Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 12 kwietnia 2024
w Esensji w Esensjopedii

ElekTRONiczna katapulta

Esensja.pl
Esensja.pl
« 1 2

Kamil Witek

ElekTRONiczna katapulta

Programowanie magii
Gdy w lipcu 1981 roku zakończono zdjęcia, surowy materiał trafił do właściwej obróbki. Przyjęte eksperymentalne rozwiązanie było dość skomplikowane, i, jak się później okazało, nie powtórzono go już w żadnym innym filmie. By przekonwertować aktorski materiał w animację komputerową, każdą klatkę filmu sfotografowano na czarno-biało i stworzono z niej negatywy. Następnie wyodrębniano z niej elementy stroju, które poddawano obróbce animacji backlit. Oddzielano też twarze, by później całość łączyć razem wkomponowując w gotowe tła i scenografię. Tak składane kadry zawierały – w zależności od złożoności – od kilku do nawet dwudziestu czterech odrębnych warstw. Lisbergerowi i całemu zespołowi grafików zależało, by elementy CGI pojawiające się w „TRONie” nie odbiegały swoją jakością i wyglądem od reszty, dlatego tła zaprojektowano tak, by wyglądały łudząco podobnie to tych wykreowanych za pomocą komputera.
Złożoność procesu sprawiała, że w pewnym momencie przy postprodukcji „TRONa” pracowała niemal pięćsetosobowa ekipa. Szefom Disneya zależało, żeby jak najszybciej przygotować 3-4 minutowy w pełni gotowy fragment filmu, by pokazać go na wystawie w Las Vegas i podgrzać atmosferę oczekiwania na coś naprawdę wyjątkowego. Jednak nikt nie spodziewał się, że pierwszy pokazowy teaser pochłonie ogromną ilość czasu i zaprzęgnie do pracy masę ludzi. Jedna minuta gotowego filmu wymagała bowiem pracy całego zespołu przez cały miesiąc. Szybko wykalkulowano, że przy tym samym tempie ukończenie filmu może zająć nawet kolejnych 80(!) miesięcy. Było to zdecydowanie zbyt długo. „TRON” stanął przed widmem zamknięcia produkcji. Ratunkiem okazał się drugi zespół, a konkretnie tajwańskie studio Cuckoos’s Nest, gdzie prawie stuosobowa ekipa kolorowała tła i gotowe kadry odsyłała z powrotem do Los Angeles. W tym czasie artyści mogli pracować nad innymi aspektami postprodukcji, a film w końcu wrócił na właściwe tory. Nie obyło się jednak bez małej wpadki. Okazało się, że negatywy po kolorowaniu ich przez Tajwańczyków nie były całkowicie wyschnięte, a farba w wielu miejscach po prostu je posklejała. Zanim zatem kontynuowano proces animacji i łączenia kadrów, całość trzeba było rozdzielić z ogromną starannością, tak by nie zaprzepaścić wykonanej pracy.
Już od początku realizacji filmu wiadomo było, że największym wyzwaniem będzie grafika i animacja komputerowa. W tym czasie nie było jednej dużej firmy mogącej udźwignąć tak poważny projekt, jakim był „TRON”, dlatego do wykonania animacji zatrudniono cztery największe firmy zajmujące się w tym czasie ową techniką. Przewidywano, że w „TRONie” CGI będzie samodzielne stanowić około 15–20 minut, co było ówcześnie ewenementem w pełnometrażowej produkcji. Oglądając z dzisiejszej perspektywy dość prymitywny materiał, należy sobie uzmysłowić, z jakimi technologicznymi ograniczeniami mieli do czynienia jego twórcy. Informatycy pracowali na komputerach o pamięci operacyjnej do 2 megabajtów, co było i tak jedną z największych mocy, na jakie można było sobie pozwolić. Sprzęt nie miał specjalistycznego oprogramowania, a wszystko trzeba było wpisywać ręcznie. Narzędzia, jakimi dysponowano po prostu nie pozwalały na kreowanie rzeczywistości należącej do sfery marzeń i dalekich eksperymentów. Choć i tak wiele jak na tamte czasy osiągnięto, skupiano się na rzeczach możliwych do wykonania. Nadzorujący wykonanie CGI Bill Kroyer musiał też nauczyć animatorów filmowego myślenia. „Największą niedogodnością w tworzeniu CGI było to, że osoby pracujące w firmach nie miały wiele wspólnego z kręceniem filmów. Dlatego nie podchodziły do tematu tworzenia animacji tak, jak robiliby to filmowcy”.
TRON Effect z opóźnionym zapłonem
Zawirowania i opóźnienia w produkcji sprawiły, że wstępną datę premiery trzeba było przesunąć z wiosny 1982 na lato, gdy TRON musiał rywalizować o widza z konkurentami wielkiego kalibru, jak „E.T”, „Łowca Androidów”, „Duch” i druga część „Star Treka”. Choć wzbudzał sporo szumu i zainteresowanie mediów, wyniki finansowe nie powalały, a filmowi daleko było do miana wakacyjnego hitu. Krytyka przyjęła „TRON” ze średnim entuzjazmem, widzowie także, co zamieniło się ostatecznie w 33 miliony dolarów wpływów przy niespełna 17 milionowym budżecie.
Amerykańska Akademia Filmowa odmówiła nominowania „TRONa” za efekty wizualne, argumentując, że twórcy nie grali do końca według zasad, wspomagając się komputerami. Film co prawda otrzymał dwie nominacje do Oscara (za kostiumy i dźwięk), ale żadnej statuetki nie zdobył. Dopiero 14 lat później Akademia doceniła twórców i ich wiekopomne dzieło, przyznając nagrodę specjalną za osiągnięcia techniczne.
Gdy „TRON” ujrzał światło dzienne, mało kto mówił głośno o przełomie. Fabuła czerpiąca trochę z filmów przygodowych, religii i westernów była tu raczej sprawą drugorzędną. Postawiono na efekt wizualny i choć film zdecydowanie wyprzedzał swoje czasy, to w momencie swojej premiery nie spotkał się z większym zachwytem. Główni gracze Hollywood nie rzucili się do masowej realizacji filmów z animacją komputerową. Do efektu szalonego boomu było bardzo daleko. „TRON” spełnił jednak inną, równie istotną rolę. Mając do dyspozycji nierozwiniętą technikę, jego twórcy zasygnalizowali potężny i niewyeksploatowany kierunek, który po latach zawładnął przemysłem filmowym. Wytwórnie, mimo że dalej podchodziły z ostrożnością do większego wykorzystania CGI (głównie za sprawą nienajlepszej pozycji „TRONa” w box office), to zaczęły powoli inwestować w animację komputerową i jej rozwój. Rozwój technologii pozwalał na coraz częstsze łamanie wizualnych ograniczeń, tak obecnych przy realizacji filmu Lisbergera. Gdy w 1995 roku ekrany kin opanowały ożywione zabawki z pierwszego w pełni animowanego komputerowo „Toy Story”, w sukces CGI nikt już nie wątpił.
Powrót do gry
Dla Disneya „TRON”, mimo sporych zysków z franczyzy i wprowadzenia go jako jednej z atrakcji we własnych parkach rozrywki, był zawsze nie do końca wykorzystanym potencjałem. Choć Lisberger przez ponad dwie dekady namawiał studio na realizację sequela, dopiero w 2005 roku uznano, że współczesna technologia pozwala na spełnienie wszelkich ekstrawaganckich estetycznych wizji. Nakręcony przy udziale astronomicznego budżetu (ok. 170 mln dolarów) w atrakcyjnej i rozwiniętej technologii 3D „TRON: Dziedzictwo” z pewnością nie rości już sobie praw do tytułu przełomu jak kiedyś część pierwsza, ale nikt w Disneyu nie ukrywa, że tym razem film ma po prostu sporo zarobić. Wszystko jest na dobrej drodze. W pierwszy weekend w USA „Tron: Dziedzictwo 3D” zgarnął z kin prawie 44 miliony dolarów i ma szansę na stanie się jednym z największych kasowych przebojów sezonu. Wykreowany właściwie w całości przy użyciu CGI urzeczywistnia w pełni wizję, jaka narodziła się ponad 30 lat temu w małym, prywatnym studiu. Lisberger – pracujący przy „Dziedzictwie” jako producent wykonawczy – może uznać swoje przełomowe dzieło za zakończone.
koniec
« 1 2
27 grudnia 2010

Komentarze

27 XII 2010   17:20:46

Artykuł ciekawy, ale tylu błędów na dwóch stronach dawno nie widziałem.

27 XII 2010   21:02:42

Teraz trochę lepiej?

27 IX 2011   02:43:21

Świetny artykuł. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

„Kobra” i inne zbrodnie: Gdzie są naziści z tamtych lat?
Sebastian Chosiński

9 IV 2024

Barbara Borys-Damięcka pracowała w sumie przy jedenastu teatralnych przedstawieniach „Stawki większej niż życie”, ale wyreżyserować było jej dane tylko jedno, za to z tych najciekawszych. Akcja „Człowieka, który stracił pamięć” rozgrywa się latem 1945 roku na Opolszczyźnie i kręci się wokół polowania polskiego wywiadu na podszywającego się pod Polaka nazistowskiego dywersanta.

więcej »

Z filmu wyjęte: Wilkołaki wciąż modne
Jarosław Loretz

8 IV 2024

Nikt chyba nie wie, ile tak naprawdę kręci się dziś rocznie filmów z wilkołakami. Jedno jest jednak pewne – za oglądanie większości z nich twórcy powinni wypłacać widzom rekompensatę za ciężkie warunki konsumpcji.

więcej »

„Kobra” i inne zbrodnie: Kruck Polakowi oko wykole
Sebastian Chosiński

2 IV 2024

Chcąc zachować chronologię wydarzeń, w drugiej serii teatralnej „Stawki większej niż życie” scenarzyści stanęli przed sporym wyzwaniem. Wojna skończyła się już, co zatem wymyśleć, aby usprawiedliwić pozostawanie Hansa Klossa w mundurze niemieckim? Najpierw uczynili go żołnierzem Werwolfu (vide „Czarny wilk von Hubertus”), a następnie – w „Nocy w szpitalu” – zastosowali retrospekcję, dzięki której akcja przeniosła się do 1942 roku.

więcej »

Polecamy

Wilkołaki wciąż modne

Z filmu wyjęte:

Wilkołaki wciąż modne
— Jarosław Loretz

Precyzja z dawnych wieków
— Jarosław Loretz

Migrujące polskie płynne złoto
— Jarosław Loretz

Eksport w kierunku nieoczywistym
— Jarosław Loretz

Eksport niejedno ma imię
— Jarosław Loretz

Polski hit eksportowy – kontynuacja
— Jarosław Loretz

Polski hit eksportowy
— Jarosław Loretz

Zemsty szpon
— Jarosław Loretz

Taśmowa robota
— Jarosław Loretz

Z wątrobą na dłoni
— Jarosław Loretz

Zobacz też

Inne recenzje

Cyfrowy świt
— Michał Kubalski

SPF – Subiektywny Przegląd Filmów (18)
— Konrad Wągrowski

Kozackie światełka
— Ewa Drab

Do kina marsz: Grudzień 2010
— Esensja

Tegoż twórcy

Esensja ogląda: Maj 2013 (1)
— Anna Kańtoch, Gabriel Krawczyk, Jarosław Loretz, Marcin T.P. Łuczyński

Czy jesteście skutecznym zespołem?
— Konrad Wągrowski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.