Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 26 czerwca 2022
w Esensji w Esensjopedii

Władimir Sorokin
‹Dzień oprycznika›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDzień oprycznika
Tytuł oryginalnyДень опричника
Data wydania10 stycznia 2008
Autor
PrzekładAgnieszka Lubomira Piotrowska
Wydawca W.A.B.
CyklDzień oprycznika
SeriaDon Kichot i Sancho Pansa
ISBN978-83-7414-378-3
Format232s. 123×195mm
Cena29,90
Gatunekfantastyka, obyczajowa
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

„Co będzie z Rosją? – Nic nie będzie”
[Władimir Sorokin „Dzień oprycznika” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Akcja najnowszej powieści Władimira Sorokina, mimo że rozgrywa się w 2027 roku, nawiązuje do szesnastowiecznej historii Rosji. Nie powinniśmy jednak dać się zwieść kostiumowi, w jaki pisarz ubrał swą książkę. „Dzień oprycznika” nie jest ani dziełem historycznym, ani fantastycznym – to niezwykle ostra i bezpardonowa satyra na współczesną putinowską Rosję. Jeśli z jej powodu autor zostanie w swojej ojczyźnie wyklęty – nie powinno nas to zdziwić.

Sebastian Chosiński

„Co będzie z Rosją? – Nic nie będzie”
[Władimir Sorokin „Dzień oprycznika” - recenzja]

Akcja najnowszej powieści Władimira Sorokina, mimo że rozgrywa się w 2027 roku, nawiązuje do szesnastowiecznej historii Rosji. Nie powinniśmy jednak dać się zwieść kostiumowi, w jaki pisarz ubrał swą książkę. „Dzień oprycznika” nie jest ani dziełem historycznym, ani fantastycznym – to niezwykle ostra i bezpardonowa satyra na współczesną putinowską Rosję. Jeśli z jej powodu autor zostanie w swojej ojczyźnie wyklęty – nie powinno nas to zdziwić.

Władimir Sorokin
‹Dzień oprycznika›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDzień oprycznika
Tytuł oryginalnyДень опричника
Data wydania10 stycznia 2008
Autor
PrzekładAgnieszka Lubomira Piotrowska
Wydawca W.A.B.
CyklDzień oprycznika
SeriaDon Kichot i Sancho Pansa
ISBN978-83-7414-378-3
Format232s. 123×195mm
Cena29,90
Gatunekfantastyka, obyczajowa
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Władimir Sorokin stopniowo zdobywa w naszym kraju coraz większy rozgłos i popularność. Do tej pory mieliśmy jednak okazję poznać tylko „Kolejkę” (jedyną powieść pisarza wydaną jeszcze w czasach PRL-u) oraz trylogię „Światłość i lód” (na którą złożyły się: „Lód”, „Bro” i „23000”). Na szczęście wydawnictwo W.A.B. postanowiło zdyskontować sukces ostatniego z dzieł i poszło za ciosem, wydając kilkanaście miesięcy po premierze rosyjskiej najnowszą powieść Sorokina, „Dzień oprycznika”. Tytuł jest niezwykle znaczący, warto więc wspomnieć choć w paru zdaniach, kim byli oprycznicy. Powołał ich do życia w 1565 roku car Iwan IV Groźny. Właśnie wtedy bowiem samodzierżca, który powrócił z rocznego dobrowolnego wygnania do Słobody Aleksandrowskiej pod Moskwą, postanowił raz na zawsze rozprawić się z opozycją bojarską, by w ten sposób umocnić swoją władzę. Przy okazji chciał jednak upiec na jednym ruszcie dwie pieczenie. Podzielił więc ziemię w państwie na carską (zwaną właśnie opryczniną) oraz bojarską (nazywaną ziemszczyzną). Nie trzeba chyba dodawać, że sobie zostawił najlepsze grunty w centrum państwa, szlachcie natomiast – zwłaszcza tej, w której lojalność wątpił – nadał majątki na kresach rodzącego się powoli imperium. Zdawał sobie jednak doskonale sprawę, że taka „reforma rolna” będzie wzbudzać opór, dlatego – by przeprowadzić ją w miarę sprawnie – stworzył specjalne oddziały policji, posiadające nadzwyczajne uprawnienia (praktycznie nieograniczone). Tak powstali oprycznicy, siejący w kraju terror na niespotykaną wcześniej skalę. Masowe mordy na mieszkańcach miast i wsi podejrzewanych o rzeczywisty bądź tylko wyimaginowany opór stały się wówczas w Rosji codziennością. Kilka wieków później do metod stosowanych przez Iwana IV wrócili bolszewicy1). Z tego też powodu wielu historyków właśnie w opryczninie dostrzega „przodków” CzeKa, NKWD i KGB. Sorokin w swojej powieści idzie jednak jeszcze krok dalej i wydłuża tę listę również o FSB, czyli istniejącą dzisiaj rosyjską Federalną Służbę Bezpieczeństwa2).
Bohaterem powieści jest tytułowy oprycznik, Andriej Daniłowicz Komiaga. W hierarchii organizacji stoi on bardzo wysoko, mając łatwy dostęp nie tylko do swego bezpośredniego przełożonego, pieszczotliwie nazywanego Ojczulkiem, ale nawet do samej pierwszej damy, a raczej – Monarchini. Warto bowiem wiedzieć, że w książce Sorokina Rosja A.D. 2027 jest właśnie monarchią. Dzisiaj może nam się to wydawać bajaniem pisarza-fantasty, kto jednak wie, czy za lat dwadzieścia proroctwa autora „Lodu” nie okażą się rzeczywistością? Ale zostawmy w spokoju przyszłość, tym bardziej że i teraźniejszość (czytaj: powieść) jest niezwykle ciekawa. Akcja „Dnia oprycznika” – jak podpowiada już sam tytuł – zamyka się w dwudziestu czterech godzinach. Pisarz sugeruje, że nie jest to wcale jakaś wyjątkowa doba w życiu bohatera, wręcz przeciwnie – to dzień, jakich w jego życiu było już zapewne wiele. Komiaga, mimo pełnej lojalności wobec przełożonych i ojczyzny, jest człowiekiem wewnętrznie wypalonym, zblazowanym, do cna zepsutym posiadaną nad innymi władzą, jaką daje mu pełnione stanowisko. Z racji bycia oprycznikiem ma bowiem wszystko: wspaniały dom (odebrany zresztą pracownikowi skarbówki, który popadł w niełaskę), nałożnice, pieniądze. Jego zachcianki są dla innych rozkazami. Trudno jednak powiedzieć, że wszystko to zdobył ciężką i uczciwą pracą. Chyba że za takową uznać prześladowania wrogów Monarchy i samej opryczniny, które najczęściej sprowadzają się do torturowania, gwałcenia i palenia. Od tego też zaczyna się kolejny dzień Andrieja Daniłowicza. A dalej jest tak samo nudno i banalnie…
W powieści Sorokina akcja nie pędzi na złamanie karku. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że dzieje się w niej niewiele, a przynajmniej nie ma typowego przyczynowo-skutkowego ciągu wydarzeń. Komiaga otrzymuje bowiem kolejne – często niepowiązane ze sobą – zadania, które wypełnia bez chwili wahania, najlepiej jak potrafi. Robi to jednak nie tylko dla swego ukochanego Monarchy. System jest bowiem tak pomyślany, aby i oprycznikom – „najwierniejszym synom ojczyzny” – przy okazji skapnęło coś do kiesy. Szantaż czy korupcja są wpisane w przynależne im prawa, ba! – wręcz sformalizowane. Każdy psycholog, analizujący codzienne życie agentów służb specjalnych w państwach totalitarnych, zwróciłby zapewne uwagę na niebezpieczeństwa kryjące się w posiadaniu tak olbrzymiej i przez nikogo niekontrolowanej władzy, na równię pochyłą nieuchronnie prowadzącą do moralnej degrengolady. Nie inaczej przedstawia to również Sorokin. By wykrzesać jeszcze z siebie siłę i entuzjazm, oprycznicy spotykają się w nielicznych grupach i podczas tych spotkań sięgają po różnego rodzaju stymulatory. W ten sposób dochodzi do wytworzenia między nimi bardzo specyficznego rodzaju więzi międzyludzkich. Gdy jednak spojrzeć na to obiektywnie, zasady funkcjonowania takiej grupy przywodzą raczej na myśl sektę, aniżeli – choćby i mocno wypaczoną – instytucję państwową. Ale i to nie jest jedynie wymysłem autora; Sorokin, kreśląc taki, a nie inny wizerunek opryczniny, oparł się na faktach, choć niekoniecznie dotyczyły one radzieckich służb specjalnych3). Mimo że autor starał się bardzo nadać swej opowieści satyryczny charakter, podczas lektury „Dnia oprycznika” rzadko kiedy towarzyszy nam uśmiech. A jeśli już, jest to uśmiech sardoniczny. Zdajemy sobie bowiem doskonale sprawę, że to, co napisał autor „Kolejki”, może się ziścić. Skoro kiedyś – za czasów Iwana IV Groźnego i Józefa Stalina – tak się działo, jaką mamy gwarancję, że się nie powtórzy? Historia przecież kołem się toczy.
Rosyjski pisarz tradycyjnie nie unika dosłowności. Świat opryczniny przedstawiony został bez żadnych oporów czy zahamowań. Jednak do tego zdążył już Sorokin swoich czytelników przyzwyczaić. Można się jednak zastanawiać, jaki jest cel tych artystycznych prowokacji. Kilka lat temu proputinowska młodzieżówka „Idący razem” złożyła na pisarza donos do prokuratury, uznając jedną z jego powieści – nieznaną jeszcze w Polsce „Gołuboje sało” – za… pornograficzną. Konkretnie chodziło o scenę, w której doszło do aktu seksualnego pomiędzy Stalinem a Chruszczowem. Ciekawe, jakie oskarżenia posypią się – a może już się posypały – na głowę Sorokina po publikacji „Dnia oprycznika”? Dość powiedzieć, że sprośności w niej nie brakuje, a opis „gąsienicy” – jednego z rytuałów opryczników – niebezpiecznie balansuje na granicy dobrego smaku (niektórzy zapewne uznają nawet, że zdecydowanie ją przekracza). Powieść tę można też jednak czytać „między wierszami”. Autor wiele spraw bowiem jedynie sygnalizuje, puszczając w ten sposób oko do czytelnika. Obawiam się jednak, że wiele aluzji, od których książka aż się skrzy, może dla nas, Polaków, nie być czytelnych, choć tłumaczka (Agnieszka Lubomira Piotrowska) zrobiła niemało, aby nam je w przypisach przybliżyć. A zadanie miała piekielnie trudne. Także z tego powodu, że Sorokin posłużył się językiem stylizowanym na XVI wiek (a więc na czasy Iwana IV Groźnego). Rzetelne tłumaczenie wymagało zatem sięgnięcia do staropolszczyzny. Z zastawionej przez pisarza pułapki Piotrowska wyszła jednak bez szwanku, więcej nawet – odniosła spektakularny sukces.
Dotarłszy do końca „Dnia oprycznika”, zacząłem zastanawiać się nad gatunkową przynależnością powieści. Jak to jednak często bywa w przypadku dzieł postmodernistycznych, postawienie takiej diagnozy nie należy do łatwych zadań. Książce Sorokina najbliżej jest chyba jednak do fantastycznych antyutopii. Można w niej znaleźć dalekie echa „Roku 1984” George’a Orwella, ale przede wszystkim konkretne nawiązania do „451 stopni Fahrenheita” Raya Bradbury’ego. Z tą zasadniczą różnicą, że strażak Guy Montag odkrywa w końcu marność świata, w którym żyje, i stara mu się przeciwstawić – Andriej Daniłowicz natomiast, doskonale zdając sobie sprawę ze wszystkich ułomności rzeczywistości, bierze aktywny udział w jej umacnianiu. Co chce w ten sposób osiągnąć, nie dowiadujemy się. Znamienne jednak jest pytanie, które – podczas wypełniania kolejnego zadania – zadaje jasnowidzącej Praskowii: „Co będzie z Rosją?” Odpowiedź, którą otrzymuje, tylko na pozór jednak o niczym nie informuje. „Nic nie będzie”.
koniec
7 marca 2008
1) O tym, że porównania te są w pełni uzasadnione, pośrednio przekonuje kazus słynnego radzieckiego reżysera filmowego Siergieja Eisensteina. Twórca kultowego „Pancernika Potiomkina” w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej otrzymał od Stalina propozycję nie do odrzucenia – miał nakręcić film o carze Iwanie IV Groźnym. Pierwsza część, przedstawiająca cara jako wielkiego męża stanu, który położył podwaliny pod stworzenie imperium rosyjskiego, weszła na ekrany kin w 1944 roku, ciesząc się pełną aprobatą generalissimusa Stalina. Dyktator, słusznie zresztą, dostrzegał w postaci samodzierżcy siebie samego. Film zaś, chwalący wielkiego władcę, miał de facto sankcjonować nieograniczone w żaden sposób rządy samego Dżugaszwilego. Wszystko zmieniło się dwa lata później, kiedy Stalinowi przedstawiono przygotowaną już do rozpowszechniania drugą część filmu, zatytułowaną „Spisek bojarów”. To w niej Eisenstein przedstawił prawdziwe oblicze Iwana IV, niemałą część dzieła poświęcając okrucieństwom dokonywanym przez opryczników. Generalissimus ponownie bezbłędnie odczytał przesłanie filmu i gotowe już dzieło zaaresztował. Na reżysera posypały się oskarżenia i szykany, co ten przypłacił przedwczesną śmiercią w 1948 roku (miał wówczas zaledwie pięćdziesiąt lat). „Spisek bojarów” został dopuszczony do rozpowszechniania w Związku Radzieckim dopiero dziesięć lat później.
2) KGB zostało rozwiązane jesienią 1991 roku, co było bezpośrednim skutkiem nieudanego puczu twardogłowych komunistów rosyjskich, na czele których stał Giennadij Janajew. Na miejsce tej cieszącej się wyjątkowo złą sławą organizacji powołano Federalną Służbę Kontrwywiadowczą, którą z kolei wiosną 1995 roku przekształcono w istniejącą do dzisiaj Federalną Służbę Bezpieczeństwa. Przez rok (od lipca 1998 do sierpnia 1999) szefował jej… Władimir Putin, były już prezydent Rosji. Oficerem FSB był również słynny Aleksandr Litwinienko. To właśnie on oskarżał szefostwo Służby – a więc tym samym także Putina – o sprowokowanie wybuchu wojen czeczeńskich.
3) Bardziej przywodzą one na myśl zasady funkcjonowania SS. Nie jest bowiem dla nikogo tajemnicą, że Heinrich Himmler dążył do przekształcenia tej organizacji w neopogański zakon. Dobitnie przekonują o tym plany Himmlera dotyczące dwunastowiecznego zamku Wewelsburg, który miał zostać przekształcony właśnie w kwaterę główną zakonu SS. Na wzór arturiańskiego Kamelotu w jednej z sal ustawiono dębowy okrągły stół, przy którym miało zasiadać dwunastu najwyższych hierarchów tej zbrodniczej organizacji. Patrz: Heinz Höhne, „Zakon trupiej czaszki” (wydawnictwo Wołoszański, 2006).

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Dybuki krążą wokół nas
Sebastian Chosiński

26 VI 2022

Kto wie, być może czytając „Demonomachię” Marka Krajewskiego, jesteśmy świadkami narodzin kolejnego ważnego dla pisarza z Wrocławia bohatera literackiego. Obok Eberharda Mocka i Edwarda Popielskiego może stać się nim Stefan Zborski – niedoszły ksiądz katolicki, który za swoje najważniejsze powołanie uważa walkę z demonami.

więcej »

Syndrom gotującej się żaby
Marcin Knyszyński

25 VI 2022

„Może pora z tym skończyć”, debiutancka powieść kanadyjskiego pisarza Iana Reida, jest thrillerem psychologicznym, książką-zagadką, opowieścią grozy i naprawdę świetnie napisaną, emocjonującą fabułą. Jest jednocześnie powieścią dosłownie budzącą niepokój i uczucie niesamowitości oraz wpędzającą w dość poważny dyskomfort.

więcej »

PRL w kryminale: Trup w TIR-ze
Sebastian Chosiński

24 VI 2022

Przyzwyczailiśmy się już do tego, że wielu autorów peerelowskich kryminałów publikowanych przez wydawnictwo Wielki Sen nosi nazwiska, które nic nam dzisiaj nie mówią. Nie zrobili bowiem kariery pisarskiej, niektórzy pewnie nie byli nawet zawodowymi literatami. Jak Jerzy Norman, którego opowiadanie „Jutro jedziemy na południe” zostało przypomniane w ubiegłym roku, po półwieczu od publikacji na łamach regionalnego tygodnika.

więcej »

Polecamy

Seksapokalipsa

W podziemnym kręgu:

Seksapokalipsa
— Marcin Knyszyński

Odwieczna dialektyka
— Marcin Knyszyński

Rzeczy, które robisz w piekle, będąc martwym
— Marcin Knyszyński

Bulwar Zachodzącego Słońca 2
— Marcin Knyszyński

Borat Dzong-Un z pasem szahida
— Marcin Knyszyński

Rozkład i rozkładówka
— Marcin Knyszyński

Nowoczesny mit
— Marcin Knyszyński

Horror rzeczywistości
— Marcin Knyszyński

Osaczona
— Marcin Knyszyński

Pan życia i śmierci
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Zombie na rosyjskiej ziemi
— Sebastian Chosiński

Z Lodu powstałeś, w Lód się obrócisz
— Sebastian Chosiński

Rosyjskie kręgi piekieł
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Dybuki krążą wokół nas
— Sebastian Chosiński

Żółw i diabeł
— Sebastian Chosiński

Cyceron kontra piękna Ormianka
— Sebastian Chosiński

Bohater na przekór
— Sebastian Chosiński

Spaghetti-superbohaterstwo
— Sebastian Chosiński

I nie wierz nikomu, bo nie trafisz do domu
— Sebastian Chosiński

Tajniak też człowiek (choć specyficzny)
— Sebastian Chosiński

Wśród kościołów i pałaców
— Sebastian Chosiński

W zaśnieżonej Patagonii
— Sebastian Chosiński

Tachionowa ropucha über alles
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.