Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 lutego 2024
w Esensji w Esensjopedii

Nie taki krautrock straszny: Od undergroundowego goryla do superbohaterów. Zagmatwane losy Missus Beastly

Esensja.pl
Esensja.pl
1 2 3 4 »
Dzieje Missus Beastly można podzielić na trzy części, zgodnie ze strukturą idealnego wypracowania szkolnego. „Wstęp” to pierwsze lata działalności grupy, gdy więcej w jej muzyce było bluesa niż fusion. W „rozwinięciu” powinny pojawić się wydarzenia z lat 1973-1978, kiedy to zespół ugruntował swój jazzrockowy styl. Obejmujące przełom lat 70. i 80. XX wieku „zakończenie” to czas, gdy formacja przeobraziła się w Dr. Aftershave.

Sebastian Chosiński

Nie taki krautrock straszny: Od undergroundowego goryla do superbohaterów. Zagmatwane losy Missus Beastly

Dzieje Missus Beastly można podzielić na trzy części, zgodnie ze strukturą idealnego wypracowania szkolnego. „Wstęp” to pierwsze lata działalności grupy, gdy więcej w jej muzyce było bluesa niż fusion. W „rozwinięciu” powinny pojawić się wydarzenia z lat 1973-1978, kiedy to zespół ugruntował swój jazzrockowy styl. Obejmujące przełom lat 70. i 80. XX wieku „zakończenie” to czas, gdy formacja przeobraziła się w Dr. Aftershave.
Ileż książek historycznych, socjologicznych i filozoficznych napisano o wydarzeniach, jakie miały miejsce w Europie – zarówno Środkowo-Wschodniej, jak i Zachodniej – w pamiętnym 1968 roku. Był to moment, który odmienił Stary Kontynent. Choć z bardzo różnych przyczyn, doszło wówczas do dramatycznych wystąpień studenckich w Polsce Ludowej (marzec), we Francji (maj) i Republice Federalnej Niemiec (czerwiec). Te pierwsze doprowadziły do wywołanej przez władze komunistyczne antysemickiej nagonki i podłożyły zapłon pod fundament władzy Władysława Gomułki; te drugie niemal rok później zakończyły się ustąpieniem z urzędu prezydenta Francji generała Charles’a de Gaulle’a; te trzecie doprowadziły bezpośrednio do radykalizacji nastrojów wśród młodych lewicujących Niemców, co „zaowocowało” w przyszłości powstaniem terrorystycznej Frakcji Czerwonej Armii. Jakby tych wstrząsów politycznych było mało, w sierpniu wojska kilku państw Układu Warszawskiego (w tym także polskie) na rozkaz płynący z Kremla wkroczyły do Czechosłowacji, by zdławić Praską Wiosnę. Dziennikarze i komentatorzy polityczni na pewno nie narzekali na nudę. W tym samym czasie dwóch nastolatków mieszkających w liczącym ponad 60 tysięcy mieszkańców nadreńskim mieście Herford (niedaleko Bielefeldu) dojrzało do decyzji, aby założyć zespół rockowy. Z prawdziwego zdarzenia rockowy – nie taki, który byłby kolejną kopią The Beatles, The Rolling Stones czy The Shadows.
WSTĘP
Jak wyjść z „garażu”
Pomysłodawcami okazali się grający na perkusji Lutz Oldemeier oraz gitarzysta i wokalista Atzen (naprawdę miał na imię Reinhard) Wehmeyer. Obaj mieli po dziewiętnaście lat i – na razie – niewielkie pojęcie, jak swoje ambitne plany przekuć w rzeczywistość. W pierwszej kolejności należało poszukać pozostałych instrumentalistów, bez których nie sposób było podjąć jakiekolwiek konkretniejsze działania. Wybór padł na klawiszowca Wolfganga Nickla i śpiewającego basistę Petję Hofmana. Mając skład, można było wreszcie wybrać dla niego nazwę. Młodzi artyści decydowali się na Psychotic Reaction. Zapożyczyli ją od kalifornijskiej psychodeliczno-garażowej grupy Count Five, która tak właśnie zatytułowała jedną ze swoich piosenek i zarazem wydaną w 1966 roku płytę długogrającą. Później postanowili wyrzucić pierwszy człon i zostało samo Reaction. Aż w końcu pewnego dnia któryś z chłopaków zobaczył w programie telewizyjnym amerykańską czarnoskórą lalkę, która nazywała się… Missus Beastly. Trochę jak superbohaterka z komiksów Marvela bądź DC. Koncept zyskał jednak aplauz i tym sposobem, kiedy już doszło do pierwszych koncertów – na plakatach, w otoczeniu innych zespołów, pojawiał się nowy szyld.
Początkowo kwartet grywał głównie, co zrozumiałe, w północnej części kraju; na południu najdalej dotarli do Moguncji. Na razie zresztą nie było potrzeby ruszać się dalej. Nadrenia-Północna Westfalia słynęła bowiem z licznych festiwali muzycznych, wśród których jednym z najbardziej znaczących był ten organizowany w Essen (jeszcze zanim pieczę nad nim przejęła kultowa dla wyznawców krautrocka wytwórnia Brain Records). Tam Missus Beastly pojawiło się na jednej scenie obok takich wschodzących gwiazd zachodnioniemieckiego rocka, jak Tangerine Dream, Guru Guru oraz Xhol Caravan. Grupa mozolnie budowała swoją pozycję, aż w końcu na początku 1970 roku zdecydowała się zarejestrować materiał na pierwszą płytę. W studiu gościnnie pojawił się flecista Hansi Fischer (wówczas w Xhol, a w przyszłości między innymi w Embryo), który zagrał w jednym utworze („Shame on You”). Nagrania te wydała mająca siedzibę w bawarskim Erlangen firma CPM, która działała tylko przez rok (1969-1970) i zdążyła w tym czasie wydać zaledwie trzy longplaye. Poza muzykami z Herford załapały się – również debiutujące – zespoły: awangardowo-eksperymentalny Limbus 3 („New-Atlantis – Cosmic Music Experience”) oraz mocno lewicujący, psychodeliczny Checkpoint Charlie („Grüß Gott mit hellem Klang”).
Na winylowy krążek zatytułowany po prostu „Missus Beastly” (1970) trafiło siedem kompozycji, bardzo surowych, świadczących o prawdziwie undergroundowym rodowodzie formacji. Na otwarcie muzycy wytypowali miniaturowy „XOX”, w którym po eksperymentalnej, pełnej przesterów i sprzężeń introdukcji pojawia się – opublikowany wcześniej w „podziemnym” czasopiśmie literackim „Hotcha!” – recytowany przez Wehmeyera, którego głos odpowiednio zniekształcono, tekst zmarłego w 2017 roku szwajcarskiego pisarza i wydawcy Urbana Gwerdera, w istotny sposób związanego z ówczesną kontrkulturą. Można go było potraktować jako manifest artystyczny – zapowiedź tego, co czeka słuchaczy przez kolejnych czterdzieści minut. Bo rzeczywiście muzyka zawarta na „Missus Beastly” brzmiała, jakby powstała w garażu bądź piwnicy. Chociaż stylistycznie nawiązywała do bardzo wówczas popularnych gatunków: blues-rocka (w takiej konwencji utrzymane były „Uncle Sam”, i bardzo przypominający dokonania polskiego Breakoutu „Decision” czy „Mean Woman”) oraz akustycznego folku (vide wspomniane już wcześniej „Shame on You”). Dopiero zamykający album „Aphrodisiakum” podążał w kierunku fusion. Głównie za sprawą partii organowych Nickla, który z jednej strony pozwalał sobie na improwizację, z drugiej nawiązywał do amerykańskich jazzmanów, Jimmy’ego Smitha (w większym) i Sun Ra (w mniejszym stopniu).
Cios w plecy
Nie ma co ukrywać, że płyta nie powalała na kolana. Na poły amatorska produkcja nie była w stanie konkurować z wydanymi w tym samym czasie, znacznie lepiej brzmiącymi i ciekawszymi albumami Guru Guru („UFO”), Tangerine Dream („Electronic Meditation”), Embryo („Opal”), Motherhood’s Doldinger („Motherhood”), Out of Focus („Wake Up!”), czy nawet znacznie mniej znanych od wyżej wymienionych Orange Peel („Orange Peel”) i Murphy Blend („First Loss”). Mimo to Lutz i Atzen, bo to oni nadawali grupie rozpędu, nie poddawali się. Nawet wtedy, gdy nic nie wyszło z uzgodnionych wcześniej koncertów we Francji, ponieważ muzycy nie zostali wpuszczeni do tego kraju z powodu swojego niekonwencjonalnego wyglądu (strażnikom granicznym nie spodobały się ich długie włosy, które zapewne posłużyły jako pretekst, by cofnąć ich z powrotem do Niemiec). W każdym razie Oldemeier i Wehmeyer jeszcze przynajmniej przez jakiś czas nie ustawali w wysiłkach, aby wyjść na prostą. Zapraszali do współpracy muzyków z innych grup. Grywali rockowe jamy z Chrisem Karrerem Johnem Weinzierlem i Dieterem Serfasem (cała trójka była związana z Amon Düül i Amon Düül II); w pewnym momencie poszerzyli skład Missus Beastly o gitarzystę Paula Vincenta Gunię (Motherhood, Hallelujah, Niagara) i klawiszowca Michaela Scholza.
Potem pojawili się – zastępujący Vincenta – Roman Bunka (Embryo) oraz saksofonista i flecista Jürgen Benz. Zamieszanie personalne, którego końca nie było widać, sprawiło, że w ostatnich tygodniach 1970 roku z zespołem pożegnali się Wolfgang Nickel, co można było jeszcze zrozumieć, oraz – to już musiał być cios dla Lutza – jego przyjaciel i współzałożyciel Missus Beastly Atzen Wehmeyer. Doszedł natomiast Klaus Götzner, który został drugim perkusistą. Czyżby w tym czasie Oldemeier zdecydował się na eksperyment pokroju Niagary Klausa Weissa? Nigdy się tego nie dowiedzieliśmy, ponieważ po paru miesiącach grupa zaczęła przypominać tonący okręt, z którego w panice uciekają kolejni marynarze. Petja Hofman podjął ważną życiową decyzję o opuszczeniu Niemiec i wyjeździe do Indii; Bunka wrócił do Embryo, przy okazji ciągnąc za sobą Götznera, który długo pod skrzydłami Christiana Burkharda jednak nie wytrwał i przeniósł się najpierw do Unterrock, a następnie Ton Steine Scherben; Benz zasilił szeregi formacji Erna Schmidt, na co osamotniony Lutz zareagował przejściem do zaprzyjaźnionego Checkpoint Charlie. Zespół przestał istnieć. Ale czy na pewno? Bo przecież przez kolejne dwa lata pojawiały się longplaye sygnowane tą nazwą.
Całe to zamieszanie było wywołane nieodpowiedzialną, wręcz sabotażową działalnością byłego menedżera grupy Henry’ego C. Fromma. Jeszcze w 1970 roku, pokłócony z muzykami, zabrał on ze sobą oryginalne taśmy i bez konsultacji z nimi wydał materiał nielegalnie pod innym tytułem – „Nara Asst Incense” (ten bootleg sygnowała wytwórnia OPP World Wide). Zmieniono – w porównaniu z oryginałem – kolejność utworów, zniekształcono nazwiska muzyków, dodano nawet takich, którzy w sesji wcale nie uczestniczyli (jak Karrer, Weinzierl i Serfas). Ale to jeszcze nie koniec. Niebawem Fromm powołał do życia zupełnie nową formację, którą nazwał – nie, to nie jest okrutny żart – Missus Beastly. Patrząc z zewnątrz, miała ona wyglądać jak kontynuacja tej, która wydała już album (a nawet dwa), choć w jej składzie nie było żadnego instrumentalisty z nią kiedykolwiek związanego. Zespół ten grał nawet w podobnym stylu, łącząc bluesa z psychodelią i krautrockiem. Dzięki „operatywności” (choć bardziej pasowałoby tutaj inne, raczej niecenzuralne słowo) Henry’ego wydał jeszcze dwa własne albumy studyjne (słabej jakości technicznej) – „Volksmusik” (1972) i „Spinatwachtel” (1973) – oraz koncertowy „Super Rock Made in Germany / Im Garten des Schweigens” (1973), dzielony na pół z grupą Weramean, która była tak naprawdę innym wcieleniem oszukańczego Missus Beastly. Co ciekawe, w zespole Fromma zaczynał karierę perkusista Herm Erbel. Nie kojarzycie? Ale nazwisko Hermana Rarebella nie powinno być już Wam obce. Tak, to ten, który przez prawie dwie dekady – do połowy lat 90. ubiegłego wieku – bębnił w Scorpions.
1 2 3 4 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Non omnis moriar: Surrealizm podlany rockiem, bluesem i jazzem
Sebastian Chosiński

24 II 2024

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka nierzadko wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj drugi solowy album wokalisty Jana Spálenego nagrany z towarzyszeniem zespołu Mahagon.

więcej »

10 największych rozczarowań muzycznych 2023 roku
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

21 II 2024

Jak co roku, poza wskazaniem najciekawszych płyt, osobno skupimy się na tych, które sprawiły wielki zawód. Jednocześnie zaznaczam, że „rozczarowanie” nie oznacza „najgorszy”, choć i tak może być.

więcej »

Nie taki krautrock straszny: Apokalipsa, na którą warto było czekać
Sebastian Chosiński

19 II 2024

Przechodzenie od The Inner Space do Can odbywało się płynnie i chyba nawet sami muzycy mieliby problem ze wskazaniem momentu, w którym ta pierwsza formacja została ostatecznie pogrzebana w grobie, stając się artystycznym fundamentem dla drugiej. Jedno jest pewne: na skomponowanej przez Irmina Schmidta ścieżce dźwiękowej do filmu „Agilok & Blubbo” słychać już bardzo wyraźnie elementy charakterystycznego dla krautrockowego stylu Can.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Tegoż autora

Non omnis moriar: Surrealizm podlany rockiem, bluesem i jazzem
— Sebastian Chosiński

PRL w kryminale: Grzech niedocenienia (ludowej milicji)
— Sebastian Chosiński

Miasto grzechu i występku
— Sebastian Chosiński

Windą do nieba
— Sebastian Chosiński

Klasyka kina radzieckiego: Odrażający, brzydcy i… skorumpowani
— Sebastian Chosiński

Konflikt pokoleń
— Sebastian Chosiński

Przez morza i oceany…
— Sebastian Chosiński

„Kobra” i inne zbrodnie: „Zdradziła III Rzeszę!”
— Sebastian Chosiński

Upiorny „Glina”
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Bandyta też chce być kochany
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.