Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 5 grudnia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Edmund Białecki
‹Sprawa strusia›

EKSTRAKT:50%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSprawa strusia
Data wydania2014
Autor
Wydawca Wielki Sen
CyklKapitan Molski
SeriaSeria z Warszawą
ISBN978-83-62391-54-7
Cena25,—
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

PRL w kryminale: „Święci” w milicji
[Edmund Białecki „Sprawa strusia” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Obojętnie czy Edmund Białecki to prawdziwe nazwisko, czy też pseudonim literacki – nie zmienia to faktu, że nic o nim nie wiem. Poza tym, że napisał (przynajmniej) dwie „powieści milicyjne”, które w epoce wydrukowano jedynie na łamach łódzkiego „Expressu Ilustrowanego”. Chronologicznie pierwszą z nich była „Sprawa strusia”, ponieważ to właśnie tragiczna śmierć tytułowego ptaka stała się punktem wyjścia intrygi kryminalnej.

Sebastian Chosiński

PRL w kryminale: „Święci” w milicji
[Edmund Białecki „Sprawa strusia” - recenzja]

Obojętnie czy Edmund Białecki to prawdziwe nazwisko, czy też pseudonim literacki – nie zmienia to faktu, że nic o nim nie wiem. Poza tym, że napisał (przynajmniej) dwie „powieści milicyjne”, które w epoce wydrukowano jedynie na łamach łódzkiego „Expressu Ilustrowanego”. Chronologicznie pierwszą z nich była „Sprawa strusia”, ponieważ to właśnie tragiczna śmierć tytułowego ptaka stała się punktem wyjścia intrygi kryminalnej.

Edmund Białecki
‹Sprawa strusia›

EKSTRAKT:50%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSprawa strusia
Data wydania2014
Autor
Wydawca Wielki Sen
CyklKapitan Molski
SeriaSeria z Warszawą
ISBN978-83-62391-54-7
Cena25,—
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
To kolejny autor gazetowych „powieści milicyjnych” (prawdopodobnie tylko dwóch), o którym trudno znaleźć jakiekolwiek informacje. Publikował na łamach łódzkiej popołudniówki „Express Ilustrowany” (podobnie jak omawiany już w tej rubryce Waldemar Jeż), więc być może pracował w niej jako dziennikarz lub w jakikolwiek inny sposób związany był z tym pismem. Nie można też jednak nie brać pod uwagę faktu, iż Edmund Białecki to wcale nie musiała być jego prawdziwa tożsamość. Wszak wielu twórców peerelowskich kryminałów, niekoniecznie chcących, aby kojarzono ich z taką właśnie literaturą, ukrywało się pod pseudonimami. Czasami, jak wiadomo, były to znaczące nazwiska. Ale być może jakimś śladem jest informacja zawarta w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej mówiąca o tym, iż ktoś o takim imieniu i nazwisku, urodzony w 1915 roku, był funkcjonariuszem Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Łodzi. Niczego oczywiście nie przesądzam, ta zbieżność może być bowiem całkowicie przypadkowa.
Kimkolwiek był, Edmund Białecki w odstępie kilkunastu miesięcy opublikował na łamach „Expressu Ilustrowanego” dwa kryminały: „Sprawę strusia” (1970) i „Podwójną śmierć” (1971). Ten pierwszy podzielony został na trzydzieści dziewięć krótkich odcinków, które – podaję za stroną gazetowce.klubmord.com – ukazywały się w numerach od 156 do 195. Obie powieści po latach przypomniało klubowe wydawnictwo Wielki Sen, ocalając je tym samym od całkowitego zapomnienia. Czy słusznie? Jeśli weźmiemy pod uwagę, że literacko znacznie słabsze książki Władysława Krupki publikowano, sumując kolejne wydania, w nakładach kilkusettysięcznych (vide „Skazałeś ją na śmierć” bądź „Zachłanność mordercy”), to naprawdę dobrze się stało, że „Sprawa strusia” nie zniknęła na zawsze w mrokach dziejów. Nie dlatego, że jest zapomnianą perełką. Nic z tych rzeczy! Ale w swoim gatunku wstydu autorowi nie przynosi.
Jak powstawały „gazetowce”? Były dwa sposoby: albo autor oddawał gotowy już tekst w całości, albo wysyłał go do redakcji w częściach (na przykład co tydzień, co dwa tygodnie). W tym drugim przypadku powieść powstawała na gorąco. Mogło nawet dochodzić do takiej sytuacji, że zaczynając jej druk, nie było wcale pewne, jakie będzie zakończenie. Biorąc jednak pod uwagę, jak duże było w latach 60. czy 70. ubiegłego wieku zapotrzebowanie prasy codziennej na literaturę stricte rozrywkową, trzeba liczyć się z tym, że w takiej formie powstało całkiem sporo „powieści milicyjnych”. A „Sprawa strusia” – niemal na sto procent. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie podczas lektury. Świadczyłyby o tym pewne konstrukcyjne potknięcia Białeckiego i dorzucanie niektórych wątków znienacka, jak również wewnętrzny rytm poszczególnych fragmentów. W tym kontekście warto by zadać sobie pytanie retoryczne, brzmiące tak: O ile lepszym okazałoby się dziełko Edmunda Białeckiego, gdyby wcześniej miał szansę wziąć je w swoje ręce redaktor z prawdziwego zdarzenia i gdyby autor miał więcej czasu (i tym samym spokoju) na pracę?
Choć powieść wydrukowano w gazecie łódzkiej, jej akcja rozgrywa się w Trójmieście, a doprecyzowując – głównie w gdańskim ogrodzie zoologicznym. Stąd ten tytułowy struś, od którego zresztą cała intryga się zaczyna. Otóż pewnego dnia o świcie pracownicy zoo znajdują nieszczęsnego ptaka stratowanego na wybiegu dla bawołów. Jest to dziwne z dwóch (a nawet trzech) powodów: po pierwsze – wybiegi te ze sobą nie sąsiadują, a nawet gdyby sąsiadowały, struś i tak nie byłby w stanie przeskoczyć (bo o fruwaniu to już w ogóle nie ma mowy) przez wysoki płot; po drugie – chodzi o zwierzę, które zaledwie kilka(naście) godzin wcześniej przywieziono do ogrodu z portu (przypłynął bowiem statkiem z Afryki); po trzecie – i najważniejsze! – prawdziwą przyczyną śmierci zwierzęcia wcale nie było stratowanie, lecz… uduszenie (po czym rozcięto mu nożem śródpiersie i wyjęto żołądek). Kto mógł dokonać tak bestialskiego czynu? Głowią się nad tym nie tylko dyrektorzy ogrodu zoologicznego, doktor Skalski i jego zastępca doktor Rakowski, ale również przybyli na miejsce zdarzenia funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej – kapitan Roman Molski oraz porucznik Bogdan Śliwa.
Temu pierwszemu od razu kilka rzeczy podpada. A to fakt, że pracujący na etacie pielęgniarza zwierząt drapieżnych Edward Stasiak był kiedyś marynarzem, którego oskarżono o przemyt i wsadzono na dwa lata do więzienia. A to, że nocny dozorca Cieślak zniknął od razu po swoim dyżurze. Wreszcie, że doktor Rakowski, mimo dramatu, jaki rozegrał się w jego miejscu pracy, jest bardzo pewny siebie i przez cały czas nie schodzi mu z twarzy ironiczny uśmiech. Co prawda aresztować za to nikogo nie można, to jednak u zawsze czujnego oficera milicji taka nietypowa reakcja z miejsca rodzi nieufność. A gdy na dodatek Molski dowiaduje się, że parę tygodni wcześniej tragedia spotkała inne zwierzę przywiezione ze świata do gdańskiego zoo (wąż-dusiciel wydostał się w portowym magazynie ze klatki i zginął przygnieciony przez skrzynie, po czym został wypatroszony) – jest pewien, że to nadzwyczaj poważna sprawa, zapewne o zasięgu międzynarodowym. Dlatego każe sprowadzić z Komendy Wojewódzkiej swoich najbardziej zaufanych ludzi, których w trójmiejskim MO potocznie nazywają grupą „świętych”.
To swoiste, dowodzone przez kapitana Molskiego, komando specjalne: milicjanci najinteligentniejsi, najlepiej wykształceni, znający po kilka języków obcych i nadzwyczaj wysportowani (zapasy, boks, dżudo, a nawet karate nie mają przed nimi tajemnic). Pewnie każdy z nich mógłby zastąpić Jamesa Bonda, gdyby akurat MI6 rekrutowała agentów z licencją na zabijanie za „żelazną kurtyną”. Tymczasem jednak muszą zająć się, jakkolwiek komicznie to brzmi, poszukiwaniami mordercy strusia. Edmund Białecki też pewnie zdawał sobie sprawę z tego, że wysyłanie do tej konkretnej sprawy takich ludzi, to trochę jak strzelanie z armaty do komara, postanowił więc najszybciej, jak się da, skomplikować intrygę i do ofiar zwierzęcych (pochylmy się również nad nieszczęsnym wężem) zaczął wkrótce dorzucać również ludzkie. A w takim przypadku żartów już nie ma! Jedno morderstwo, później drugie, usiłowanie trzeciego – szybko okazuje się, że „święci” naprawdę mają ręce pełne roboty, a porucznik Śliwa musi na dodatek udać się z tajną ekspedycją do Szczecina.
Chociaż fabuła z czasem rozkręca się, to jednak – co należy uznać za podstawowy mankament „Sprawy strusia” – naprawdę nie trzeba być geniuszem w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych, aby bardzo szybko domyślić się, czego w rzeczywistości dotyczy sprawa. Bo jeśli ktoś zabija zwierzę po to, aby wyciągnąć z niego żołądek – to raczej nie po to, aby przekonać się (choć wiadomo, że to mit), ile piasku jest w stanie zjeść struś, chowając w nim głowę. Nie przekonuje też pojawiający się pod koniec powieści wątek niemiecki. Głównie dlatego, że spada z nieba niespodziewanie i nie doczekuje się rozwinięcia. Jakby autor uznał, że samo przypisanie bohaterowi pochodzenia niemieckiego jest wystarczająco obciążające, by na przykład dorzucać mu jeszcze jakieś konotacje nazistowskie. Trochę to psuje ogląd całości. A szkoda, bo bez tych wpadek opowieść o pechowym ptaku-nielocie byłaby jeszcze ciekawsza.
koniec
26 sierpnia 2022

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Linie polaryzacji
Joanna Kapica-Curzytek

5 XII 2022

Zbiór tekstów „Rzeźnia numer jeden i inne reportaże z Niemiec” daje nam wnikliwy wgląd w problemy społeczne naszych zachodnich sąsiadów. Odsłania przed nami całą ich złożoność, ale też pozwala je lepiej zrozumieć.

więcej »

Krótko o książkach: Pomiędzy światem żywych i zmarłych
Joanna Kapica-Curzytek

4 XII 2022

Powieść „Czarne skrzydła czasu” w wielu miejscach czytelnie nawiązuje do motywów anglojęzycznej literatury XIX wieku. Jest też poruszającą przypowieścią o losie człowieka i wyborze ważnych w naszym życiu wartości.

więcej »

PRL w kryminale: Ani śmiać się, ani płakać…
Sebastian Chosiński

2 XII 2022

Książka „Spadkobiercy pani Zuzy” – bardziej powieść szpiegowsko-sensacyjna niż stricte kryminalna – była doskonałym debiutem Jerzego Siewierskiego w roli beletrysty. Później wiodło mu się już bardzo różnie. Opublikowany w 1976 roku tom opowiadań „Pięć razy morderstwo” był eksperymentem ciekawym, ale dalekim od doskonałości. Na dodatek z kilku zamieszczonych w nim tekstów do „PRL-u w kryminale” pasuje tylko jeden: „Umarli nie składają zeznań”.

więcej »

Polecamy

Cyborg, czyli mózg w maszynie

Stare wspaniałe światy:

Cyborg, czyli mózg w maszynie
— Andreas „Zoltar” Boegner

Narodziny superbohatera
— Andreas „Zoltar” Boegner

Pierwsza historia przyszłości
— Andreas „Zoltar” Boegner

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.