Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 lutego 2024
w Esensji w Esensjopedii

Nicholas Eames
‹Królowie Wyldu›

EKSTRAKT:50%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKrólowie Wyldu
Tytuł oryginalnyKings of the Wyld
Data wydania30 października 2018
Autor
PrzekładRobert J. Szmidt
Wydawca Rebis
CyklSaga
ISBN978-83-8062-309-5
Format528s. 132×202mm
Cena39,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Majówka seniorów
[Nicholas Eames „Królowie Wyldu” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
„Królowie Wyldu” Nicholasa Eamesa to dobry przykład na zwodniczą renomę literackich nagród.

Jarosław Loretz

Majówka seniorów
[Nicholas Eames „Królowie Wyldu” - recenzja]

„Królowie Wyldu” Nicholasa Eamesa to dobry przykład na zwodniczą renomę literackich nagród.

Nicholas Eames
‹Królowie Wyldu›

EKSTRAKT:50%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKrólowie Wyldu
Tytuł oryginalnyKings of the Wyld
Data wydania30 października 2018
Autor
PrzekładRobert J. Szmidt
Wydawca Rebis
CyklSaga
ISBN978-83-8062-309-5
Format528s. 132×202mm
Cena39,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Na pozór „Królowie Wyldu” wyglądają bardzo atrakcyjnie. Grupa seniorów, dawnych rębajłów mordujących setkami najgroźniejsze potwory, musi znów zebrać się razem i ruszyć w dzikie ostępy na ratunek córce jednego z nich. Panowie mają po pięćdziesiąt lat z górką, czy też może nawet i więcej, kraina obfituje w szeroki wachlarz niezwykle niebezpiecznych stworzeń, całość opowieści została zaś utopiona w humorze. Co więcej – powieść uhonorowano w roku 2018 Nagrodą im. Davida Gemmella za najlepszy debiut fantasy (przy czym była to zarazem ostatnia edycja nagrody), a na okładce polskiego wydania znalazła się fraza „Najlepsza książka fantasy 2017 roku”, bo takie właśnie miano przyznał portal Fantasy-Faction.com temu literackiemu dziełu.
Czy coś mogło więc pójść źle? No więc – tak, praktycznie wszystko. Ale może po kolei.
Postaci – w rozumieniu bohaterów – są nijakie. Mieli być seniorzy, którzy po bitych dwóch dekadach wracają do swojego rzemiosła, czyli rzezania stworów, ale z seniorskich przypadłości trafia się co najwyżej obfity brzuch u tego, który zasiadł na królewskim stolcu, oraz… no nie wiem, może nieco lumpiarski wygląd u innego. Dzieci? No tak, u paru są. Utrata masy mięśniowej? No niby gdzieś tam tak, ale nie przesadzajmy. Zmęczenie życiem? W teorii tak, ale wszyscy z nich z miejsca mogą brać się do roboty i ruszają na drugi koniec świata, nie ustając w drodze i nie kwękając. I to mimo perspektywy starcia z wrogiem nawet nie tyle przeważającym liczebnie, co po prostu niemożliwym do pokonania, zwłaszcza jeśli się idzie w kilka osób. Bez problemu też wymachują bronią, mocno, precyzyjnie i szparko tnąc przeciwników na plasterki.
Świat – jest tuzinkowy. Do jednego wora wrzucono większość znanych z fantasy stworów (smoki, ogry, trolle, chimery, drzewce, wilkory itp.), wzbogacono pulę zapożyczeniami z systemów RPG (m.in. znalazły się tu ettercapy i ettiny z Planescape′a), do tego dodano magiczne bronie (głównie miecze) oraz… latające żaglowce. Które niby są niesłychanie rzadkimi reliktami po wymarłej rasie, ale bywa, że na niebie jest od nich wręcz tłoczno. Bo każda ważniejsza persona ma takie cacko i naturalnie uwielbia krążyć nim po świecie, dzięki czemu statek trafia się na kartach powieści praktycznie co rusz. Ba! Bohaterowie też taki w pewnym momencie sobie przywłaszczają. W całej tej mnogości kreacji chyba jedynym rzeczywiście oryginalnym wkładem autora jest rasa druinów, czyli niemalże nieśmiertelnych ludzi z… króliczymi uszami. Nie był to jednak przesadnie mądry pomysł, bo ilekroć trafia się druin, przed oczami czytelnika staje Królik z Disneyowskiej wersji „Kubusia Puchatka”..
Humor, którego obfitością reklamowano tę książkę, również rozczarowuje, bo jest przaśny, niekiedy wręcz czerstwy. Taki w sam raz na delikatny uśmiech połową ust co 15-20 stron. Jak dla mnie to zdecydowanie za mało, by nazwać „Królów Wyldu” powieścią humorystyczną.
I tu dochodzimy do tego, co czyni z „Królów Wyldu” swego rodzaju kuriozum. Otóż po opisanym świecie plączą się dziesiątki, może nawet setki grup najemników zajmujących się rzezaniem stworów. Każda z własną, chwytliwą nazwą. A wszystkie ogólnie znane, ciągające ze sobą na każdą wyprawę barda, by sławił ich poczynania. W efekcie nie idzie spamiętać, kto, co, gdzie i kiedy, ale bohaterowie – naturalnie sami tworzący ongiś jedną z takich grup, bodaj najbardziej legendarną ze wszystkich dotychczas istniejących (co jest trochę bez sensu, bo wcześniej też chyba jakieś grupy były, i to mające na koncie grubsze sukcesy) – są rozpoznawani przez niemalże wszystkich, z którymi się stykają. Mimo że od dwudziestu lat już nie działają, czynów równie bohaterskich dokonano w międzyczasie całe multum, a do tego akurat ich bardowie nie utrzymywali się długo przy życiu, więc nie wiadomo, kto miałby sławić ich triumfy.
Żeby nie było – sam koncept powieści jest nawet interesujący. To jakby próba pożenienia epickiej sagi dla starszych czytelników (w rozumieniu: prawie-emerytów marzących o wywijaniu mieczem) z wątkami bliskimi sercu uzależnionej od mediów społecznościowych młodzieży, czyli odpowiednikiem naszego Tik Toka, seriami produkującego celebrytów. Biegnie się gdzieś, gdzie wiadomo, że grasuje większy stwór, ubija się go i cyk! No, może nie pstryka się sobie fotki, ale daje się wódkę bardowi, żeby dobrze rymy poskładał i puścił laurkę w obieg. Kłopot w tym, że wedle fabuły grup takich jest zatrzęsienie, przez co chwilami opowieść popada w groteskę, bo więcej tu celebrytów walczących o rozpoznawalność i poklask niż zwykłych ludzi zarabiających na chleb jakąś przyziemną pracą.
Niestety, taka dziwaczna konstrukcja świata wymusza pewną umowność czy wręcz infantylność realiów. Pieniądze? Leżą na ulicy. Niby żaden z głównych bohaterów (nie licząc króla, ale tylko przez chwilę) groszem nie śmierdzi, ale zawsze jakieś fundusze się znajdą. Przeciwności losu? O tyle, żeby czytelnika czymś zająć, bo wiadomo, że seniorom krzywda stać się (poważniejsza) nie może. Nawet jak któryś doznaje kontuzji, to pięć stron później nikt o tym nie pamięta. Głodu ani zimna też nie zaznają – zawsze w odpowiedniej chwili trafią na kogoś, kto ich zna lub ma w sercu gościnność. W końcu lektura ma być łatwa i przyjemna, nawet jeśli trup ściele się gęsto. Oczywiście trup przeciwników, bo autorowi szkoda było robić przykrości nie tylko seniorom, ale nawet ich przyjaciołom.
Podsumowując – „Królowie Wyldu” są rozczarowująco jałową książką, przebiegiem fabuły i konstrukcją świata oraz postaci przypominającą zapis kampanii RPG (o czym zresztą pisała w swojej recenzji Beatrycze). Ot, drużyna starszych herosów wędruje na drugi koniec kontynentu, po drodze radząc sobie z rozmaitymi przeciwnościami losu, od rabusiów po groźne potwory. Próżno tu szukać czy głębi kreacji, czy niezapomnianych postaci, czy wreszcie wartego uwagi humoru. To po prostu jedno z setek dostępnych na rynku czytadeł, o tyle niezłych, że połyka się je szybko i gładko, czego główną zasługą jest dobre, potoczyste tłumaczenie Roberta J. Szmidta 1). Osobiście jednak lekturę uznaję za stratę czasu i absolutnie nie zamierzam sięgać po tom drugi. O trzecim nie mówiąc, bo do dziś nie wyszedł nawet po angielsku, a gdy w końcu (jeśli w ogóle) wyjdzie, to w Polsce nikt z wydawców o Eamesie już pewnie nie będzie pamiętał…
koniec
5 października 2023
1) – tłumaczenie ma jednak spory minus, a zwie się on: imiona. Oryginalnie bohaterowie mieli być odpowiednikami członków muzycznej kapeli (zresztą cały system grup najemników miał być odpowiednikiem walczących o sławę zespołów) – z Gabrielem jako wokalistą (bo im przewodzi), Clayem Cooperem jako basistą (nikt go nie pamięta, ale bez niego muzyka nie brzmi właściwie) itd. Niestety, „perkusista” Matrick Skulldrummer stał się w polskim wydaniu zupełnie niemuzycznym Czaszkotłukiem, a „klawiszowiec”, czyli mag Arcandius Moog, dostał nazwisko Korg. Niby podobne znaczeniowo (i Korg, i Moog to nazwy syntezatorów), ale w oderwaniu od akcentów muzycznych niekojarzące się jednoznacznie z tym, z czym oryginalnie kojarzyć się miało. Co było powodem tej zmiany? I czemu skrzydlata, piękna i niesłychanie groźna daeva (która tak naprawdę powinna być zwana dewą) nosi imię… Ostróżka? Owszem, jest to zgodne z oryginałem (Larkspur), ale po polsku brzmi nieco infantylnie i kojarzy się bardziej z miniaturową, zdrobnioną nazewniczo ostrogą niż z kwiatem.

Komentarze

05 X 2023   19:53:17

Ha, widzę, że wrażenia mieliśmy podobne (dzięki za podlinkowanie mojej recenzji). Ja już po drugi tom nie sięgnęłam.

Ciekawe te uwagi dotyczące nazwisk bohaterów, nie wiedziałam o tym.

Swoją drogą, nadal strasznie brakuje mi jakiejś nowej, naprawdę ciekawej fantasy. Mam wrażenie, że zalew tłuczonymi od sztancy cyklami zasługuje już w pełni na miano powodzi.

05 X 2023   22:44:16

Opis fabuły mocno skojarzył mi się z "Ostatnim bohaterem" Pratchetta.

06 X 2023   10:37:24

@Beatrycze
Ponoć czytelnicy bardzo lubią cykle (bardziej niż pojedyncze powieści, i jeszcze bardziej niż opowiadania), a i te najlepiej, gdyby brzmiały znajomo fabularnie. To klasyczny samograj konsumpcyjny, przez który trudno się przebić komuś bez wyrobionego nazwiska.

@Weil Deshalb
Taki koncept (weterani wracają na heroiczny szlak) nie jest aż taką rzadkością. Że wspomnę "Zimowych wojowników" Gemmella (jego "Legenda" też w końcu zahacza o wzorzec), "Klątwę nad Chalionem" Bujold czy - zdaje się - powieści Abercrombiego.

06 X 2023   12:20:34

Nie mam nic przeciwko cyklom (choć przyznam, chętnie przeczytałabym sobie jakąś ciekawą samodzielną powieść, opowiadania jako formę też bardzo lubię), pod warunkiem, że są dobre.

A chyba ostatnimi, jakie naprawdę zrobiły na mnie wrażenie, była tetralogia o Metthew Swifcie Kate Griffin i trylogia o Jorgu (Książę/Król/Cesarz cierni Marka Lawrence'a. A czytałam je w 2015 i 2017 (wydane zostały jeszcze wcześniej).

Czytam teraz te cykle i raz, że spora część jest słaba, dwa - ulatują mi z pamięci ekspresowo. Taki literacki fast food.

06 X 2023   12:22:15

Matthew Swifcie miało być, sorry za literówkę.
Swoją drogą, ten, najoryginalniejszy pod względem światotwórstwa i mechaniki magii cykl fantasy nie był chyba aż tak popularny, skoro autorka ostatnimi laty pisze w nieco innym (moim zdaniem gorszym) stylu.

06 X 2023   12:30:42

Aaach i tak to jest, jak się pisze na szybko - tym razem zapomniałam dodać, że chodzi mi o urban fantasy.

Lawrence z kolei następne cykle napisał już bardziej zachowawczo a ostatnio zdaje się przerzucił się na książki dla nastolatków.

Brakuje mi w tych nowych cyklach poważnego podejścia do świata, staranności, wewnętrznej spójności, a nie na zasadzie "opowiedzmy teraz historyjkę, to nic, że się kupy nie trzyma".

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

PRL w kryminale: Grzech niedocenienia (ludowej milicji)
Sebastian Chosiński

23 II 2024

Gdybym miał obstawiać, jednak bez groźby utraty postawionej gotówki, stwierdziłbym, że Paweł Borys Henelt napisał „Nieuchwytnego” w 1955 bądź następnym roku i że była to chronologicznie pierwsza jego powieść z majorem MO Wiktorem Zarubą w roli głównej. Mimo to na swój pierwodruk – i to nie w formie książkowej, lecz jako „gazetowiec” na łamach „Słowa Powszechnego” – musiała ona czekać długich siedem lat.

więcej »

PRL w kryminale: Nadmiernie wrażliwy śledczy
Sebastian Chosiński

16 II 2024

Niepohamowane ludzkie namiętności niejednokrotnie stawały się – także w literaturze – przyczyną wielkich tragedii. Zwłaszcza miłosnych. Taki właśnie wątek postanowił rozwinąć w jednej ze swoich „powieści milicyjnych” Artur Morena, pod którym to pseudonimem ukrywał się Andrzej Wydrzyński. Nosi ona tytuł „Arlekin”, a ukazała się – przed ponad półwieczem – w serii Iskier „Ewa wzywa 07…”.

więcej »

PRL w kryminale: „Kopan” i „kwasopran”
Sebastian Chosiński

9 II 2024

Skoro major Wiktor Zaruba, bohater „powieści milicyjnych” Pawła Borysa Henelta, jest jednym z najwybitniejszych przedstawicieli prawa, jakich świat nosi, to i sprawy, którymi się zajmuje, muszą być niezwykłej wagi. W wydrukowanym w 1962 roku na łamach „Słowa Powszechnego” „gazetowcu” „Plany rakiety X-1 zaginęły” próbuje on złapać podstępnych szpiegów, którzy czyhają na genialny polski wynalazek.

więcej »

Polecamy

Pierwsza wojna... czasowa

Stare wspaniałe światy:

Pierwsza wojna... czasowa
— Andreas „Zoltar” Boegner

Wszyscy jesteśmy „numerem jeden”
— Andreas „Zoltar” Boegner

Krótka druga wiosna „romansu naukowego”
— Andreas „Zoltar” Boegner

Jak przewidziałem drugą wojnę światową
— Andreas „Zoltar” Boegner

Cyborg, czyli mózg w maszynie
— Andreas „Zoltar” Boegner

Narodziny superbohatera
— Andreas „Zoltar” Boegner

Pierwsza historia przyszłości
— Andreas „Zoltar” Boegner

Zobacz też

Inne recenzje

Sowoniedźwiedź na stercie martwych bardów
— Beatrycze Nowicka

Tegoż autora

Kości, mnóstwo kości
— Jarosław Loretz

Gąszcz marketingu
— Jarosław Loretz

Gadzie wariacje
— Jarosław Loretz

Weź pigułkę. Weź pigułkę
— Jarosław Loretz

Warszawski hormon niepłodności
— Jarosław Loretz

Niedożywiony szkielet
— Jarosław Loretz

Puchatek: Żenada i wstyd
— Jarosław Loretz

Klasyka na pół gwizdka
— Jarosław Loretz

Książki, wszędzie książki, rzekł wół do wieśniaka
— Jarosław Loretz

I robotom bywa smutno
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.