecamy

Pijane ślimaki prowadzą śledztwo

Stulecie Stanisława Lema:

Pijane ślimaki prowadzą śledztwo
— Mieszko B. Wandowicz

Pogrzeb pośród mgławic
— Mieszko B. Wandowicz

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.