Nieśmiało muszę przyznać, że do końca nie wiem, co myśleć o „Pustym niebie” Radka Raka. Z jednej strony bowiem powieść ta ma w sobie wszystko, czego można by oczekiwać od porządnego realizmu magicznego (a nawet więcej). Z drugiej strony fabuła, choć potrafi zaskoczyć, na dłuższą metę nuży.
Nie taka znowu pusta powieść
[Radek Rak „Puste niebo” - recenzja]
Nieśmiało muszę przyznać, że do końca nie wiem, co myśleć o „Pustym niebie” Radka Raka. Z jednej strony bowiem powieść ta ma w sobie wszystko, czego można by oczekiwać od porządnego realizmu magicznego (a nawet więcej). Z drugiej strony fabuła, choć potrafi zaskoczyć, na dłuższą metę nuży.
I nie chodzi o to, że nie doceniam pomysłowości i kreatywności autora, bo stoją one na bardzo wysokim poziomie. Iście bajkowa (i pozaczasowa) sceneria pierwszych rozdziałów, przypadkowe złowienie i późniejsze, równie przypadkowe, rozbicie księżyca to fantastyczny popis umiejętności twórczych Raka. Nie dostajemy jednak do rąk przaśnej historii o polskiej prowincji, utraconych Kresach i tamtejszych kłopotach (choć jestem przekonany, że i taką zdołałby autor bardzo zgrabnie napisać). Nie, miejsce początkowych "kresowych" wątków otrzymujemy opowieść, która rozgrywa się w i opowiada o Lublinie początku XX wieku (a przynajmniej takie wnioski można wyciągnąć z treści, bowiem bezczasowość przedstawionych wydarzeń jest o wiele ważniejsza dla autora niż umieszczenie ich w konkretnym okresie historycznym).
Jestem w stanie sobie wyobrazić, że jako osoba, która Lublina nigdy na oczy nie widziała, stoję na straconej pozycji, nie będąc w stanie docenić rozlicznych smaczków rozrzuconych przez autora w tekście, odniesień do lubelskiej historii, architektury, topografii, miejskich legend i temu podobnych. I być może właśnie dlatego nie posunąłbym się tak daleko, by określić miasto mianem jednego z bohaterów powieści. Mam też pewne opory przed uznaniem przedstawionego na kartach „Pustego nieba” Lublina za miejsce wyjątkowe. Jest w nim wszystko, czego można by się spodziewać po mieście będącym głównym miejscem akcji tego rodzaju historii – i właśnie ten czynnik wydaje się najbardziej kłopotliwy. Jak gdyby Rak odznaczał w kolejnych rozdziałach poszczególne „wymagane” elementy: podziemia, historia, zwykli i niezwykli mieszkańcy, charakterystyczne i unikatowe lokacje itd. Uważny czytelnik dostrzeże zresztą przewijające się tu i tam nawiązania do Schulzowskiego Drohobycza i Meyerinkowej Pragi (ze scenami niemal żywcem wyjętymi z tych, jak i zapewne kilku innych dzieł).
Fabularnie, jak wspomniałem, rzecz się niemiłosiernie dłuży. Początkowe, całkiem zachęcające, rozdziały bardzo szybko przechodzą w historię o bohaterach miotających się z miejsca na miejsce (a i to nie zawsze) bez wyraźnego celu. To znaczy cel przed nimi stoi jeden i konkretny, ale drogi doń prowadzące autor chyba świadomie im wydłuża. Niestety, nie ku uciesze czytelnika, co raczej w ramach wręcz postmodernistycznej zabawy fabularną materią. Przyznaję, że ma to swój urok (nawet mnie rozbawił tytuł rozdziału „Jak wszyscy czekali na barbarzyńców”), ale przy takim natężeniu, jakie oferuje „Puste niebo”, staje się to bardzo szybko dość męczące. Być może rozwiązaniem jest powolna, bardziej wysublimowana lektura oraz delektowanie się kolejnymi językowymi i fabularnymi pomysłami autora. W moim przypadku istniało jednak ryzyko, że jeśli odłożę książkę na zbyt długo, mogę już nie mieć chęci ani motywacji, by do niej powrócić.
No dobrze, a jak na tle świata i fabuły wglądają bohaterowie? Sprawca całego zamieszania, wiejski, niezbyt rozgarnięty chłopak Tołpi zostaje wykreowany przez Raka na głównego bohatera, choć nie ma on w sobie nic, co mogłoby z niego uczynić prawdziwego herosa ratującego świat przed zgubnym brakiem księżyca. Oczywiście los mu sprzyja, ale za każdym odkryciem i sukcesem chłopaka stoi przypadek. Kryje się zresztą za tym jeden z lepszych elementów całej książki, która początkowo przywodzi na myśl klasyczną opowieść „od zera do bohatera”. I, zwiedzeni tą obietnicą, możemy wciąż czekać na magiczną przemianę, dorośnięcie Tołpiego do postawionego przed nim zadania i jego okupiony trudem sukces. Nic takiego jednak nie ma miejsca – jak przyznaje w jednej z końcowych scen towarzyszący chłopakowi od niemal początku wierzbowy diabeł, nie był on materiałem na bohatera. W tym kontekście jawi się „Puste niebo” niejako ukłonem w stronę zapomnianych, powieściowych bohaterów drugoplanowych. Tutaj jednak, dla odmiany, to właśnie ktoś mogący stać się główną postacią dramatu przewija się gdzieś na marginesie całej historii (niczym Rudolf z „Wiosny” Schulza).
Są też inni, o wiele bardziej barwni niż sam Tołpi (kolejny celowy zabieg). Jan Azrael Hesper, rabin, kabalista i przechrzta, który niegdyś, z kilkoma kompanami niemal podbił Niebo i zmusił Boga do zesłania Mesjasza, jest jedyną osobą mogącą pomóc chłopakowi w stworzeniu nowego księżyca. I tworzy on tenże księżyc nie tyle z dobroci serca, co raczej by uniknąć śmierci i potępienia (przyznać trzeba, że opowiadana mimochodem, na przestrzeni całej książki, historia rabina, byłaby materiałem na osobną powieść). Jego towarzysz, Tyfon, znany miejscowy utracjusz i sybaryta, stanowi barwny dodatek do całej opowieści, rozładowujący stopniowo wzbierające napięcie rzuconym tu i ówdzie mocniejszym słowem czy zgrabną sentencją. Nie brakuje oczywiście kobiet, elementu nieodłącznego w tej, określonej tak nieco na wyrost, „przesyconej erotyzmem historii”. Ale, choć momenty były i dążenie Tołpiego do stania się prawdziwym mężczyzną ma swój erotyczny właśnie podtekst, to jednak ten konkretny element powieści zdaje się ginąć w natłoku innych. Brak mu przy tym, jeśli już chcemy trzymać się okładkowego blurbu, tej samej subtelności, jaka charakteryzowała niektóre z opowiadań Schulza.
Pozostawia mnie „Puste niebo” niezdecydowanego co do końcowej oceny. Między „dobrym” a „przyzwoitym” przebiega bardzo subtelna linia, która zwykle odróżnia teksty warte uwagi od takich, obok których można przejść obojętnie. I choć książka Radka Raka nie zachwyca, to jednak, po długim namyśle, jestem skłonny uznać ją za powieść, którą warto poznać. A potem, być może, ruszyć na wycieczkę do Lublina i przekonać się, czy faktycznie to tak wyjątkowe miejsce, jak przedstawił je autor.
