Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 9 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Spheroe

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSpheroe
Wykonawca / KompozytorSpheroe
Data wydania1977
Wydawca Cobra
NośnikWinyl
Czas trwania45:07
Gatunekjazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Michel Perez, Gérard Moimone, Rido Bayonne, Patrick Garel, Alain Mazet
Utwory
Winyl1
1) Black Hill Samba12:00
2) Contine02:48
3) Vendredo au Golf Drouit06:20
4) Chattanooga12:50
5) Pu Ping Song06:00
6) Déconnection03:10
7) Ballade for Wendy01:37
Wyszukaj / Kup

Non omnis moriar: Wyjście z mroku

Esensja.pl
Esensja.pl
Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj pierwszy album francusko-kongijskiego kwartetu jazzrockowego Spheroe.

Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Wyjście z mroku

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj pierwszy album francusko-kongijskiego kwartetu jazzrockowego Spheroe.

Spheroe

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSpheroe
Wykonawca / KompozytorSpheroe
Data wydania1977
Wydawca Cobra
NośnikWinyl
Czas trwania45:07
Gatunekjazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Michel Perez, Gérard Moimone, Rido Bayonne, Patrick Garel, Alain Mazet
Utwory
Winyl1
1) Black Hill Samba12:00
2) Contine02:48
3) Vendredo au Golf Drouit06:20
4) Chattanooga12:50
5) Pu Ping Song06:00
6) Déconnection03:10
7) Ballade for Wendy01:37
Wyszukaj / Kup
Po lekturze cyklu „Non omnis moriar” z kilku ostatnich miesięcy nie macie chyba wątpliwości, że w latach 70. ubiegłego wieku we francuskiej muzyce jazzowej i rockowej naprawdę działo się sporo ciekawego. A ileż wciąż jeszcze pozostaje do odkrycia! Jak chociażby kompletnie zapomniany – oczywiście, jak najbardziej niesłusznie – kwartet Spheroe, w którym oprócz trzech rodowitych Francuzów występował także artysta rodem z… Konga. Zespół pozostawił po sobie jedynie dwie płyty, po czym zniknął w mrokach dziejów, do czego bezsprzecznie przyczynił się fakt, że jego aktywna działalność przypadła na koniec wielkiej fali popularności muzyki fusion na świecie. Ton grupie przez kilka lat nadawali dwaj instrumentaliści – klawiszowiec Gérard Maimone oraz gitarzysta Michel Perez; oni ją stworzyli i oni byli odpowiedzialni za zdecydowaną większość repertuaru.
Maimone przyszedł na świat w ostatnich miesiącach drugiej wojny światowej (w styczniu 1945 roku). Wychował się w leżącym na południu kraju, pamiętającym czasy rzymskie Valence. Rodzice od najmłodszych lat dbali o jego edukację muzyczną; gry na fortepianie zaczął uczyć się jako ośmiolatek. Poznał wtedy i pokochał twórczość takich kompozytorów, jak Jan Sebastian Bach, Claude Debussy czy Maurice Ravel. Mając lat szesnaście, zainteresował się z kolei jazzem i zaczął namiętnie słuchać Erica Dolpny’ego, Johna Coltrane’a oraz Theloniousa Monka. Do tego dochodziła jeszcze fascynacja muzyką etniczną – ormiańską i arabską. Jak widać, młody Gérard należał do ludzi o wyjątkowo szerokich horyzontach artystycznych. Pierwsza formacja, jaką stworzył, nazywała się Jazzmo Ensemble i przetrwała do czasu, kiedy zdecydował się – w 1968 roku – przenieść się do Grenoble, by na tamtejszym uniwersytecie studiować filozofię.
Ale skupił się nie tylko na tej dziedzinie. Mając już niemałe doświadczenie, przyłączył się do lokalnego kwartetu jazzowego. W czasie odbywającego się w Grenoble festiwalu poznał innego zapaleńca – Michela Pereza, który namawia go do kolejnej przeprowadzki, tym razem do Lyonu. Perez (rocznik 1946) pierwotnie miał zostać klarnecistą, ale jako nastolatek przerzucił się na gitarę. Między innymi po to, aby dołączyć do zespołu pianisty Jean-Charles’a Demichela, który w tamtym czasie akompaniował w czasie występów we Francji wielu muzykom amerykańskim (chociażby Kenny’emu Clarke’owi czy Johnny’emu Griffinowi). Pod koniec lat 60. Perez odkrył dla siebie fusion; zaczął słuchać „elektrycznego” Milesa Davisa i Johna McLaughlina. Stworzył też z Maimone’em trio, do którego dokooptowali kontrabasistę. Ćwiczyli głównie na obcym repertuarze, doskonaląc własne przeróbki utworów McLaughlina, Herbiego Hancocka oraz zespołu The Tony Williams Lifetime.
Przełomem w ich działalności okazał się dzień, w którym poznali urodzonego w Brazzaville Kongijczyka Rido Bayonne’a (rocznik 1947), który do Francji przyjechał w 1963 roku, aby studiować prawo. Zajmował się też jednak muzyką, grając na basie i perkusjonaliach (co zostało mu jeszcze z czasów afrykańskich, kiedy to występował w orkiestrze skautowskiej). Ostatnim artystą, który dołączył do grupy był perkusista Patrick Garel. Był jednocześnie najbardziej doświadczonym muzykiem z całej czwórki. Po okresie fascynacji jazzem klasycznym, gdy uczył się przede wszystkim na twórczości wczesnego Davisa, Jazz Messengers oraz Modern Jazz Quartet, wsiąknął w rockową psychodelię – poznał Jimiego Hendrixa, słuchał rhythm and bluesa, wreszcie został współliderem Chico Magnetic Band, z którym nawet wydał album długogrający („Chico Magnetic Band”, 1971). W tym momencie do powstania Spheroe był już tylko jeden krok, ale jego zrobienie wymagało czasu. Głównie z tego powodu, że chcąc zarabiać na utrzymanie, Maimone i Perez w weekendy grywali do „kotleta”, co skutecznie odciągało ich od poważniejszych działań.
W tygodniu jednak poświęcali czas na szlifowanie jazzrockowego repertuaru, aż w końcu w 1975 roku powiedzieli sobie: „Dość!” i… wyszli z ukrycia. Grali jako support przed brytyjskim Caravan i rodzimą Magmą, a pod koniec roku – za zarobione wcześniej pieniądze – nagrali materiał na debiutancki krążek (motywował ich do tego zwłaszcza Garel). W tym celu wybrali się do Saint- Étienne, gdzie miał swoje studio (Diagram) Denis Brazier. Nagranie płyty nie oznaczało jeszcze automatycznie jej publikacji, tym bardziej że dla wielu wydawców zespół był anonimowy. Na swoją okazję kwartet musiał więc czekać aż do wiosny 1977 roku, kiedy to longplay wypuściła na rynek stawiająca na nim dopiero pierwsze kroki wytwórnia Cobra. Album zatytułowany po prostu „Spheroe” spotkał się z tak dużym zainteresowaniem, że szybko sprzedany został cały nakład (który, nie ukrywajmy, nie był zawrotny – osiem tysięcy egzemplarzy), ale, co istotniejsze, licencję na jego publikację po drugiej stroni Atlantyku wykupiło nowojorskie Inner City Records.
Jak dzisiaj, po niemal czterdzieści pięciu latach od premiery broni się ta płyta? Odpowiedź będzie krótka: Doskonale! To rewelacyjny jazz-rock, który brzmi nie gorzej od najlepszych dokonań Return to Forever czy – z innej części świata – Jazz Q Praha. To muzyka, która łączy w sobie jazzowe subtelność i skłonność do improwizacji z rockową energią i progresywnym rozmachem. Duży wpływ na to miały wcześniejsze doświadczenia muzyków: fascynacja Maimone’a klasyką i afrykańskie korzenie Bayonne’a, jak również psychodeliczne ciągotki Garela. Wszystko to złożyło się na niezwykłą i fascynującą czterdziestopięciominutową podróż, od której nie sposób się oderwać. Głównym dostarczycielem repertuaru okazał się Gérard – autor wprawdzie jedynie trzech z siedmiu utworów, ale za to najdłuższych, trwających w sumie pół godziny (czyli wypełniających dwie trzecie płyty). Po dwa – znacznie krótsze – numery dorzucili jeszcze Michel i Patrick.
Krążek otwiera dwunastominutowa, wielowątkowa „Black Hill Samba”, która brzmi jak połączenie „elektrycznego” fusion z początku lat 70. z klimatami latino spod znaku wczesnego Carlosa Santany, gdy nie stronił on od psychodelii. Dynamiczna introdukcja, oparta głównie na dźwiękach gitary i fortepianu elektrycznego, prowadzi właśnie do popisu Pereza w stylu meksykańskiego gitarzysty (stąd ta „samba” w tytule); w dalszej części jednak na plan pierwszy wybijają się klawisze, a każdy kolejny wątek znaczony jest nowym instrumentem wykorzystanym przez Maimone’a: najpierw pianem Rhodesa, potem Korgiem, w końcu nadzwyczaj melodyjnym Micromoogiem, po której to solówce Gérard ponownie przekazuje pałeczkę Michelowi. Sekcja rytmiczna też jednak oczywiście nie próżnuje, zwłaszcza że do klasycznie jazzrockowych partii basu i bębnów dochodzą jeszcze „roztańczone” perkusjonalnia. Choć, gwoli ścisłości, gdyby ten kawałek puszczono w ówczesnej dyskotece, jej stali bywalcy byliby zapewne mocno skonsternowani.
Miniatura Garela „Contine” to subtelny duet fortepianu elektrycznego z gitarą akustyczną i akompaniującym im w tle basem pojawiającego się gościnnie Alaina Mazeta (to kompan Patricka z czasów Chico Magnetic Band). Po niemal trzech minutach wytchnienia na zakończenie strony B zespół umieścił „Vendredo au Golf Drouit” autorstwa Pereza. Utwór ten pięknie ewoluuje: od charakterystycznych dla tamtych czasów brzmień soulowo-rhythmandbluesowych do porywającego fusion. Michel przy okazji zdradza swoją wieloletnią fascynację Johnem McLaughlinem, udowadniając, że wszystkie pobierane korespondencyjnie u amerykańskiego mistrza lekcje nie poszły na marne. Gdyby dodać do instrumentarium jeszcze skrzypce, moglibyśmy pomylić ten numer z którymkolwiek dziełem Mahavishnu Orchestra z początku lat 70. Ale to wcale nie oznacza, że Spheroe ogranicza się jedynie do naśladownictwa: od siebie dorzucają etniczne perkusjonalia i niepokojące klawisze, tak dobrze znane z płyt Martina Kratochvíla i Jazz Q Praha.
Stronę B, podobnie jak i A, otwiera rozbudowana kompozycja Maimone’a. Tym razem jest to „Chattanooga”. Co usprawiedliwia użycie w tytule nazwy miasta nad rzeką Tennessee? Może funkowe wtręty piana Rhodesa i sekcji rytmicznej, może jakieś pełne melancholii wspomnienia Gérarda? A może po prostu chęć otwarcia się na rynek amerykański? To tak naprawdę sprawa drugorzędna – najważniejsze, że numer ten okazał się kolejnym nadzwyczaj mocnym akcentem w repertuarze Spheroe. Po funkowym wstępie grupa wraca do klasycznego fusion, w którym momenty delikatniejsze przenikają się z dynamicznymi, a klawiszowiec i gitarzysta co rusz raczą nas wyrafinowanymi solówkami (ten pierwszy dbając przy okazji o częstą zmianę brzmienia). Spod ręki Maimone’a wyszedł także sześciominutowy „Pu Ping Song”, w którym jednak – jak się okazuje – najważniejszym instrumentem nie jest żaden z klawiszy, lecz gitara Michela. A skoro ten po raz kolejny dostał szansę, wykorzystał ją bez wahania.
Tak jak Gérard okazał się łaskawy dla Pereza, tak Patrick w skomponowanym przez siebie „Déconnection” pozwolił rozwinąć skrzydła Maimone’owi (Michel podpiął się tutaj ze swoim syntezatorem gitarowym). Całość wieńczy natomiast najkrótsza w całym zestawie kołysankowa „Ballade for Wendy”, w której oprócz wszechobecnych syntezatorów pojawia się jeszcze w tle subtelny wibrafon (na nim także gra Gérard). Żal, że album „Spheroe” ukazał się tak późno. Może gdyby ujrzał światło dzienne tuż po nagraniu, muzycy mając więcej czasu, wydaliby nie tylko dwa krążki. Bo przecież w przypadku takich artystów każdy dźwięk jest na wagę złota.
koniec
5 czerwca 2021
Skład:
Michel Perez – gitara elektryczna, gitara akustyczna, syntezator gitarowy
Gérard Moimone – fortepian, fortepian elektryczny, syntezatory, wibrafon, marimba
Rido Bayonne – gitara basowa, instrumenty perkusyjne
Patrick Garel – perkusja, instrumenty perkusyjne, instrumenty klawiszowe

gościnnie:
Alain Mazet – gitara basowa (2)

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Stulecie Stanisława Lema: Pogrzeb pośród mgławic
Mieszko B. Wandowicz

2 XII 2021

Ani myślę oceniać płyty ni całej twórczości. Od dekady pisuję co najwyżej o koncertach, pozostawiając nagrania recenzentom właściwszym: nawet jeśli miałem jakiekolwiek kompetencje, z pewnością już nie mam. Są jednak, i w to nie wątpię, muzycy, którzy się marnują i przez złe podejście tracą potencjał. Niekiedy, ze względu na nadzwyczajną inspirację, mogą na chwilę niewykorzystanych zdolności użyć, a nawet je przekroczyć. Jak Maleńczuk w „Lema pamięci kosmicznym pogrzebie”.

więcej »

Nie przegap: Listopad 2021
Esensja

30 XI 2021

Na coraz dłuższe wieczory proponujemy lekturę naszych listopadowych recenzji.

więcej »

Non omnis moriar: Eksperymenty nieformalne
Sebastian Chosiński

20 XI 2021

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj drugi z bootlegów freejazzowego projektu The German All Stars.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.