Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 3 marca 2024
w Esensji w Esensjopedii

Krzysztof Bartnicki
‹Morbus Sacer›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
AutorKrzysztof Bartnicki
TytułMorbus Sacer
OpisKrzysztof Bartnicki, rocznik ’71. Humanoid, anglista. Aerobiont, czekoladożerca, whiskyfil. Pracuje w Katowicach, ale sterem (marzeń) orientuje się na Wrocław. Rodzinnie zdyscyplinowany: jednokroć żonaty, dwakroć dzieciaty, po trzykroć szczęśliwy. Z utęsknieniem czeka krzyżówki Joyce’a z Dukajem. Póki co, sam goni własny ogon w zwodliwych kazamatach Logorei.
GatunekSF

Morbus Sacer, cz. 3

« 1 8 9 10

Krzysztof Bartnicki

Morbus Sacer, cz. 3

– Powody? - pyta Simm Vodd, jego brat zrzuca się ku mnie, dogniata raport do niewidzialnej ściany strumieniem danych. Początkowo fechtuję, potem ustępuję pola. Raport melduje o ich tętnach, oddechach: są w normie. Moja temperatura ciała wzrasta do 35.2. Chcę to ukryć, ale zajęty wypychaniem zafałszowanych komunikatów, nie dostrzegam, że Fasil przesuwa się ku naszej ławie i grzebie w dokumentach. Biję go w łapy skręconym leksemem Ding an sich, przeżuwa to, lecz jakże, jakże krótko, wraca chrzęstem, straszy projekcjami mitologicznych potworów. Wyzwalam mu na grę, niechaj myśli, że się boję. Niechaj zdaje się, że myślę. Wysyłam fałszywki o drżeniu palców, tempie przełykania śliny, ruchach grdyki. Chwyta przynętę, energię wkłada w metamorfozy poczwar. Zapomina się, że bez prawego płata jego przestrzenne, trójwymiarowe wykwity nie są nadzwyczajne. Jego brat to dostrzega, strofuje, Stridor zostaje bez wroga, korzysta, klaruje bez oporów, że spec rozszerzenie LOC nie przesądza o charakterze wekslowym pliku, lepszy hakker może nadać to rozszerzenie każdemu plikowi. Vodd właśnie teraz musiałby sprzeciwić się, że oskarżanie o piractwo sieciowe nosi znamiona zniesławienia, ale zajmuje się bratem, wyciera jego bohomazane hydry i centaury. Sąd punktuje, przeważamy 297-285. Simm dostaje wynik na hełm, wścieka się, atakuje morfofajerwerkami rzadko przywoływanych paragrafów o poręczeniach szyfrowych weksla. Fasil też się rozbuhajczył, chce zemsty, zarzuca stosem zagadek słownych. Rozwiązuję jedną po drugiej, tworzy je, ham, jeszcze prędzej, dorzuca, dorzuca, stos zamyka mi się nad głową, duszę się i nie widzę światła, światła żył, raport próbuje obejścia awaryjnego, i czeka potwierdzenia, w kompletnych ciemniach rozlanych przez oczy macham rękawicą, kilka ikon włączam na raz. Jest potwierdzenie: raport powraca ze światłem, ale przy okazji włącza się mikrofon, sąd słyszy mnie pod paradoksami, przerywa Metelskiemu, pyta co chcę dodać. Nie mogę tak myśleć w nieskończoność, muszę coś powiedzieć, bo ukarzą nas za obrazę sądu. Jest 578-615, sąd nie znalazł nawet funkcji fatycznej, bracia tryumfują, Stridor nienawidzi, zaprzepaściłem przewagę wypracowaną w ciągu ostatnich trzech godzin, hamuje się, i tak wskaźniki mi wariują.
– Za domniemaniem niewekslowości pliku przemawia brak holo opłaty skarbowej - mówię szybko i byle co, sąd wycenia to na czterdzieści punktów, 628-615, Simm zbija mnie, że brak holo opłaty skarbowej nigdy nie przesądza o nieważności weksla, słusznie, i oto 628-660. Metelski nie ripostuje, wyciąga spod stosu. Wraca do walki, ja za tarcze. Fasil chichocze ergo odsłania się na chwilę, zapomina o wskaźnikach, skok przez salę, wykreślam mu cztery setki ciśnienia skurczowego, krztusi się własnym śmiechem, zatyka, pluwa. Stridor właśnie wywodzi, że podpis domniemanego wystawcy na przypliku jest krzywy a zatem mógłby to być najwyżej podpis poręczyciela, czego nie można sprawdzić, skoro powód nie włamał się do poręczenia szyfrowego, bracia proszą przerwy, kosztuje to ich prawie remis: 1058-1059, sąd spyta czy zgadzamy się na przerwę, Metelski może skorzystać z zamieszania u wroga lub…tak, zgodzić się, sąd docenia, dostajemy dychę, rozprawa zostanie wznowiona od stanu 1068-1059.
– Co jest, kurwa?! - ryczy na mnie Stridor, gdy holokonstrukt zwija się z pola widzenia a za nim znikają bracia syjamscy.
Koniec nagrania. Monitor powrócił w ocean. Quod erat vomitandum.
• • •
Wywieszka: Enwer Kilim. Neurocancer. Mniejszą czcionką: We Get Job Done. To my doświadczamy Hioba. Kod dostępu, drzwi rozsunęły się cichutko.
– Dzień dobry lub niedobry, profesorze Kilim - powiedziałem.
Mały człowieczek w fioletowym kitlu obwisłym po łydki, w przyłbicy neurologicznej zasłaniającej głowę oprócz prawego oka, które zaczęło okrywać lekceważona pajęczyna żyłkowanych pasożytów gałki, plus różowe skarpetki do ongi czarnych butków pamiętających którąś z poprzednich wojen bitowych, nurzył się zza anorektycznie chudych papierów i bulimicznie opasłych książek na blatku podniszczonego biurka. Plus: kozetka, stołek, roczniki Lancetera owdowiałe w różnych kątach pokoju, niedopały wciśnięte w doniczkę z olbrzymim, mięsożernym wrotyczem, tuż przy przyciemnionym oknie wyleniały komputer starego typoszeregu ze skandrukarką i nastocalowym monitorem zapracowanym nad wygaszaczem z dominantą kopulujących skorpionów. Korporia NCM pozwala cudakowi wyświadczać przysługi i usługi medyczne, co dowodzi tylko kwalifikacji, bo czego innego.
– A, witam, chacha - (Jego śmiech nie tolerował przerw, a więc nie „cha cha”.) - Lasciate omni spermata, voi qu’entrate! Chacha, czy jak to tam było, chacha. Proszę, chłopcze, na choroby umysłowe nigdy się nie jest za młodym, chacha.
– Nie jestem chory umysłowo - powiedziałem.
Enwer Kilim wskazał mi palcem wciąż wolne miejsce na kozetce.
– To się da naprawić, chacha.
Zdjąłem obuwie, położyłem się. Profesor przysunął stołek, przysiadł, założył minę zatytułowaną „Jak się pan nazywa?”
– Biernat Samski.
Doktor pstryknął w przyłbicę. Zabuczała, zabzyczała, zamełła, zawyłła.
– Jest pan w spisie. Świeży magister. Dwadzieścia semestrów neuroindukcji finansowoprawnych. Studia z wyróżnieniem. Ale bez MBA, co? Chacha. Zgadza się, tak? I cóż pana sprowadza w moje niskie podprogi?
– Niepamięć wsteczna.
Zażądał szczegółów. Szczegóły? Nie pamiętam zeszłej niedzieli, zeszłego poniedziałku, zeszłego wtorku. Jest ów kawałek Sisters of Percy6): „Dni zeszły, nie żyjąc wspomnieniem?” Ale żyje ikona trupiej czaszki. Nagranie z sądu w niedzielę nie pomogło. Absolut-Nie. Wszystko. Nie, nie wszystko, mówi mi Kilim. Odłączył któryś terminal na przyłbicy i zaczepił mi go za uchem. Nie wszystko, efendi. Gdybym panu powiedział, że staż pan dawno zakończył, że pracuje pan w Korporii od pięciu, sześciu prawie miesięcy na pełnych obrotach, dopiero miałby pan problem, co? Chacha. Tak myślał doktor, ale nie zaufałem temu odczytowi. Przecież zapomniałem jak zaczepić się w cudzych myślach. A jeśli to były moje myśli? Jeśli to ja jestem Kilim Enwer? Oj, ham, muszę się, przespać. I, ham, muszę się przepić.
– Co my tu…O, alfa nieregularne…Nic to, każdy ma alfy…Są i theta…Nieliczne, prawda…No, ale na theta mocnych nie ma…Powiem: pas…Chacha, sześć bez atu. Może pan już wstać.
Ściągnął ze mnie rurkę. Zsunąłem się z kozetki, odpaliłem zatrzaski butów. Kilim odstawił stolik, siadł obok komputera.
– Opcja A jest taka: każdemu może się zdarzyć. Zwyczajna reakcja na stres. Skąd stres, miej pan w dupie. Stresem parają się brodacze spod znaku Freuda. Sam wyraz durny: Freud. Chacha. Jakby się cieszył sobą samym. Pan Radocha Onanisty, chacha. Głupole. Więc pana reakcja to drobiazg. Łykać witaminki a kłopot przeminie z wiatrami.
– Opcja B, doktorze?
– Zostawię ją sobie. Kolekcjonuję opcje B, rozumie pan. Chowam do kosza na pranie, chacha. Czyszczę do nieistnienia.
– Opcja B, doktorze?
– Uparciuch. Wybaczy pan, ale ja nigdy nie ryzykuję opinii na podstawie jednego przypadku uogólnionego objawu. Jeżeli dolegliwości powtórzą się, wówczas zapraszam do siebie ponownie. - Dodał ostro: - Może żąda pan, ham, konsultacji?
– Dzień dobry lub niedobry - powiedział Jasnorzewicz a obok brak Szarego Fraktala. - On nie przyjdzie. Lepiej zapytaj o Swedenborga.
Wyskoczyłem z wizyty. Skurczygnij. Zapomnieć. Powiedział to. Swedenborg. Jak cieplutko na duszy. Ciekawe czy gdzieś jest ikona podgrzewu dusz? Zamiast niej ikona skrzyżowanych szpad, jest odległy lecz wyczuwalny prześwit pamięci, jest to właśnie skrót do Swedenborga. Sam wprosił na spotkanie. Poznał mnie, miał w pamięci pojedynki przeszłych dni: miło się z panem wygrywało, przekazał, czy ma pan ochotę na złudę rewanżu? Znam cię, Swedenborg, odparowałem wścibskie bity, heksagramy, pentagramy, wiraże, znam z lekcji literatury. Acha, zaśmiał się, lecz tamten nie żyje, poczciwy Maniek, on już nie żyje, nie, nie. Przytłamsił mnie od nowa. Ale, ale, co z pojedynkiem? Lekty duchów, przemowy aniołów, języki idei, chacha. Zaczynaj, syczę. Ile wyrazów, ile, ile? Rozpędza się. Głowa rozniecona. Trzy? Granica, Maniek nie żyje, ale ja, hopsa, no ile granica, ile? Chacha. Niechachaj będzie sześć, zliczba najbardziej doskonała, taki owaki. Przypomniałem sobie: Swedenborg. Chciałem z nim walczyć. Bardzo. Byłem głodny. Bardzo dobrze, ham. Bardzo jeść, mniam.
– Sześć. Maniek. Kwadrat - rozpoczął rozbawiony.
(Maszyna podaje hasła, a zna je wszystkie…)
– Trzydzieści sześć. Nomen.
(…Człowiek ma zadane złączyć dwa z nich, splątać je w jedną asocjację, myślowy bluszcz …)
– Pitagorejczycy. Triangulat. Róża. Semiotyka.
(…Każdą asocjację maszyna ripostuje dwoma kolejnymi hasłami…)
– Twierdzenie. Kolec.
(…Maszyna nigdy nie przegrywa, bo czas odpowiedzi człowieka jest równy neurytowi a odpowiedź maszyny jest szybsza światłowodem, a za każdy mikron wahania dochodzi jedno hasło…)
– Przeklęty Fermat. Święty Sebastian. Fallus z popiołów. Anty cokolwiek.
(…Ćwiczenie uczy skojarzeń, nieodzownych w neurosieci. Od kiedy okazało się, że elegancki krawat wpływa na werdykt, kiedy udowodniono działanie efektu aureoli, różnorakich sztuczek manipulujących trzeźwością osądu…)
– Pędzel Da Messiny. Diabeł.
(…Czczono jedyną paremię, złotą, dwudziestoczterokaratową: Vae victis, bo zwycięzca ma zawsze rację a sprawiedliwość tylko czasem, a więc trzeba zmiażdżyć wroga, obrońca prokuratora, prokurator obrońcę, powód pozwanego czy odwrotnie, kto silniejszy, ten zna prawdę. - Źle, zawahałem się…)
– Słoma. Sól. Element. Nienawiść. Przepona.
(…Nieudane słowo, sprawiedliwość, sprawiedliwość jest ślepa ale ferujący wyroki nie, ham, oni widzą wszystko, i widzą, że jedwabna koszula cenionego oskarżyciela przeważa nad zapoconą wymięciną adwokata z urzędu; lepsze ujęcia kamery, bardziej profesjonalny makijaż, jakiś pierdliwy Fonda usadzający dwunastkę gniewnych nadludzi, trafniejsze słowa mowy końcowej, lepsza prozodia, lepsza rzeźba argumentacji, presja uniesionych kciuków opinii publicznej…)
– Vesania. Okruch chleba. Przestrzał.
(…Gladiatora areny wielokrotnego morderstwa może ułaskawić ciśnienie atmosferyczne, bo sędziemu nie dokuczy głowa, będzie w dobrym humorze, żona do niego wróci i powije mu przepiórki w płatkach róży. Ale może sędzia być w humorze złym, uraczono go jajecznicą, której nie znosi, w wehi zepsuty rozrusznik, w sercu też psuje się rozrusznik, musiał jechać metrem, nitrem, świtem, a tam ścisk, narkomani może go okradli…)
– Szechina. Vehini Hai. Haiku. Łzawy ból. Somma.
(…I w neurosieci też wygrywają mówiący szybciej, myślący szybciej, kojarzący szybciej, przymilający szybciej, zabijający szybciej, szybciej okaleczający ułudami, puzzlami rozrywający czerep, ham, zasady nie zmieniają się, ham, nigdzie się nie zmienią, transakcje, przepływy pieniężne, umowy, negocjacje, szantaże, pakty, wojny, miłości, gadki szmatki. Cóż z tego, że sędziego zastąpiła maszyna, maszynę także projektowała płocha subiektywność człowieka, programowała, przedawała; ostatnia subiektywność na placu boku zostaje mianowana obiektywnością…)
– Somma? - pomyślałem gdzieś z boku. Otwarte oczy siostry.
(…Uczyć się od maszyny, uczyć się jak być szybszym, wygrać, udowodnić, otwarte oczy… - Co? Somma?…Somma? Zbyt długie wahanie, zbyt długie.)
– Somma? - pomyślałem wreszcie i na głos.
– Przegrał pan, jak zwykle - szydzi Swedenborg. - Przegrał jak te pół miliona pod Haigiem. Play it again, Sam?
Dobrze, dobrze, dobrze, zagryzłem, długa jest noc, cicha jest sieć, przed nami wiele rund. A ja jestem głodny.
koniec
« 1 8 9 10
1 listopada 2002
1) Dzień rozmnaża lustra a Noc je niweczy.
2) Słowo, skoro jest obrazem Człowieka, jest więc kimś innym.
3) Są Słowa, które nigdy nie dotykają ziemi.
4) A pokątnie również w magicznych spiralach Słownika chazarskiego.
5) Mądrością jest na jadle się skupić i nie przyglądać się pośladkom, jak ujął rzecz prowincjonalny poeta.
6) Shelley, or Shall he not?

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 7
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

17 XI 2012

Lady Sith nie potrzebowała widzieć Twi’lekanki, żeby całą sobą czuć efekt działania Mocy. Dziewczyna żyła jeszcze, właściwie Beyre bawiła się nią dopiero, nie czyniąc przy tym poważniejszej krzywdy. Na to przyjdzie czas.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 6
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

3 X 2012

Sala tronowa w pałacu imperatorskim i ona sama leżąca na podłodze, z trudem łapiąca haustami powietrze. Niebieskie błyskawice zgasły sekundę wcześniej, a Lord Sidious podszedł nieśpiesznie i najwyraźniej nie mogąc darować sobie ostatniego akcentu, kopnął Beyre w żołądek.

więcej »

Gwiezdne wojny: Wróg publiczny, cz. 5
Anna ‘Cranberry’ Nieznaj

18 VIII 2012

Człowiek szedł powoli, prowadząc przed sobą Windu, czy Beyre, czy jak jej tam. Domniemana lady Sith miała ramiona wykręcone do tyłu, a nadgarstki zapewne skute kajdankami. Fett zasłaniał się nią w taki sposób, że Bossk nie widział jego dłoni.

więcej »

Polecamy

...ze szkicownika, cz. 9

...ze szkicownika:

...ze szkicownika, cz. 9
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 8
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 7
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 6
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 5
— Jacek Rosiak

Za kulisami autoportretu, cz. 3
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 4
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 3
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 2
— Jacek Rosiak

...ze szkicownika, cz. 1
— Jacek Rosiak

Zobacz też

Z tego cyklu

Morbus Sacer, cz. 5
— Krzysztof Bartnicki

Morbus Sacer, cz. 4
— Krzysztof Bartnicki

Morbus Sacer, cz. 2
— Krzysztof Bartnicki

Morbus Sacer, cz. 1
— Krzysztof Bartnicki

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.