Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 maja 2024
w Esensji w Esensjopedii

Can
‹Ege Bamyasi›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułEge Bamyasi
Wykonawca / KompozytorCan
Data wydania29 listopada 1972
Wydawca United Artists Records
NośnikWinyl
Czas trwania40:11
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Damo Suzuki, Michael Karoli, Irmin Schmidt, Holger Czukay, Jaki Liebezeit
Utwory
Winyl1
1) Pinch09:30
2) Sing Swan Song04:49
3) One More Night05:36
4) Vitamin C03:32
5) Soup10:32
6) I’m So Green03:06
7) Spoon03:04
Wyszukaj / Kup

Nie taki krautrock straszny: Nie zadzieraj z Czukayem!

Esensja.pl
Esensja.pl
W latach 1968-1971 życie muzyków Can ogniskowało się wokół pracy. Mieszkając w Schloß Nörvenich, praktycznie nie wychodzili ze studia. To w którymś momencie musiało odbić się na kondycji jeśli nie wszystkich, to przynajmniej niektórych z nich. Pewien kryzys przyszedł wraz z sesją do „Ege Bamyasi” i nie wiadomo, jak by to wszystko się skończyło, gdyby sprawy w swoje ręce nie wziął nadzwyczaj zasadniczy Holger Czukay.

Sebastian Chosiński

Nie taki krautrock straszny: Nie zadzieraj z Czukayem!

W latach 1968-1971 życie muzyków Can ogniskowało się wokół pracy. Mieszkając w Schloß Nörvenich, praktycznie nie wychodzili ze studia. To w którymś momencie musiało odbić się na kondycji jeśli nie wszystkich, to przynajmniej niektórych z nich. Pewien kryzys przyszedł wraz z sesją do „Ege Bamyasi” i nie wiadomo, jak by to wszystko się skończyło, gdyby sprawy w swoje ręce nie wziął nadzwyczaj zasadniczy Holger Czukay.

Can
‹Ege Bamyasi›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułEge Bamyasi
Wykonawca / KompozytorCan
Data wydania29 listopada 1972
Wydawca United Artists Records
NośnikWinyl
Czas trwania40:11
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Damo Suzuki, Michael Karoli, Irmin Schmidt, Holger Czukay, Jaki Liebezeit
Utwory
Winyl1
1) Pinch09:30
2) Sing Swan Song04:49
3) One More Night05:36
4) Vitamin C03:32
5) Soup10:32
6) I’m So Green03:06
7) Spoon03:04
Wyszukaj / Kup
Od początku swojej działalności artystycznej jako Inner Space, a następnie Can muzycy zespołu przejawiali nadzwyczajną aktywność twórczą. Dość powiedzieć, ze jeszcze przed wydaniem oficjalnego debiutu zarejestrowali materiały, które po latach ukazały się na albumach „»Delay« 1968” (1981) oraz „Prehistoric Future” (1984). Do tego doszły skomponowane przez Irmina Schmidta ścieżki dźwiękowe do filmów „Agilok & Blubbo” i „Kamasutra: Vollendung der Liebe”. A także „Canaxis 5” (1969), czyli solowa produkcja Holgera Czukaya, który ukrył się pod nazwą Technical Space Composer’s Crew. Później rok po roku ukazywały się natomiast krążki katalogowe Can: począwszy od „Monster Movie” (1969), „Soundtracks” (1970) i „Tago Mago” (1971)…
Po kilku latach tak intensywnej działalności można chyba poczuć się zmęczonym, a nawet wypalonym. Być może to właśnie dopadło wiosną 1972 roku Irmina Schmidta i Damo Suzukiego, którzy – jak wspominał Holger Czukay – podczas pracy nad zatytułowanym z turecka longplayem „Ege Bamyasi” zdecydowanie zbyt często (ponoć wręcz „obsesyjnie”) grali w szachy, a za mało czasu poświęcali nagraniom. W efekcie sesja trwała aż sześć miesięcy: od grudnia 1971 do czerwca następnego roku. A czas naglił! Nie pomagały nawet przenosiny ze Schloß Nörvenich do znacznie lepiej wyposażonego studia nagraniowego w leżącym dwadzieścia kilometrów od Kolonii mieście Weilerswist. Sytuacja stawała się mało zabawna, tym bardziej że wydawcami płyty ponownie mieli być Amerykanie z United Artists, czyli poważni kontrahenci. Każde opóźnienie mogło pociągnąć za sobą konkretne straty finansowe dla muzyków.
Czukay dopingował więc kolegów, jak tylko się dało. Dzień przed końcem sesji udało mu się zmusić ich do nagrania w całości improwizowanego „Soup”. Kompozycja rozciągnięta została do ponad dziesięciu minut, bo tyle właśnie materiału brakowało do zapełnienia winylowego krążka. Dla pewności, ale także aby uciszyć potencjalnie niezadowolonego wydawcę, zespół zgodził się na dodanie do albumu opublikowanego już wcześniej utworu „Spoon”, który stał się w Republice Federalnej Niemiec wielkim hitem. Pojawił się bowiem w czołówce telewizyjnego trzyodcinkowego thrillera „Das Messer” (1971) w reżyserii Rolfa von Sydowa (1924-2019), a potem sprzedał na singlu w – uwaga! uwaga! – trzystu tysiącach egzemplarzy. Nie wiem, czy jest jakiś inny krautrockowy zespół, którym mógłby pochwalić się takim wyczynem.
Trochę szkoda, że praca nad „Ege Bamyasi” wygląda w ten sposób. Bo chociaż w ostatecznym rozrachunku płyta okazała się całkiem niezła, to przecież mogłaby być jeszcze lepsza, gdyby zwłaszcza klawiszowiec dał z siebie wszystko. Forma wokalna Suzukiego miała akurat mniejsze znaczenie, ponieważ Japończyk i tak nigdy nie zaliczał się do wybitnych wokalistów. Co pojawiło się nowego na czwartym oficjalnym krążku Can (tak, „Soundtracks” też wliczam)? Na przykład nowe instrumenty. Michael Karoli sięgnął po gitarę dwunastostrunową oraz pochodzący z Kaszmiru flet shehnai. Irmin Schmidt wykorzystał w nagraniach gitarę stalową oraz violone, czyli z włoska tak zwane „duże skrzypce”, mające rozmiary zbliżone do kontrabasu. Z kolei Jaki Liebezeit „pobawił” się w paru miejscach fleksatonem. Holger Czukay, gdy nie grał, zajmował się dźwiękiem i montowaniem taśm, co w twórczości Can zawsze było ważną czynnością.
W efekcie tych zabiegów powstał czterdziestominutowy album, na który złożyło się siedem zespołowych – a przynajmniej tak zdecydowali się podpisać je członkowie zespołu – kompozycji. W tym dwie rozbudowane: „Pinch” (na stronie A) oraz „Soup” (na stronie B). Ponad dziewięciominutowy „Pinch” otwiera płytę. I jest to doskonały początek. Zwłaszcza za sprawą funkującej, ale z rockową motoryką, sekcji rytmicznej oraz eksperymentalnych dźwięków gitary i klawiszy (wstawki organowe i fortepianowe są naprawdę smakowite). Czukay napracował się sporo, dorzucając do tego elektroniczne świsty, zgrzyty i inne efekty. Najważniejsze jednak, że umieścił je w miejscach, do których idealnie pasowały. Co znaczy, że nie tylko stanowią one foniczną ciekawostkę, ale w istotny sposób dopełniają muzykę. W rozpoczętym dźwiękami lejącej się wody „Sing Swan Song” kwintet podąża w stronę stonowanej rockowej psychodelii, co podkreśla dodatkowo sennie snujący się śpiew Suzukiego. Rozbrzmiewający z kolei w tle egzotyczny flet dopełnia obrazu niesamowitości.
W „One More Night” nie zmienia się zbyt wiele. Zespół zdaje się płynąć na fali, którą poruszył wcześniej. Za motory napędowe robią Czukay i Liebezeit, a kapitanem łajby okazuje się Schmidt, który na dźwięki sekcji rytmicznej nakłada akordy organowo-fortepianowe. Z czasem dołączają do kolegów Damo i Michael Karoli, ale i oni poddają się hipnotycznej pulsacji. To jeden z tych utworów, które mogłyby ciągnąć w nieskończoność i nie znudziłyby się, dlatego boleśnie przeżywam za każdym razem jego wyciszenia. Ale trudno! Kiedyś musiał nadejść ten moment – patrzę na niego z perspektywy słuchacza z początku lat 70. XX wieku – w którym trzeba było winylowy krążek przełożyć na stronę B. Szczęście, że tę otwiera numer wprawdzie krótki, ale za to – obok „Pinch” – najlepszy na płycie.
„Vitamin C”, bo o nim mowa, także doczekał się swego drugiego, filmowego życia. Popularność zespołu postanowił wykorzystać amerykański reżyser Samuel Fuller (1912-1997), który kiedy powierzono mu w 1972 roku realizację jednego z odcinków („Martwy gołąb na ulicy Beethovena”) popularnego zachodnioniemieckiego serialu kryminalnego „Miejsce zbrodni” (w oryginale: „Tatort”), poprosił producentów o dołączenie do jego ścieżki dźwiękowej właśnie tej kompozycji. I łatwo go zrozumieć. Jest w niej bowiem wszystko, co decydowało o potędze Can: jazzowo-rockowe podziały rytmiczne, nastrój psychodelicznej ballady, przejmująco smutne partie gitary dwunastostrunowej i organów; wreszcie zahaczający o folk lejtmotyw. Prawdziwa perła!
Niestety, po „Vitamin C” rozbrzmiewa mocno chaotyczny, zgrzytliwy „Soup”, który ratują jedynie partie shehnaiu, fleksatonu i inne eksperymenty dźwiękowe. Improwizacja nie zawsze musi być równoznaczna z chaosem, ale tym razem tak właśnie jest. Słychać, że zespół naprawdę poszedł na żywioł, a Czukay potem łatał co się dało. A że na łatanie nie miał za wiele czasu, to wyszło, jak wyszło. Dobrze chociaż, że całość wieńczą dwie udane psychodeliczne piosenki: gęsta od dźwięków, ale mimo to bardzo melodyjna „I’m So Green” oraz doskonale już znana wszystkim fanom grupy „Spoon”. Ach, te smakowite organy, wybijający się bas, klimatyczna gitara! Gdyby na takim poziomie utrzymany był „Soup”, „Ege Bamyasi” można by uznać za krautrockowe arcydzieło. A tak… trochę mu jednak do tego miana brakuje.
koniec
15 kwietnia 2024
Skład:
Damo Suzuki – śpiew
Michael Karoli – gitara elektryczna, gitara elektryczna 12-strunowa, gitara akustyczna, shehnai
Irmin Schmidt – organy, fortepian elektryczny, gitara stalowa, violone, elektronika
Holger Czukay – gitara basowa
Jaki Liebezeit – perkusja, instrumenty perkusyjne, fleksaton

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Nie taki krautrock straszny: Odlicz jeszcze raz: Eins, zwei, drei, vier, fünf…
Sebastian Chosiński

27 V 2024

Przed tygodniem zachwycałem się w tym miejscu koncertowym albumem Can „Live in Brighton 1975”. Dzisiaj chronologicznie przyszła kolej na zarejestrowany mniej więcej pół roku później „Live in Stuttgart 1975”. Niestety, tym razem zachwytów nie będzie. Zwłaszcza nad drugim dyskiem w tym dwupłytowym zestawie.

więcej »

Non omnis moriar: „Praska Wiosna”, praska jesień
Sebastian Chosiński

25 V 2024

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka nierzadko wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj album z „trzecionurtowymi” kompozycjami Pavela Blatnego w wykonaniu Orkiestra Jazzowa Radia Czechosłowackiego.

więcej »

Nie taki krautrock straszny: Eins, zwei, drei, vier, fünf, sechs, sieben…
Sebastian Chosiński

20 V 2024

Gdybym w połowie lat 70. ubiegłego wieku mieszkał w Republice Federalnej Niemiec i był fanem krautrocka, nie omieszkałbym wybrać się na koncert Can. Może nawet pojechałbym (i częściowo popłynął promem) do Brighton, choć pewnie nie byłoby to tanie. Po występnie musiałbym jednak uznać, że opłacało się. „Live in Brighton 1975” to najlepszy koncertowy zapis, jaki pozostawił po sobie zespół z Kolonii.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

W trakcie

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.